wtorek, 23 maja 2017

Wspomnienia z Ameryki Południowej. Wywiad z Dominiką

Dominiko, ostatnie 168 dni spędziłaś na drugim krańcu świata. Obserwowałam Cię na portalach społecznościowych przez całą wyprawę i nie mogłam się napatrzeć na te nieziemskie widoki!

1. Powiedz mi proszę, jak się czujesz po powrocie z raju?;)

Z jednej strony bardzo cieszyłam się na powrót do rodziny i przyjaciół, z drugiej żal było mi opuszczać Amerykę Południową, ponieważ z czasem nabrałam ochoty na jeszcze więcej. Ostatnio przeczytałam sentencję o tym, że po podróży zmienić się możesz tylko ty sama, ale miejsca do których wracasz i życie które się toczy pozostają niezmienne. Ja dokładnie tak się czuję.


2. Skąd pomysł, by jechać do Ameryki Południowej? Czy to było odwieczne marzenie, czy może raczej spontaniczna decyzja? 

Marzenie o podróżowaniu zawsze kołatało mi się po głowie. Więc kiedy w końcu z Pauliną podjęłyśmy decyzję o wyjeździe, ja zdałam się na jej wybór. Ona od dawna marzyła o podróży po Ameryce Południowej. Ja działam często spontaniczne i na wszelkie pomysły dotyczące podróżowania jestem otwarta. Jeżeli wymyśliłaby podróż po Antarktydzie, też bym pojechała;) A teraz, z perspektywy czasu mogę dodać, że Ameryka Południowa nie jest najłatwiejszym miejscem do podróżowania, więc wyprawa razem właśnie tam była bardzo trafnym pomysłem.


Boliwia, Wyspa Słońca na Jeziorze Titicaca

3. Domyślam się, że aby pojechać na tak długo, musiałaś odejść z pracy?

Tak, zgadza się. Po trzech latach pracy w biurze z pełnym przekonaniem postanowiłam odejść... 

poniedziałek, 15 maja 2017

Maroko - kosztorys i podsumowanie

Kosztorys i podsumowanie wyprawy do Maroka

Termin 21.10 - 3.11. 2016 roku

Ilość dni na miejscu: 13

Odwiedzane po kolei miasta oraz ilość dni w każdym z nich: Tanger (1) - Chefchaouen (1) - Fez (2) - Meknes (1) - Rabat (1) - Marrakesz (1) - Essaouira (2) - Ouarzazate (1) - Studio Filmowe Atlas i ksar Ait Bin Haddou (1) - Oaza Skoura (1) - Marrakesz (1)

Przybliżona ilość kilometrów, którą przejechaliśmy: 1765 km
*średnio 135 km na dzień, ale zdarzały się dni bez przejazdów

Koszt biletów:
130 euro za nas oboje za bilety z Berlina do Malagi (Ryanair)
73 euro za bilety promowe z Tarify do Tangeru (HSC Maria Dolores)
240 euro za nas oboje za bilety z Marrakeszu do Berlina (Norwegian)
Łącznie 443 euro za bilety w obie strony za nas oboje.

* do Maroka dostaliśmy się z sąsiedniej Andaluzji, a nie z Polski czy Berlina.
**z drugiej strony, gdybyśmy lecieli z Berlina bezpośrednio do Marrakeszu i z powrotem, wyszłoby prawdopodobnie taniej, jak to często bywa, gdy bilety kupuje się w obie strony na te same lotniska.
*** bilety powrotne wyszły nas dość drogo, gdyż kupowaliśmy je na ostatnią chwilę...

poniedziałek, 8 maja 2017

Kazba Amridil i wędrówka przez Oazę Skoura

Ostatni dzień w południowym Maroku, postanowiliśmy spędzić w palmowej oazie. Nie byliśmy tylko pewni w której i czy uda nam się pomysł ten zrealizować na własną rękę. Nie po raz pierwszy okazało się, że wystarczy chcieć. Wieczór wcześniej przeczesaliśmy Internet w poszukiwaniu mniej znanych atrakcji okolic miasteczka Ouarzazate. Martwiliśmy się trochę, jak będzie z dojazdem, ale bez trudu znaleźliśmy właściwego busa na ichniejszym dworcu PKS , a kiedy tylko się zapełnił, znów mknęliśmy przed siebie...


Po około 45 minutach delektowania się sielskimi widokami, poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie się gdzieś, po środku niczego - na wsi (mój luby jeszcze przed wyjazdem zaopatrzył nas w super dokładną mapę Maroka, działającą na telefonie również w trybie offline) i rozpoczęliśmy trekking. Pierwsze kroki skierowaliśmy w poszukiwaniu Kazby Amridil. Całe szczęście, po kilkuset metrach udało nam się ją namierzyć. Po tym jak piałam z zachwytu nad położeniem i architekturą ksaru Ait Bin Haddou, myślałam, że już nic w Maroku, nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Akurat. Wystarczyło, że przekroczyliśmy wadi, chwilowo wyschniętą dolinę rzeczną, a naszym oczom ukazała się budowla rodem z Jemenu czy Mali. Znów leżałam powalona na łopatki z rozdziawioną gębą. Sami zobaczcie.

wtorek, 2 maja 2017

Studio filmowe Atlas oraz Ksar Ajt Bin Haddou

Następnego ranka obudził nas upragniony przypływ energii i znacznie lepsze samopoczucie:) Żeby nie tracić dnia, skoczyliśmy na szybkie śniadanko (standardowy omlet) i zaraz potem łapaliśmy taksówkę (w Maroku w mniej turystycznych destynacjach transport ten kosztuje grosze) do Studia Filmowego Atlas, które od naszego hotelu, oddalone było o jakieś 5 km. 


Zatrzymaliśmy się tam na 1,5-godzinne zwiedzanie żywego muzeum filmu. Powstało tu wiele znanych produkcji, poczynając od filmu "Asterix i Obelix - Misja Kleopatra", poprzez "Miłość Szmaragd i Krokodyl", "Klejnot Nilu", "Aleksandra", "Królestwo niebieskie", "Gladiatora", na ostatnich sezonach "Gry o Tron" oraz "Wikingów", kończąc. Tego dnia hollywoodzkie klimaty nas nie opuszczały. Po odwiedzeniu studia, udaliśmy się bowiem do zabytkowego ksaru Ait Bin Haddou, który wprost emanuje egzotyką. To znakomity przykład saharyjskiej architektury glinianej południowego Maroka, który nie bez powodu w 1987 r został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wioska została założona prawdopodobnie jeszcze w XVI wieku i stanowiła przystanek na szlaku karawan. Tutaj również wpadliśmy w wir turystyki filmowej, z nutką ekscytacji przemierzając uliczki ksaru, którego domostwa stanowiły scenerię w wielu superprodukcjach:)

poniedziałek, 1 maja 2017

Cytat na maj

"I apeluję, abyś zauważał, kiedy jesteś szczęśliwy, i wykrzykiwał lub mruczał albo pomyślał w pewnym momencie: ,,Jeśli to nie jest piękne, to co jest?”
Kurt Vonnegut
 Wąwóz Piekiełko, Książański Park Krajobrazowy, majówka 2017

czwartek, 20 kwietnia 2017

Droga do Ouarzazate, czyli o tym, jak o mały włos nie sfajdałam się w spodnie...

Nadszedł dzień, w którym przyszło nam pokonać 400 km, z czego ponad połowę przez Góry Atlas. Trasa niezwykle malownicza, kręta i chwilami niebezpieczna, zwłaszcza, że kierowca nic nie robił sobie z ograniczeń prędkości. Zerkając od czasu do czasu przez okna autobusu, nie mogłam wprost uwierzyć, że zmierzamy w stronę Ouarzazate (czyt. łarzazat), który miał być naszą bazą wypadową podczas kolejnych dni zwiedzania.


Niestety więcej niż zerkać nie dałam rady. Tego poranka, ledwo wyjechaliśmy za rogatki Essaouiry, już złapała mnie zemsta Tutenchamona, czy innego Hassana. Tak, w autokarze, po 20 minutach od rozpoczęcia podróży. I weź jedź 6 godzin, gdy jedyne o czym marzysz to kibelek. Gdy modlisz się, by nic nie popuścić. Dosłownie. Gdy nie masz żadnego wpływu na swój stan fizjologiczny. Z grymasem na twarzy zaczęłam wspominać sałatki z ostatnich 3 dni. Postanowiłam jednak, że TO wśród ludzi stać się nie może. Zawzięłam się na tyle mocno, iż na mojej biało-zielonej (z osłabienia i stresu) twarzy, wystąpiły olbrzymie krople potu...

wtorek, 11 kwietnia 2017

Essaouira. Krzyk mew nad oceanem

Do położonej nad Atlantykiem Essaouiry dotarliśmy po zmierzchu. Nie zrobiliśmy żadnej rezerwacji i znów przez 1,5 godziny szwendaliśmy się po mieście z plecakami, szukając dogodnego miejsca na nocleg. Chcieliśmy zakotwiczyć tu na dłuższą chwilę, zwolnić tempo, nacieszyć się zapachem oceanu, szumem fal... W końcu udało nam się stargować cenę za 3 noce w Riadzie Nakhla i po szybkiej ocenie pokoju, w zasadzie natychmiast padliśmy ze zmęczenia.


Następnego dnia wdrapaliśmy się na dach, gdzie miało czekać na nas śniadanko (uwielbiałam w Maroku te poranne śniadanka na tarasowych dachach!). Zastał nas tam widok bezcenny - na pierwszym planie minaret, tuż za nim biało-szare dachy medyny (znajdującej się na liście UNESCO), krzyk mew w porcie rybackim (gdzie, kręcili niektóre sceny do Gry o Tron;)), ciepły wietrzyk, zapach soli morskiej i szum Atlantyku, który migotał na horyzoncie... Czego można chcieć więcej?! Uwielbiam atmosferę rybackich miasteczek – chyba właśnie tego potrzebowaliśmy na czas relaksu:)

środa, 5 kwietnia 2017

Starcie z Marrakeszem

Marrakesz od pierwszych chwil nie przypadł nam do gustu. A może inaczej, to jego mieszkańcy nas rozczarowali. W przeciągu niecałej godziny, zrazili nas do siebie i wywołali chęć natychmiastowego odwrotu. Pogmatwane to miasto. Przez cały nasz pobyt na okrągło wzbudzało we mnie sprzeczne uczucia. Niby od dawna chciałam je odwiedzić i na własne oczy zobaczyć słynny Plac Jemaa el-Fnaa jednak, kiedy w końcu nadarzyła się sposobność, coś nie zagrało... 

Tłumy turystów, mieszkańcy maksymalnie nastawieni na kasę, wszechobecni naciągacze (tutaj to dopiero trzeba się było mieć na baczności), namolni i niezbyt przyjemni sprzedawcy (naszym zdaniem wszelkie zakupy pamiątkowe lepiej zrobić poza Marrakeszem - ciężko się targowało, w porównaniu np. do Meknes), umęczone zwierzęta (w tym te pełzające, których nie znoszę) stanowiące żywą "atrakcję", nieuważni kierowcy skuterów pędzący na oślep wśród pieszych... 

Z drugiej strony rdzawo-pomarańczowa medyna z pięknymi zabytkami (medresa Ben Youssefa, oraz meczet Kutubijja z minaretem, który stanowił model dla budowniczych sewilskiej Giraldy), sąsiedztwo Gór Atlas i dużo bardziej niż na północy, wyczuwalna egzotyka..


Zauważyłam, że pora przyjazdu do nowego miejsca, przynajmniej w naszym przypadku, ma znaczący wpływ na jego odbiór. Nocą wszystko wydaje się obce i mniej przyjazne. Macie podobne odczucia? Do bram medyny dotarliśmy po 22 i szukając właściwego Riadu Wardate Rita (gdzie mieliśmy rezerwację), przez 40 minut błądziliśmy w labiryncie uliczek (że też przytrafiło nam się to akurat w Marrakeszu), na próżno. Postanowiliśmy zapytać o drogę, co szybko okazało się nie najlepszym rozwiązaniem. Zaprowadzono nas co prawda do właściwego hostelu i zgodnie ze zwyczajem, wręczyliśmy w zamian napiwek. Ale, jak zwykle w Maroku, był niewystarczający. Wywiązała się kłótnia z naszym pseudo-przewodnikiem, bardzo nieprzyjemna, zważywszy na późną porę i mało nam znaną lokalizację. Ostatecznie chłopak odpuścił, ale nie omieszkał nas wcześniej zwyzywać od najgorszych. To spotęgowało nasze odczucia – jutro się stąd zmywamy...

sobota, 1 kwietnia 2017

Cytat na kwiecień

"Najciężej jest ruszyć. Nie dotrzeć, ale ruszyć. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść."
W. Myśliwski
 Maroko 2016

poniedziałek, 20 marca 2017

Daj się namówić na Rabat

W Rabacie planowaliśmy spać, ale nam nie wyszło;) Długo szukaliśmy miejsca na nocleg w przyzwoitej cenie, ale okazało się, że stolica Maroka pod tym względem do najtańszych nie należy. Nie chcą nas na noc, to nie. Postanowiliśmy zatem udać się do Rabatu z rana, spędzić tam większość dnia i późnym popołudniem wskoczyć do pociągu, zmierzającego w stronę Marrakeszu (po obejrzeniu filmu z Kate Winslet, słowa te brzmiały jeszcze bardziej ekscytująco;)). Nasz plan miał sens, więc zaczęliśmy ochoczo wcielać go w życie. Do czasu, aż na centralnym dworcu kolejowym stolicy państwa, okazało się, że nie ma skrytek na bagaże - bo po co? Dowiedzieliśmy się, że owszem, kiedyś były, ale najwyraźniej się nie opłaciły i zostały zlikwidowane. Świetnie. Żebyście zobaczyli nasze miny... I co my teraz poczniemy z wypchanymi po brzegi plecakami!?  Nosić ich przez 6-7 godzin nie zamierzaliśmy.


Niestety, nie pozostało nam nic innego, jak zabrać je ze sobą ale mój niezastąpiony towarzysz życia, wpadł na pomysł, że moglibyśmy zostawić je na przechowanie w jakimś hotelu. Czemu nie, zawsze to jakaś opcja. Gorzej z wykonaniem - w pierwszych trzech nie chcieli się zgodzić. Po 20 minutach dowlekliśmy się piechotą do starej części Rabatu - bagaż ciążył, ramiona bolały, a poziom mojego humoru wyraźnie się obniżył - no jak tu się cieszyć zwiedzaniem nowego miejsca z takim klamotem na plecach!? Zero swobody, sami rozumiecie. O cykaniu spontanicznych zdjęć nawet nie wspomnę. I wtedy zdarzył się cud, w sercu medyny natknęliśmy się na hostel dla surferów. A że to grono ludzi raczej wyluzowanych, zapukaliśmy do ich drzwi! Udało się! Po sekundzie, lżejsi o jakieś 18 kilo, ze znacznie szerszymi uśmiechami na twarzach, opuściliśmy ich przybytek i ruszyliśmy na eksplorację miasta (oczywiście, zastanawialiśmy się przez chwilę, czy dane nam będzie jeszcze kiedyś zobaczyć nasz bambetle, jednak stwierdziliśmy, że poza ciuchami, wiele do stracenia nie mamy - a najważniejsze rzeczy i tak mieliśmy przy sobie).