niedziela, 17 czerwca 2018

Škofja Loka i okolice

Już dawno temu przekonaliśmy się, że nie ma nic lepszego w podróży niż spędzanie czasu z miejscowymi. A że odwiedzaliśmy moją przyjaciółkę z podstawówki, która od roku mieszka na Słowenii w ramach wolontariatu, nie mogliśmy chyba lepiej trafić. Spędziliśmy przeuroczy weekend w iście międzynarodowym gronie: Hiszpanka Sara, Niemko-Francuzka Kata, Amerykanin Owen, Hiszpan Andres, Francuz Mathieu, Ukrainka Vika oraz Słoweniec Matjaž (ten ostatni z miejsca stał się moim kulinarnym guru;)) No i my – trójka Polaków z Asią włącznie;) W ten oto sposób, z pozoru zwyczajny pobyt w niezwykłej Škofja Loce, stał się absolutnie nadzwyczajny! 


Załapaliśmy się na festyn oldskulowych rowerzystów, zwiedzanie jaskini (którą podobno udostępnia się jedynie raz do roku), piknik z grillem nad przeraźliwie lodowatą rzeką, japoński koncert, alpejski zachód słońca oraz ognisko pod gwiazdami. A w niedzielę zabrali nas na wspaniałą wycieczkę nad polodowcowe jeziora (ale o tym następnym razem!:)). Dzięki ich fantazji i zaangażowaniu, nasza podróż nabrała całkiem innego wymiaru…

środa, 13 czerwca 2018

Lublana da się lubić

Lublana to jedna z tych stolic, w których się odpoczywa a nie zasuwa z wywieszonym jęzorem. Rozmiarami i kameralną atmosferą przypominała mi Dublin. Wszędzie blisko! Tu opera, dwa kroki dalej galeria narodowa, a zaraz obok parlament. Miasto to można bez pośpiechu obejść w jeden dzień. Biorąc pod uwagę moje zakwasy, które pojawiły się po nadmorskim trekkingu, bardzo się ucieszyłam;) Rozpoczęliśmy od kawy nad rzeką Ljubljanicą w piekarni zakupiliśmy śniadanko, które skonsumowaliśmy na ławce. Słońce przypiekało, upał robił się niemiłosierny.


Cóż zatem oferuje Lublana?
  • Porośnięte laskiem wzgórze zamkowe, które dominuje nad starówką (niestety, z uwagi na drzewa porastają zbocze tuż pod murami zamku, może być problem z podziwianiem starego miasta - wysokie krzaki wszystko zasłaniają. Trzeba wspiąć się na wieżę zamku, by zyskać lepszą perspektywę (wstęp 8 euro od osoby).

piątek, 8 czerwca 2018

Kiedy podróż daje w kość...

Nasz pobyt na Słowenii (31.05-3.06.2018r) zaczął się z pozoru łagodnie...

Granicę przekroczyliśmy tuż po porannej włoskiej kawie w barze Koko (mówi się, że w Trieście jest najlepsza w całych Włoszech – tutaj ją produkują, stąd ją eksportują na całą Europę). Trasę z Triestu do Kopru (22 km) pokonaliśmy w pół godziny autobusem linii Arriva (niecałe 4 euro od osoby).

Triest - widok z okna pokoju pensjonatu
Nasza trasa: Triest (Włochy) - Koper (Słowenia) 22 km, ok pół godz. busem

środa, 23 maja 2018

Nad Zatoką Meksykańską

Czy podczas podróży przez Jukatan, warto zatrzymać się w Campeche?

Jeśli, podobnie jak my, lubicie niską kolorową zabudowę, cenicie niespieszny rytm miasta i należycie do miłośników pitnej czekolady – koniecznie!:)


Włócząc się po brukowanych uliczkach kolonialnego Campeche z pewnością nie raz popadniecie w zadumę... Jak to możliwe, że dotąd praktycznie nie mieliście pojęcia o jego istnieniu?

Dlaczego Majowie określali je niechlubnie „miejscem węży i kleszczy”?

poniedziałek, 14 maja 2018

Naszym okiem. Palenque i piramidy Jukatanu

Podróżując po Jukatanie podziwialiśmy wiele pamiątek, jakie zachowały się po upadku Imperium Majów. Oczywiście, ośrodków kultu jest znacznie więcej (zarówno w Meksyku jak i krajach ościennych), udało nam się odwiedzić zaledwie kilka. Przemierzając półwysep, nieraz mijaliśmy tabliczki informujące o ruinach, rozsypanych po okolicy - niestety, nie sposób zwiedzić wszystkich, mając niecały miesiąc urlopu. Od lat marzyłam (chyba szczególnie po przeczytaniu jednej z książek Cejrowskiego), by idąc przez dżunglę, nagle, wyłoniła się przede mną piramida którejś z przedkolumbijskich cywilizacji. Śniłam na jawie (taka już ze mnie niepoprawna romantyczka), że siadam na schodkach, słucham odgłosów zwierząt i oddycham zapachami lepkiej puszczy... 

Calakmul

W Meksyku pragnienia te udało zamienić się w piękną rzeczywistość, w dodatku w towarzystwie Małżonka;) To najwspanialszy prezent ślubny, jaki mogliśmy otrzymać! Trzy tygodnie obcowania z dziedzictwem kultur Mezoameryki:) O jedzeniu, kolorach i innych wyjątkowych  nie wspominając...

piątek, 27 kwietnia 2018

Izamal. Więc chodź pomaluj mój świat...

Naszą przygodę na Jukatanie rozpoczęliśmy od miejscowości Izamal, do której dotarliśmy grubo po zapadnięciu zmroku i około 3 godzinach jazdy z lotniska. Na mapie naszych podróży widnieje już niebieskie miasto Chefchaouen, w Meksyku przyszedł czas na kolor słońca. Ktoś, kto kocha żółty tak mocno jak ja, nie powinien omijać tej uroczej mieściny o niskiej, kolonialnej zabudowie;)

Ktoś spyta, dlaczego akurat żółć...

wtorek, 17 kwietnia 2018

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Oto pytania, które najczęściej pojawiają się na forach i grupach Facebook’a.
  • Czy da się zjechać Jukatan na własną rękę?
  • Jak z bezpieczeństwem?
  • Jaki jest stan dróg na Jukatanie?
  • Czego unikać?
  • Na co zwracać uwagę?
  • Czy warto wypożyczyć samochód?
  • Jak się zachowywać podczas kontroli policji?

Praktycznie te same kwestie nurtowały nas przed wyjazdem, zwłaszcza kiedy koleżanka mojej mamy, na wieść, że chcemy w Meksyku wypożyczyć auto, zaczęła straszyć nas mrocznymi scenariuszami. I co? Niepotrzebnie się zestresowaliśmy, wcale nie było tak źle! A bez czterech kółek z pewnością zobaczylibyśmy znacznie mniej. 

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Wszędzie jest płasko! To wielka, porośnięta dżunglą i krzaczorami równina, poprzecinana gdzieniegdzie prostymi nitkami dróg (o zagęszczeniu raczej nikłym;)). Chyba nigdy wcześniej nie jeździliśmy tak monotonnymi trasami;) Widoki żadne, horyzont ograniczony, pagórki należały do rzadkości. Zarośla zasłaniały wszystko, co chętnie podziwialibyśmy po bokach. Odrobinę ciekawiej zrobiło się nad Zatoką Meksykańską, w okolicy Palenque (stan Chipas jest bardziej górzysty) oraz na odcinku Calakmul - Bacalar.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Cholula, czyli o tym jak z największej piramidy świata podziwialiśmy Wulkan Popo...

Cholulę o mało byśmy ominęli i teraz wiemy, jak wielką byłoby to stratą! Natknęłam się kiedyś w sieci na zdjęcie sanktuarium górującego nad miasteczkiem - na tle wielkiego, ośnieżonego wulkanu, które mnie absolutnie oczarowało i nie ukrywam, chciałam się tam udać. Postanowiliśmy jednak, że w podróży poślubnej nie będziemy się nigdzie spieszyć. Plan ułożyłam, jak na moje możliwości, zgrabny i nieprzeładowany (niesamowite;)).



Życie plan ten zweryfikowało i dodało co nieco od siebie. Pueblę obeszliśmy jakieś 10 razy już pierwszego dnia, w związku z czym, stwierdziliśmy, że kawy i śniadania poszukać możemy w Choluli, która notabene znajduje się w połowie drogi na lotnisko. No to świetnie - pomyśleliśmy, 2-3 godzinki popatrzymy na wulkany, a stamtąd złapiemy transport na samolot. Wstaliśmy około 6:00 i o wschodzie słońca opuściliśmy hotelik w Puebli.

piątek, 30 marca 2018

Kolonialna Puebla

Puebla, kolejny cel na naszej trasie. Kolonialna perełka, wybudowana w XVI w przez Hiszpanów. Nie sposób nie zauważyć tu andaluzyjskich wpływów, które emanują z fasad niewysokich kamieniczek. To czwarte największe miasto w kraju, jednak ma w sobie coś odprężającego. Po pobycie w tak wielkim molochu, jakim jest stolica, ocienione uliczki Puebli dały nam wiele wytchnienia. Mogliśmy się tak szwendać bez końca.

Miałam wręcz wrażenie, że duch Puebli szepcze do nas: Zwolnijcie, nie śpieszcie się, eksplorujcie, spacerujcie… Macie czas… Mnóstwo czasu…


Co nas w Puebli zauroczyło!?

wtorek, 20 marca 2018

Teotihuacan - Aleją Zmarłych do Piramidy Księżyca

Przez 3 tygodnie jeżdżenia po Meksyku, odwiedziliśmy wiele ośrodków kultu ludów Mezoameryki, głównie majańskich i azteckich, więc nie moglibyśmy nie wstąpić do miasta Kultury Teotihuacan. Od dawna marzyłam o przejściu Aleją Zmarłych, chciałam na własne oczy ujrzeć te słynne, majestatyczne piramidy, o których tyle czytałam i słyszałam od bliskich - 30 lat wcześniej, byli tu moi Dziadkowie, 19 lat po nich do Teotihuacan dotarła moja Mama. Podróż ich śladami zapowiadała się jeszcze bardziej intrygująco!

Miasto bogów lub też "miejsce, w którym ludzie stają się bogami". Jego ekspansję datuje się na rok 250 n.e, kiedy powstały najwspanialsze konstrukcje - piramidy Słońca, Księżyca i Węża Pierzastego  - Quetzalcoatla. Apogeum rozkwitu przypadło na 500-700 r. To w tym okresie nakreślono Aleję Zmarłych - główną arterię miasta a dla około 200 tysięcy mieszkańców wytyczono dzielnice rezydencjonalne. Metropolia na wyżynie (2300 m n.p.m) - w jaką z czasem Teotihuacan się rozrosło, wiodła prym aż do pożaru w 725 r.  Od tamtej pory, mówi się o jej powolnym upadku, aż wreszcie ok 900 r zostało całkiem opuszczone...


Kolejna, niepowtarzalna cywilizacja opuściła swoją siedzibę, stolicę, miejsce kultu... Natychmiast przychodzą mi na myśl inne ludy - Khmerów z Angkoru, Tajów z Ayutthaji i wielu innych, których  potężne królestwa przez lata zarastały gdzieś w dżungli.