niedziela, 31 lipca 2016

Nie dla nas Wyspa Penang... Żegnamy Malezję


Drugiego dnia na Wyspie Penang wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Parku Narodowego Taman Negara Pulau Pinang. Postanowiliśmy zrobić krótki trekking do Plaży Małp - tam odpocząć, poplażować i wrócić z powrotem przez dżunglę (w sumie półgodzinnym marszem). Niestety, okazało się, że słynna (teoretycznie chroniona przez park) plaża jest w fatalnym stanie. Śmieci tyle, że nie było gdzie usiąść. Do tego brudna woda. Zmyliśmy się natychmiast. Nie tylko my zresztą - osoby, które spotkaliśmy po drodze również wydawały się zniesmaczone. Wyszliśmy z parku i poszliśmy szukać innego, czystego kąpieliska, co wbrew pozorom okazało się trudne!


 Nasza trasa: George Town - PN Penang (godzina autobusem miejskim)
Wchodzimy do parku i natykamy się na małpy:)
Widoki po drodze nawet zachęcające:)
 Wędrujemy...
Smutny widok
Wspomniana wcześniej, Plaża Małp . Na molo, które tu widzicie, siedzieli pracownicy parku i zbijali bąki. Nic im nie przeszkadzało...

Trzeciego dnia, po raz ostatni podczas tej wyprawy wypożyczyliśmy skuter, by bliżej przyjrzeć się wyspie i dać jej jeszcze jedną szansę. Najpierw udaliśmy się na południe, mając nadzieję, że znajdziemy jakąś urokliwą zatoczkę. Niestety, po około 20km jazdy złapaliśmy kapcia. Co za szczęście, że mechaników w Azji jak mrówek. Ludzie nas pokierowali i rzeczywiście, po chwili zauważyliśmy warsztat. Fachowiec zalecił wymianę opony. Skontaktowaliśmy się z wypożyczalnią, lecz opryskliwy właściciel odparł, że sam za tę szkodę płacić nie zamierza. My też nie. Wobec tego, Maciek zadecydował, że dziurę jedynie łatamy (koszt kilku dolarów), co miało wystarczyć najwyżej na powrót do George Town, choć 100% gwarancji nie dawało. Nie chcąc całkiem psuć sobie dnia, poszliśmy na smaczne śniadanko, po czym skierowaliśmy się na najbliższą plażę (w miarę czystą) na zasłużone lenistwo. W końcu, postanowiliśmy, że ryzykujemy i bez pośpiechu, przez góry, pojechaliśmy do Świątyni Kek Lok Si.

 Nasza trasa - skuterem po Wyspie Penang
 Plaża na wyłączność, czyli los wynagrodził nam skuterowe problemy;)
Mówi się, że Kek Lok Si, zwana Świątynią Najwyższej Szczęśliwości, jest największą buddyjską świątynią w Malezji. Ten wielki kompleks powstał na przełomie XIX/XX wieku.
 Mnie osobiście urzekły wszechobecne chińskie lampiony:)
 To ważne centrum pielgrzymkowe w Azji Południowo - Wschodniej
Pan modlił się z kadzidełkami w rękach
 Spacerując po świątyni Kek Lok Si
Siedmiopiętrowa pagoda w 3 stylach architektonicznych - od góry: birmańskim, tajskim i chińskim. W jej wnętrzu znajduje się 10 000 posążków Buddy (z brązu i alabastru).
 Przyświątynne ogrody
 Tradycyjne obrządki
30-metrowy posąg Guanyin - buddyjskiej bogini miłosierdzia

Pomimo nie najgorszych wspomnień z George Town, Wyspa Penang raczej nas zawiodła. Oto 7 czynników, które wpłynęły na nasze rozczarowanie:

1. Śmieci i szczury - wiem, że w Azji się zdarzają, ale dopiero w Malezji zaczęło nas to razić - we wcześniejszych krajach regionu jakoś tego nie odczuwaliśmy.
2. Wieczorami nie wiedzieliśmy gdzie się podziać - po 22 garkuchnie z całym ekwipunkiem się zwijały, a życie na ulicach zamierało...
3. Spróbowaliśmy kilku lokalnych potraw (w końcu George Town stanowi Raj dla podniebienia!?), które nam polecono, jednak żadna nie zapadła nam w pamięci na tyle, byśmy do dziś ją wspominali. No może poza sushi, które było smaczne, bajecznie tanie i zdecydowanie nie malezyjskie;)
3. Zabrakło nam jakiegoś bulwaru, gdzie można by przejść się wzdłuż wybrzeża, usiąść na ławeczce, popatrzeć na ludzi (widzieliśmy jeden skwerek przy morzu ale daleko i na uboczu).
4. Okropna, nieestetyczna architektura - oczywiście poza starówką w George Town - i jakiś taki ogólny chaos w budownictwie - betonowe wieżowce na tle zielonej dżungli - aż żal serce ściskał.
5. Mimo, że objechaliśmy wyspę dookoła, nic nie sprawiło, byśmy obiecali sobie, że jeszcze kiedyś wrócimy... To pierwszy przypadek podczas tej wyprawy.
6. Na dłuższą metę nawet w miasteczku George Town czas się dłuży - ileż można oglądać murale i spacerować po drewnianych jetty? Nam jedna doba w zupełności by wystarczyła. Gdybyśmy wiedzieli, inaczej rozplanowalibyśmy dni w Malezji. Ale nie ma co gdybać.
7. Jakieś takie ogólne poczucie, że coś nie gra. Po prostu, czegoś nam zabrakło...

Wydaje mi się, że nasze oczekiwania przerosły rzeczywistość (tyle się naczytałam w sieci o walorach Wyspy Penang że najwyraźniej wyrobiłam sobie w głowie wizję wyspy doskonałej). Poza tym, na tym etapie podróży, kiedy odwiedziliśmy już tyle fantastycznych miejsc, nasze zmysły mogły być trochę uśpione. Być może coś przeoczyliśmy? A może po prostu mamy inny gust niż cała reszta podróżników-blogerów? Coraz częściej porównywaliśmy też różne miejsca, nieświadomie dokonując zestawień, wśród których Malezja wypadała blado. To krzywdzące, bo przecież każdy kraj jest inny. Każdy dysponuje czymś, w czym można by się zakochać jak np. malezyjskich wzgórzach herbacianych - ich zieleń na zawsze pozostanie mi w pamięci!:) Mimo wszystko, postanowiłam szczerze opisać Wam nasz punkt widzenia - na Wyspę Penang raczej nie wrócimy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz