czwartek, 18 stycznia 2018

Przedświąteczny Wiedeń

Nie zdążyliśmy dobrze poznać Wiednia, a już musieliśmy go opuszczać. Ciężko w kilka godzin zrozumieć i polubić nowe miasto. Na nasze usprawiedliwienie mogę zapewnić, że któregoś dnia z pewnością wrócimy na dłużej. Takie ekspresowe spacery kompletnie nam nie odpowiadają, a jeszcze jak na złość, nasz pociąg z Budapesztu miał 80-minutowe spóźnienie zanim w ogóle wyruszył. Jak pech to pech. Tego dnia wszystkie środki transportu dały nam po tyłkach. No nic, mamy chociaż powody, by wracać. To też dobrze Tymczasem zapraszam na krótki grudniowy spacer po Wiedniu.



wtorek, 2 stycznia 2018

5 pomysłów na grudniowy Budapeszt

Ogromną radość sprawili nam przyjaciele z Węgier voucherem Ryanair’a, który otrzymaliśmy od nich z okazji ślubu. Dali nam tym samym genialny pretekst do zaplanowania dłuższego weekendu, przy czym kazali sobie obiecać, że celem będzie Budapeszt – no a jakżeby inaczej!? Taka nasza mini podróż poślubna! Okres przedświąteczny okazał się terminem wymarzonym;) Post o Budapeszcie już powstał - we wrześniu 2015 roku zeszliśmy węgierską stolicę wszerz i wzdłuż:) Z tego wpisu poznacie natomiast:

5 pomysłów na grudniowy Budapeszt


1. Zatańczcie na lodzie w bajkowej scenerii Zamku Vajdahunyad – na tak pięknym lodowisku nie jeździliśmy nigdy wcześniej. Jest rozległe (naprawdę godne stolicy!;)) znajduje się tuż przy parku - w sąsiedztwie Placu Bohaterów. Całość świetnie zorganizowana – wypożyczalnia łyżew, szafki, ławki, szatnia na kurtki, toalety, bar, muzyka na żywo, leżaki dla relaksu oraz możliwość zakupu grzanego wina. Kiedy dotarliśmy na miejsce, lodowisko wydawało się nieco zatłoczone, na szczęście, jego powierzchnia sprawia, że obecność innych zapaleńców nikomu nie wadzi. A czym później, tym ich mniej, tafla lodu pustoszeje... Niezapomniane przeżycie!

niedziela, 31 grudnia 2017

Żegnaj 2017, witaj 2018!

To był bardzo pozytywny Rok!:) Mimo, że nie tak intensywny pod względem podróżniczym, jak 2016, przeżyliśmy  wiele cudownych chwil – majówka na Dolnym Śląsku (Zamek Książ, Wąwóz Piekiełko, Kościół Pokoju w Świdnicy), w lipcu autostop + namiot w Transylwanii, we wrześniu zalegalizowaliśmy związek;) W grudniu wizyta u przyjaciół z Budapesztu - łyżwy, łaźnie i pełen relaks (voucher na bilety otrzymaliśmy od nich z okazji ślubu:)). Wracając, zatrzymaliśmy się na jarmarkach w Wiedniu. Było też kilka weekendów w Polsce (Pojezierze Brodnickie, Toruń, Międzywodzie, Wrocław (w końcu weszliśmy do Hali Stulecia!). Ponadto, Zew Przygody zyskał własne logo (dzięki Kiniuś!), baner tytułowy oraz świeży opis.

Myślę, że nie ma co rozwlekać się z podsumowaniami, choć taki trend od kilku lat panuje na wielu blogach. Wszystkim , którzy tu zaglądają życzę samych wspaniałości w nadchodzącym 2018 Roku!!! Oby był jeszcze lepszy, wypełniony miłymi niespodziankami! Spełniajcie marzenia i realizujcie plany, życie za krótkie jest, by czekać

niedziela, 17 grudnia 2017

Tanio i smacznie, czyli Budapeszt od kuchni. Knajpy, w których warto się stołować

Tym razem coś dla głodomorów, czyli gdzie smacznie i tanio zjeść w stolicy Węgier. Przyda się wszystkim, którzy wybierają się do kraju Bratanków! Miejscówki osobiście sprawdzone, a wszystko dzięki naszym Przyjaciołom z Węgier, którzy doskonale wiedzą co najlepiej w Budzie pachnie i co niedrogo w Peszcie smakuje - tylko kuchnia węgierska - polecamy!

Raj Świni (Mangalica Heaven) - na mapce bordowy znaczek - nowe odkrycie w starej hali targowej. Smaczna lokalna kuchnia oparta na wieprzowinie (mangalica to rasa węgierskiej świni). Krótkie, zmieniające się każdego dnia menu (choć niektóre potrawy są stałe) oparte na zestawie 3 dań - przystawka (tutaj do wyboru zupa lub grzanki z węgierskim smalcem/pastą paprykową), danie główne i deser. Można zamówić mało, ale w tym przypadku czym więcej, tym taniej! Solidne porcje jak na bar;) Cena za zestaw 3 dań to mniej niż 5 euro !


 Przystawka - grzanki z pastą paprykowo -pomidorową, do tego świeże warzywa. Uwaga! Już tym można się najeść!
 Kapusta "Szekely" po szeklersku ze śmietaną i mięskiem
 Węgierska zupa gulaszowa i grzanki ze smalcem i skwarkami

czwartek, 7 grudnia 2017

Cytat na grudzień

"Nadzieja jest płomieniem, który migoce ale nie gaśnie"
przysłowie węgierskie

Budapeszt, grudzień 2017

wtorek, 5 grudnia 2017

Rumunia - kosztorys i podsumowanie

Kosztorys i podsumowanie wyprawy do Rumunii


Inspiracja: Po raz pierwszy zapragnęłam odwiedzić Transylwanię, kiedy kilka lat temu na lekcji angielskiego nauczyciel podsunął mi artykuł o regionie wampirów.  Zafascynowały mnie opisy i zdjęcia klimatycznych miasteczek, beztrosko usytuowanych pośród karpackich wzgórz...

Termin: 15-23 lipca 20117


Ilość dni na miejscu: 9

Loty:
Berlin - Bukareszt
Timisoara - Berlin (Ryanair)
*zabraliśmy 1 duży bagaż, w którym przewieźliśmy m.in. namiot i materac - nie ma lekko, latek przybywa, karimaty już nam nie wystarczają;) Starość nie radość :P


Odwiedzane po kolei miasta oraz ilość dni w każdym z nich: Bukareszt - Braszów - Zamek Bran - Zamek Rasznow - Prejmer - Braszów - Sighisoara - Dumbraveni - Biertan - Medias - Sybin - Raszinari - Sybin - Alba Iulia - Rimete Torocko - Wąwóz Cheile Turzi - Mihai Viteazul - Turda - Kopalnia Soli w Turdzie - Zemek w Hundeoarze - Deva - Timisoara

Przybliżona ilość kilometrów, którą przejechaliśmy: 1107 km
*Z czego 384 km pociągami i 723km autostopem
** Autostopem jechaliśmy w sumie 19 razy i nikt nigdy nie poprosił nas o pieniądze, choć przed wyjazdem słyszeliśmy, że w Rumunii to popularny zwyczaj.



Zarys naszej trasy

Średnia dzienna ilość wydatków na parę: 170,6 zł

Łączna suma wydatków za noclegi: 296 zł 
*2 hostele i 2 campingi, reszta bezpłatnie


Uśrednione koszta noclegu: 74 zł 
*za noclegi płaciliśmy tylko 4 razy - 2 razy spaliśmy w hostelach i 7 razy w namiocie, z czego 2 razy na campingach i 5 razy na dziko


Hostele i campingi, w których się zatrzymaliśmy:
Rolling Stone Hostel w Braszowie (1 noc)
Camping Villa Franca w Sighisoarze (1 noc)
B13 Hostel w Sybinie (1 noc)

Camping Mihai Viteazul w pobliżu Turdy(1 noc)
*reszta noclegów w plenerze na dziko, zwykle tam, gdzie zastała nas noc


Nocleg na dziko w Biertanie
 Hostel w Sybinie tuż przy głównym deptaku
Nocleg w okolicy Rimetei Torocku

Łączna suma wydatków za posiłki: 630,8 zł 


Średnie dzienne wydatki w knajpkach/piekarniach: 70 zł


Średnie dzienne wydatki na zakupy (spożywka): 31,3 zł

 Gulasz z mamałygą
 Sarmale - rumuńskie gołąbki
Przepyszne precle na słodko - z wiśniami lub czekoladą, jeszcze ciepłe!

Łączne koszta za transport za nas oboje: 159,2 zł

Średnie dzienne koszta transportu za nas oboje: 17,7 zł



 Droga do Alba Iulii - wśród słonecznikowych pół
Czekając na podwózkę

Wstępy na parę: 199 zł

Średnie dzienne koszta wstępów do atrakcji za nas oboje: 22,11 zł
*wstępy do zamków zwykle 10-12zł na głowę
**najdrożej wyszła nas Kopalnia Soli w Turdzie i zamek w Hunedoarze (po 30zł od osoby)
*** Wąwóz Cheile Turzi bezpłatny, do zamku Bran nie wchodziliśmy

 Zamek Bran, który podziwialiśmy z sąsiedniego wzgórza:)
 Kościół obronny w Prejmer (10zł za wstęp)
Bajkowa Sighisoara
Kościół warowny w Biertanie
Kopalnia soli w Turdzie

Inne pierdoły: 103zł
*głównie przechowalnie bagażów i drobne pamiątki

Waluta (RON)
1 Lej = 0,91zł (prawie jak 1:1)

 Sklepik z pamiątkami na Szeklerszczyźnie

Koszta nadprogramowe: tym razem brak- ufff ;)

Suma wszystkich wydatków na parę za 9 dni w Rumunii w lipcu 2017: 1535,19 zł

UWAGA - podana kwota nie obejmuje lotów!

Wspomnienia z wyprawy: BEZCENNE!:)

Bezpieczeństwo: Po powrocie, wiele osób pytało nas o bezpieczeństwo na miejscu, jakbyśmy wrócili co najmniej z Afryki;) Bez paniki! Ani razu nie czuliśmy się zagrożeni, spaliśmy w namiocie i jeździliśmy stopem, który okazał się łatwizną, czekaliśmy zazwyczaj do 5 minut. Cyganów widywaliśmy, owszem, ale nigdy nawet z nimi nie rozmawialiśmy. Jeśli chodzi o spanie na dziko, staraliśmy się wybierać miejsca z dala od domostw, by nikomu nie zawadzać i najlepiej pozostać niezauważonym. Rumunii przemili, uśmiechnięci i pomocni:)

Ceny: W sklepach i knajpkach odrobinę taniej ale generalnie podobne jak u nas. Zdziwiło nas, że nabiał mają droższy. Dobre lokalne wino można dostać w bardzo przyzwoitych cenach. Zupa w barze to koszt ok 3-5zł, drugie danie np.gulasz z mamałygą nie przekracza 20zł.



Podsumowanie: Z Rumunii wróciliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni i wypoczęci (nawet pomimo tempa zwiedzania, jakie sobie narzuciliśmy - ale nas właśnie taka aktywność najbardziej odpręża;)). W tym roku jakoś tam się złożyło, że jedynie podczas pobytu w Transylwanii udało nam się zaznać prawdziwego lata i upałów, pogoda w Polsce niestety nie rozpieszczała, przynajmniej w zachodniopomorskim;) W Karpatach za to, słoneczko solidnie przygrzewało naszej eskapadzie, my zaś korzystaliśmy na maksa, łapiąc heban, zwiedzając i degustując lokalne wina w pięknych okolicznościach przyrody i architektury. Rumunia sprawiła, że wielokrotnie przenieśliśmy się w czasie, o jakieś 20 lat wstecz, do Polski z lat dziecinnych. Nasze TOP3 to Sighisoara, Biertan i Rimetea-Torocko. Zakochaliśmy się w średniowiecznych miasteczkach i karpackich krajobrazach, najbardziej jednak w tym braku pośpiechu. Tam nie czuć jeszcze tego pędu życia, który dogania nas w Polsce. Idealny region żeby się oderwać od cywilizacji...

poniedziałek, 27 listopada 2017

Przez Hunedoarę do Timisoary. Żegnaj Transylwanio, żegnaj Rumunio! Och, jakże byłaś nam łaskawa...


Po odwiedzinach w Kopalni Soli wróciliśmy jeszcze na camping po rzeczy, po czym piechotką udaliśmy się w kierunku wjazdu na autostradę. Czekaliśmy nieco ponad 10 minut, po czym znów mknęliśmy osobówką w kierunku Alba Iulii, tym razem zgarnął nas, mieszkający w okolicy Niemiec. Następnie przesiadka do hiszpańskiego tira, który zmierzał w kierunku Barcelony. Potem jeszcze jedna, krótka podwózka (za kierownicą gadatliwy, uśmiechnięty od ucha do ucha Dorin;)) i naszym oczom ukazał się Zamek w Hunedoarze - jak z baśni!


Ogromna forteca usytuowana na wzniesieniu, z malowniczym mostem prowadzącym do bramy głównej. Zamczysko zaintrygowało nas już wcześniej, kiedy ujrzeliśmy je na okładce przewodnika po Rumunii - postanowiliśmy, że jeśli tylko będzie nam po drodze, koniecznie musimy je odwiedzić. Udało się:) Był nawet pomysł, żeby przenocować w namiocie na którejś z okolicznych łąk i wieczorem napić się wina z widokiem na fortecę, czas jednak przyspieszył, zaczął wręcz gonić, postanowiliśmy zatem, w miarę możliwości, jak najprędzej dotrzeć do Timisoary.

sobota, 25 listopada 2017

Recenzja fotoksiążki Saal Digital

Kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam wywoływać zdjęcia i własnoręcznie wyklejać albumy;) Mogę to robić godzinami, gdyż kreatywne zadania sprawiają mi masę przyjemności i relaksu. Przyznaję bez bicia, że do drukowanych fotoksiążek nastawienie miałam bardzo sceptyczne, nie miałam nawet ochoty spróbować, gdyż wydawało mi się, że to opcja dla mięczaków;) Sorry! 

Aż do niedawna. Od kilku miesięcy, regularnie co kilka tygodni, dostawałam na maila zaproszenie do testu fotoksiążki firmy Saal Digital. Oferowano mi możliwość skorzystania z 200zł rabatu (ważnego 14 dni) i skomponowanie dowolnego projektu. Wciąż jednak coś mi przeszkadzało, nie miałam czasu. W dodatku nachodziły mnie wątpliwości - w tych czasach nic za darmo nie ma. A jak to jakaś podpucha? Albo nie daj Boże ściągnę przy okazji jakiegoś wirusa! Przesadzałam;) Za darmo może faktycznie nic nie ma, ale za wystawienie sprawiedliwej opinii okazuje się, że owszem. Pracownik z #saaldigital wciąż cierpliwie przedłużał mi kupon rabatowy. Pomyślałam w końcu, czemu by nie - idą święta, zaprojektuję fotoksiążkę dla Babci.

Napracowałam się jak cholera, trzy dni siedziałam i działałam. Wciągnęło mnie jak nie wiem!:) Na początku musiałam ściągnąć program do tworzenia projektów. Na szczęście okazał się bardzo intuicyjny i szybko go rozgryzłam. Do wyboru wiele opcji - tło można zmieniać do woli, dodawać napisy i cliparty, czego dusza zapragnie. Cena wyjściowa formatu 15x21 to 125 zł za 26 stron. Każde dodatkowe 2 strony to 5 zł. W końcu złożyłam zamówienie. W kuponie rabatowym zmieściłam się idealnie: 180 zł plus koszty przesyłki (niecałe 20 zł). Wciąż jednak pozostawałam nieufna...a może jednak obciążą mnie jakimiś ukrytymi kosztami? Musi być jakiś haczyk.. Myślałam.

Nie było. Po kilku dniach trzymałam w rękach swoją pierwszą, osobiście zaprojektowaną fotoksiążkę. Nawet nie spodziewałam się takiej jakości! Pierwsza klasa! Zdjęcia wyglądają jak wydrukowane osobno i przyklejone (a przecież są wprasowane w książkę), kolory wyraziste, wszelkie akcenty, które sama dodawałam - świetnie widoczne. Książeczka jest formatu A5, po rozłożeniu formatu A4, kartki twarde i solidne. Nie ukrywam, że chciałam zmieścić się w kwocie otrzymanego rabatu, nie wiedziałam bowiem, jaki czeka mnie efekt końcowy. Teraz widzę na własne oczy! Jestem naprawdę zadowolona! Myślę, że Babcia strasznie się ucieszy, prezent dotyczy bowiem naszych wspólnych rodzinnych podróży z ostatnich lat, idealna niespodzianka pod choinkę, więc  cicho sza kto ją spotka na mieście!;) :P 

Z pełnym przekonaniem polecam Wam usługi firmy Saal Digital! Nie ma się czego obawiać. Tutaj nie ma żadnej ściemy:) Jeśli stawiacie na produkty wysokiego gatunku, takie fotoksiążki z pewnością  ucieszą Was i Waszych bliskich. Podpisuję się pod tym i zachęcam do działania :)


Wybaczcie, zdjęcia fotoksiążce robiłam telefonem, stąd średnia jakość ale efekt na żywo jest super! Kto nie wierzy, pokażę przy pierwszej okazji;)

wtorek, 14 listopada 2017

Transylwania. Burza nad wąwozem i poranek w kopalni soli

Trzy podwózki później znaleźliśmy się w bazie wypadowej wąwozu Cheile Turzi. Spodziewaliśmy się zastać tam camping, na którym mieliśmy zostawić rzeczy i pójść połazić po wąwozie.  Camping był owszem, ale nieodpłatny, co wiązało się z czystą samowolką i brakiem prysznica. Trzeba przyznać, że w kwestii organizacji turystyki Rumunii muszą się jeszcze sporo nauczyć. Zmarnowaniusiedliśmy na zadaszonym tarasie knajpy i zamówiliśmy zimną lemoniadę (w tym z kolei Rumunii przodują!;)). Co począć, myśleliśmy. Zaczęliśmy już nawet rozważać pozostawienie plecaków w krzakach, stwierdziliśmy jednak, że to zbyt duże ryzyko. No nic, przejdziemy, kanion z obciążeniem…  To tylko kilometr z kawałkiem w jedną  stronę, nie jesteśmy mięczakami...

Pomimo znacznego obciążenia, nierównej ścieżki i sporadycznych przeszkód w postaci mostków i podejść, wędrowało się całkiem przyjemnie.  Szliśmy wśród zieleni, nad nami dominowały wapienne urwiska. Powietrze zaczęło się kleić, nad naszymi głowami zbierały się ciemne chmury.  Zanosiło się na ulewę. Burza w wąwozie! Nie może być lepiej! Grzmiało i pachniało wilgocią. Było nieziemsko! Usiedliśmy nad potokiem ,oparliśmy się o skały, wyciągnęliśmy wino i czekaliśmy. 


W międzyczasie mijały nas grupki turystów, które z niemałym zdziwieniem przyglądały się naszym poczynaniom. Wszyscy przebierali nogami, byle tylko zdążyć przed deszczem. Na lekkim rauszu ruszyliśmy w przeciwną stronę, do samego serca wąwozu. Wreszcie zaczęło kropić, ale nie przejęliśmy się tym faktem. Przeczekaliśmy w jaskini, uradowani jak dzieci. Choć burza minęła, przyszło nam zmierzyć się ze śliskimi skałami. Bez barierek i lin wspomagających byłoby to chyba niemożliwe. Pokonaliśmy trasę w obie strony. Cholernie zmęczeni, głównie za sprawą wleczonych tobołków, które wbijały się w spalone słońcem ramiona, wróciliśmy do bazy i walnęliśmy się na ławce. Wąwóz zdobyty, misja zakończona sukcesem;)
Autostopem (ku naszej uciesze zabrało nas małżeństwo z Węgier) na dwa razy, po 20 minutach dotarliśmy się do miejscowości Mihail Viteazu. Już wcześniej udało nam się namierzyć camping z prysznicem (najważniejszy element obozowiska!), dla pewności zadzwoniliśmy nawet się dopytać. Faktycznie, trafiliśmy super. Przyjemna miejscówka (coś a la camping rodzinny) na terenie rozległego ogrodu gospodarzy, tuż przy ich domku,  wszystko elegancko ogrodzone,. Przesympatyczni ludzie, przyjęli nas niemal jak rodzinę! Wieczorem zostaliśmy poczęstowani kanapeczkami (z domowej roboty boczkiem i zakuską) oraz czujką (rumuńską śliwowicą), a także uraczeni ciekawymi opowieściami. Ludzie ci porzucili wygodne i dostatnie życie w Holandii i bez żalu wrócili na łono wytęsknionej Transylwanii. Rozumieliśmy ich. Emigracja nie wszystkim służy.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Transylwania. Odwiedziny u Szeklerów

Trzeba przyznać, że farta mieliśmy z tym spaniem na dziko. Gdzie nie trafiliśmy, witały nas wymarzone okoliczności przyrody! Nawet gdy przeciwności losu próbowały zmącić nasz spokój, w ostatecznym rozrachunku okazywało się, że lepiej trafić nie mogliśmy;)

I tak oto, gdy wieczór wcześniej dotarliśmy (opóźnionym i niemożliwie ślamazarnym pociągiem) z Alby do Aiud, a słońce ziewając machało do spania, wydawało się, że żadnej godnej miejscówki na sen już nie znajdziemy. Mało tego, chcieliśmy przed zachodem dotrzeć do Rimetei - Torocka i rozbić się gdzieś u stóp świętej góry Szeklerów... Akurat. W podróży najczęściej bywa tak, że wszelkie plany można sobie wsadzić... Z Turdy udało nam się złapać stopa jedynie do połowy drogi, później przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów pieszo i ostatecznie wylądowaliśmy na przydrożnej łące. Całe szczęście mieliśmy ze sobą czołówkę, dzięki czemu namiot rozstawiliśmy szybko i sprawnie.


Wstaliśmy z widokiem, który sprawił, że opadły nam kopary. Góra przypominająca szczyty Pienin czy Dolomitów, otulona ciepłymi promieniami słońca, towarzyszyła nam przy śniadaniu i porannej toalecie - w pobliskim potoku. Nie mogliśmy oderwać od niej wzroku! Wreszcie, gdy namiot ociekł z porannej rosy, zebraliśmy się do drogi. I znów ruch na drodze sporadyczny, tak to już jest w tej Transylwanii, zwłaszcza poza głównymi szlakami. Po dłuższej chwili zatrzymali się starsi państwo i zabrali nas prosto do celu. Do Szeklerów.

Kim jest ów tajemniczy lud? No właśnie, tutaj nawet badacze zachodzą w głowę. Mówi się, że pochodzą od Wołochów, Turków, Hunów... Oni sami utożsamiają się z Węgrami. Jedna z wersji podaje, iż wywodzą się od madziarskich plemion, które żyły na tych ziemiach już w XII wieku. Po rozpadzie królestwa Habsburgów, Szeklerzy zaczęli identyfikować się z Węgrami.