wtorek, 14 listopada 2017

Transylwania. Burza nad wąwozem i poranek w kopalni soli

Trzy podwózki później znaleźliśmy się w bazie wypadowej wąwozu Cheile Turzi. Spodziewaliśmy się zastać tam camping, na którym mieliśmy zostawić rzeczy i pójść połazić po wąwozie.  Camping był owszem, ale nieodpłatny, co wiązało się z czystą samowolką i brakiem prysznica. Trzeba przyznać, że w kwestii organizacji turystyki Rumunii muszą się jeszcze sporo nauczyć. Zmarnowaniusiedliśmy na zadaszonym tarasie knajpy i zamówiliśmy zimną lemoniadę (w tym z kolei Rumunii przodują!;)). Co począć, myśleliśmy. Zaczęliśmy już nawet rozważać pozostawienie plecaków w krzakach, stwierdziliśmy jednak, że to zbyt duże ryzyko. No nic, przejdziemy, kanion z obciążeniem…  To tylko kilometr z kawałkiem w jedną  stronę, nie jesteśmy mięczakami...

Pomimo znacznego obciążenia, nierównej ścieżki i sporadycznych przeszkód w postaci mostków i podejść, wędrowało się całkiem przyjemnie.  Szliśmy wśród zieleni, nad nami dominowały wapienne urwiska. Powietrze zaczęło się kleić, nad naszymi głowami zbierały się ciemne chmury.  Zanosiło się na ulewę. Burza w wąwozie! Nie może być lepiej! Grzmiało i pachniało wilgocią. Było nieziemsko! Usiedliśmy nad potokiem ,oparliśmy się o skały, wyciągnęliśmy wino i czekaliśmy. 


W międzyczasie mijały nas grupki turystów, które z niemałym zdziwieniem przyglądały się naszym poczynaniom. Wszyscy przebierali nogami, byle tylko zdążyć przed deszczem. Na lekkim rauszu ruszyliśmy w przeciwną stronę, do samego serca wąwozu. Wreszcie zaczęło kropić, ale nie przejęliśmy się tym faktem. Przeczekaliśmy w jaskini, uradowani jak dzieci. Choć burza minęła, przyszło nam zmierzyć się ze śliskimi skałami. Bez barierek i lin wspomagających byłoby to chyba niemożliwe. Pokonaliśmy trasę w obie strony. Cholernie zmęczeni, głównie za sprawą wleczonych tobołków, które wbijały się w spalone słońcem ramiona, wróciliśmy do bazy i walnęliśmy się na ławce. Wąwóz zdobyty, misja zakończona sukcesem;)
Autostopem (ku naszej uciesze zabrało nas małżeństwo z Węgier) na dwa razy, po 20 minutach dotarliśmy się do miejscowości Mihail Viteazu. Już wcześniej udało nam się namierzyć camping z prysznicem (najważniejszy element obozowiska!), dla pewności zadzwoniliśmy nawet się dopytać. Faktycznie, trafiliśmy super. Przyjemna miejscówka (coś a la camping rodzinny) na terenie rozległego ogrodu gospodarzy, tuż przy ich domku,  wszystko elegancko ogrodzone,. Przesympatyczni ludzie, przyjęli nas niemal jak rodzinę! Wieczorem zostaliśmy poczęstowani kanapeczkami (z domowej roboty boczkiem i zakuską) oraz czujką (rumuńską śliwowicą), a także uraczeni ciekawymi opowieściami. Ludzie ci porzucili wygodne i dostatnie życie w Holandii i bez żalu wrócili na łono wytęsknionej Transylwanii. Rozumieliśmy ich. Emigracja nie wszystkim służy.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Transylwania. Odwiedziny u Szeklerów

Trzeba przyznać, że farta mieliśmy z tym spaniem na dziko. Gdzie nie trafiliśmy, witały nas wymarzone okoliczności przyrody! Nawet gdy przeciwności losu próbowały zmącić nasz spokój, w ostatecznym rozrachunku okazywało się, że lepiej trafić nie mogliśmy;)

I tak oto, gdy wieczór wcześniej dotarliśmy (opóźnionym i niemożliwie ślamazarnym pociągiem) z Alby do Aiud, a słońce ziewając machało do spania, wydawało się, że żadnej godnej miejscówki na sen już nie znajdziemy. Mało tego, chcieliśmy przed zachodem dotrzeć do Rimetei - Torocka i rozbić się gdzieś u stóp świętej góry Szeklerów... Akurat. W podróży najczęściej bywa tak, że wszelkie plany można sobie wsadzić... Z Turdy udało nam się złapać stopa jedynie do połowy drogi, później przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów pieszo i ostatecznie wylądowaliśmy na przydrożnej łące. Całe szczęście mieliśmy ze sobą czołówkę, dzięki czemu namiot rozstawiliśmy szybko i sprawnie.


Wstaliśmy z widokiem, który sprawił, że opadły nam kopary. Góra przypominająca szczyty Pienin czy Dolomitów, otulona ciepłymi promieniami słońca, towarzyszyła nam przy śniadaniu i porannej toalecie - w pobliskim potoku. Nie mogliśmy oderwać od niej wzroku! Wreszcie, gdy namiot ociekł z porannej rosy, zebraliśmy się do drogi. I znów ruch na drodze sporadyczny, tak to już jest w tej Transylwanii, zwłaszcza poza głównymi szlakami. Po dłuższej chwili zatrzymali się starsi państwo i zabrali nas prosto do celu. Do Szeklerów.

Kim jest ów tajemniczy lud? No właśnie, tutaj nawet badacze zachodzą w głowę. Mówi się, że pochodzą od Wołochów, Turków, Hunów... Oni sami utożsamiają się z Węgrami. Jedna z wersji podaje, iż wywodzą się od madziarskich plemion, które żyły na tych ziemiach już w XII wieku. Po rozpadzie królestwa Habsburgów, Szeklerzy zaczęli identyfikować się z Węgrami.

piątek, 3 listopada 2017

Cytat na listopad

„Podróżowanie uczy skromności. Widzisz jak niewiele miejsca zajmujesz w świecie”

Gustave Flaubert

Jesień 2017

środa, 25 października 2017

Transylwania - przystanek w Alba Iulii

Na wylotówkę dojechaliśmy miejskim autobusem. Czekaliśmy w pełnym słońcu przy wjeździe na autostradę, łapiąc stopa i opaleniznę. Po niecałych 20 minutach zatrzymał się dostawczak, z którego wysiadł uśmiechnięty Rumun. Powiedział, że zabierze nas do samej Alba Iulii, ale  musimy zatrzymać się po drodze w Sebesz, gdzie miał do załatwienia interesy. Po standardowym wstępie i przedstawieniu naszych skromnych osób, okazało się, że nasz kierowca dużo lepiej niż angielskim posługuje się włoskim. Super! Jechaliśmy wśród pól, a Florin beztrosko "parlał" nam o swoim życiu rozwodnika, synu mieszkającym z ex żoną w Hiszpanii, pracy no i oczywiście o samej Rumunii. 

W końcu dotarliśmy na targowisko w Sebesz. Za namową Florina, postanowiliśmy rozprostować nogi i zrobić szybki obchód po straganach. Woleliśmy nie oddalać się jednak od środka transportu, w którym co by nie mówić, znajdował się nasz cały ruchomy dobytek. Zakupiliśmy owoce i warzywa i czekaliśmy, a Florina jak nie było tak nie było. Miał wrócić po 20 minutach, nie było go niemal godzinę. W końcu nadszedł a nam kamienie spadły z serca. Niepotrzebnie się niepokoiliśmy. Nasz towarzysz zagadał się ze znajomym a w ramach rekompensaty przyniósł nam domowej roboty mięsiwa - kabanosy i kiełbaski - pychota. 

Ruszyliśmy dalej, niestety już po chwili okazało się, że gdzieś na trasie do Alby zawaliła się droga i  utworzył się wielki korek. I pewnie jadąc z innym kierowcą zmarnowalibyśmy wiele cennych godzin, jednak Florin obiecał, że na to nie pozwoli. Wyjął CB radio, porozumiał się z innymi członkami ruchu, zamaszyście zakręcił i znów mknęliśmy wąską drogą przez wioski i pola słoneczników. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, trasa okazała się niezwykle malownicza. Po godzinie wysiadaliśmy na dworcu w Albie, żegnając i grzecznie dziękując naszemu towarzyszowi. Zostawiliśmy tobołki w przechowalni, po czym skierowaliśmy się do cytadeli.


I teraz ważne pytanie - czy warto odwiedzić Albę Iulię? Jeśli jesteście miłośnikami historii, owszem. Jej korzenie pochodzą jeszcze z czasów rzymskich, kiedy legioniści założyli tu swój obóz Apulum. Później naprzemiennie panowali tu Tatarzy, Węgrzy i Turcy. Wizytę w Alba Iulii można tez śmiało odpuścić. Fakt, to kolebka rumuńskiego patriotyzmu, pełna symboli, pomników i znaczących budowli. To tutaj zaczęła tworzyć się rumuńska tożsamość. Tutaj, w 1918r po Pierwszej Wojnie Światowej uchwalono przyłączenie Transylwanii do Rumunii (na jakiej podstawie podjęto tę decyzję, pojąć nie potrafimy - to z pewnością jakaś polityczna zagrywka - przecież znacznie więcej czasu władali na tych ziemiach Węgrzy...). Bezsprzecznym atutem miasta są niższe ceny, nastawione na rumuńskich patriotów - pielgrzymów. Niestety, na dłuższą metę może znużyć.

czwartek, 19 października 2017

Transylwania - z Biertanu przez Mediaș do Sybinu

Prosto z Biertanu udaliśmy się do Mediasz. Stopa łapaliśmy dłużej ale trudno łapać, kiedy praktycznie nic przez wioskę nie jedzie;) W końcu zabrał nas młody chłopak, który co prawda po angielsku nie mówił, słuchał za to niesamowicie klimatycznej muzyki. Żegnając się z nim nie wytrzymałam i zapytałam o nazwę zespołu. Manele - odpowiedział, wzruszając ramionami.

Po powrocie do Polski sprawdziłam i okazało się, że jest to gatunek muzyczny popularny w Rumunii oraz krajach ościennych. Treścią przypominający nasze disco polo, w rytmach jednak znacznie bardziej orientalny, cygański... No zakochałam się! Przemierzając Transylwanię stopem i nieśmiało podrygując do skocznego Manele czułam się we właściwym czasie i miejscu.

Dotarliśmy do Mediasz i zrobiliśmy rundkę po mieście. Usiedliśmy na zimne piwo i lemoniadę (bardzo zresztą w Rumunii popularną, niemal w każdej knajpie się nią delektowałam!) żeby podładować baterie od aparatu i telefonu, a przy okazji złapać jakieś wifi. Wreszcie ruszyliśmy w stronę wylotówki i kiedy tylko wystawiliśmy kciuki, zatrzymał się naburmuszony dziadek. Fakt, zabrał nas wprost do Sybiu i do dziś nie mogę pojąć, dlaczego się na to zdecydował. Przez całą drogę milczał, dając nam odczuć, iż nie jesteśmy w jego aucie mile widziani. Dziwak.

 Przystanek w Mediasz
 Przekraczamy bramę i wkraczamy do zamku miejskiego (castelul). To tutaj, w XVI wieku, w obecności polskich posłów Stefan Batory zaprzysiągł pacta conventa i tym samym zasiadł na polskim tronie, tworząc unię z Transylwanią.
 Kolorowe kamieniczki
Nad starówką dominuje wieża kościoła św. Małgorzaty z XV/XVI w

poniedziałek, 9 października 2017

Transylwania - Biertan i podróż w czasie

Poranek w Biertanie należał do tych idealnych... Spanie na dziko jest moim zdaniem znacznie bardziej energetyzujące, niż spanie w łóżku. Świeże powietrze i odgłosy natury koją wszelkie stresy, pozwalają wkroczyć w tę najgłębszą fazę snu. Człowiek budzi się zrelaksowany, z uśmiechem na ustach, a przede wszystkim budzi się wcześniej. Kiedy wyszliśmy z namiotu, resztki porannej mgły wciąż unosiły się nad doliną. Słońce oświetlało wieżyczki warownego kościoła a miasteczko pomału budziło się do życia. Przygotowaliśmy prowizoryczne śniadanko (w formie pikniku), wyciągnęliśmy ­­­­­opróżnioną już do połowy butelkę wina i w tak idyllicznych okolicznościach przyrody siedzieliśmy, obserwując miasteczko z góry i nasłuchując. 



I znów, jak wieczorem, psy prześcigały się w szczekaniu, a owady w bzyczeniu. Wilgotna trawa łaskotała nas po nogach. Pachniało łąką, krowami i latem. Gdzieś z oddali dobiegał nas śmiech cieszących się wakacjami dzieciaków. Warkot samochodów praktycznie nie zakłócał naszej sielanki. Umilało je za to muczenie krów, pianie kogutów, dzwonki wędrującego nieopodal stada owiec oraz stukot wozów konnych. I znów ogarnęło nas to osobliwe, budzące sentymenty uczucie. Ponownie cofnęliśmy się w czasie. Dzisiejsza Rumunia wielokrotnie przypominała nam „kraj lat dziecinnych”. Czasy, kiedy w każdej wolnej chwili biegało się po podwórku... 

sobota, 7 października 2017

Cytat na październik

"Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? – Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień"

George Bernard Shaw

Jesień w zamku Johnstown, Irlandia 2015

wtorek, 26 września 2017

Transylwania - Bajkowa Sighisoara

Do Sighisoary (czyt. Sigiszoary) dojechaliśmy późnym wieczorem z nastawieniem, że rozbijać się będziemy po omacku. No, może aż tak tragicznie nie było. Maciek wynalazł camping, znajdujący się nieopodal torów. Niezmiernie ucieszyła mnie wizja prawdziwej łazienki z ciepłą wodą. Z pociągu wysiedliśmy jako jedyni, przez co niemal zwątpiłam, czy dobry cel obraliśmy (czy ktoś tu kurczę poza nami w ogóle przyjeżdża?!). Co więcej, szybko okazało się, że owszem, camping widać już z dworca, tyle że droga do niego wije się stromo pod górę. Niby jedyne 3 km, a jednak wspinaczka z plecakami przez ciemny las (miałam tylko nadzieję, że nie spotkamy jakiegoś wygłodniałego karpackiego niedźwiedzia) dała mi (Maciek nigdy nie narzeka) nieźle w kość. Na szczęście, następnego ranka widok z campingowej kawiarni wynagrodził wszelkie trudy!


Przygotowując się do wyjazdu, niemal na każdym blogu czytałam, że Sighisoara to perełka wśród siedmiogrodzkich miast. Faktycznie, coś w tym jest! Szybko trafiła do naszego transylwańskiego TOP 3. Oczywiście Braszów i Sybin też przypadły nam do gustu, jednak trzeba przyznać, że Sighisoara wręcz rozkochuje w sobie przyjezdnych. W Segieszowie (polska wersja nazwy) wciąż można poczuć wyjątkowy urok średniowiecznego miasteczka (wiecie, takiego otoczonego starymi murami miejskimi, z reprezentacyjną bramą wjazdową zwieńczoną wieżą zegarową, z klasztorem na wzgórzu, ratuszem, cichymi placykami), mówi się, że jednego z lepiej zachowanych w Europie.

czwartek, 14 września 2017

Transylwania - odwiedzamy Prejmer i Braszów

Pierwsza noc w namiocie za nami. Raczej bezstresowa, choć ze dwa razy obudził mnie warkot przejeżdżającego polną drogą samochodu. Miałam tylko nadzieję, że nasz maciupki przenośny domek jest widoczny z oddali. Wstaliśmy  wcześnie, wsunęliśmy resztki z kolacji i w towarzystwie pasących się nieopodal owiec, zapakowaliśmy resztę tobołków. Leniwym spacerem udaliśmy się do centrum mieściny Prejmer, podziwiając po drodze urokliwą zabudowę miasteczka (spuściznę po żyjących tu dawniej Węgrach) oraz  wszechobecne rodziny bocianów (po 3 sztuki na gniazdo, rodzice + potomek) stojących dumnie w swych wakacyjnych domostwach (przecież powszechnie wiadomo, że większość z nich pochodzi z Polski a do Rumunii przyleciały jedynie na urlop – swoją drogą nieźle się prowadzą te bociany – dopiero co w październiku widzieliśmy je w Maroku!).


Usiedliśmy w knajpce na głównym placu miasteczka, zamówiłam kawę, Maciek piwo (co tam, że ósma rano, w końcu to nasze wakacje) i przez dłuższą chwilę obserwowaliśmy mieszkańców (oni zesztą też się nam przypatrywali). Kawa okropna, piwo - sikacz, dla nas jednak najbardziej liczyła się ubikacja;) Po sprawnej toalecie z umywalką usytuowaną - pechowo - w korytarzu, znów byliśmy zwarci i gotowi.  Mieliśmy farta, kasjerka z kościoła warownego okazała nam wyrozumiałość i na czas zwiedzania, pozwoliła przechować plecaki w swym kantorku. Wiedziała co robi - malutkie izby, w których niegdyś, podczas oblężeń chowali się okoliczni mieszkańcy, ciężko zwiedzałoby się z naszymi bambetlami na plecach. A uwierzcie, takiej budowli nie sposób zignorować!

niedziela, 3 września 2017

Cytat na wrzesień

"Kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na Ziemi wolnego od wspólnych wspomnień"
Ernest Hemingway


2 września 2017 r - początek całkiem nowej podróży:)

PS Teraz już tylko odliczamy do miesiąca miodowego... ^^