wtorek, 17 kwietnia 2018

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Oto pytania, które najczęściej pojawiają się na forach i grupach Facebook’a.
  • Czy da się zjechać Jukatan na własną rękę?
  • Jak z bezpieczeństwem?
  • Jaki jest stan dróg na Jukatanie?
  • Czego unikać?
  • Na co zwracać uwagę?
  • Czy warto wypożyczyć samochód?
  • Jak się zachowywać podczas kontroli policji?

Praktycznie te same kwestie nurtowały nas przed wyjazdem, zwłaszcza kiedy koleżanka mojej mamy, na wieść, że chcemy w Meksyku wypożyczyć auto, zaczęła straszyć nas mrocznymi scenariuszami. I co? Niepotrzebnie się zestresowaliśmy, wcale nie było tak źle! A bez czterech kółek z pewnością zobaczylibyśmy znacznie mniej. 

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Wszędzie jest płasko! To wielka, porośnięta dżunglą i krzaczorami równina, poprzecinana gdzieniegdzie prostymi nitkami dróg (o zagęszczeniu raczej nikłym;)). Chyba nigdy wcześniej nie jeździliśmy tak monotonnymi trasami;) Widoki żadne, horyzont ograniczony, pagórki należały do rzadkości. Zarośla zasłaniały wszystko, co chętnie podziwialibyśmy po bokach. Odrobinę ciekawiej zrobiło się nad Zatoką Meksykańską, w okolicy Palenque (stan Chipas jest bardziej górzysty) oraz na odcinku Calakmul - Bacalar.  

Standardowa droga wiodąca przez Jukatan
Ukształtowanie terenu najlepiej obrazują widoki z piramid Majów

Przez Jukatan przebiega płatna autostrada (tzw. CUOTA) na odcinkach Cancun - Valladolid - Merida (i szczerze mówiąc, do najtańszych nie należy). Skorzystaliśmy z niej tylko raz, po czym szybko zmyliśmy się na bezpłatne „mniejsze” drogi szybkiego ruchu. Trzymaliśmy się ich już do końca.

Na półwyspie aż roi się od TOPES (tzw. leżących policjantów, hopek, czy jak to się tam u nas nazywa). Trzeba jeździć bardzo ostrożnie, szczególnie w terenie zabudowanym. Na głównych drogach biegnących przez mieściny potrafiliśmy doliczyć się nawet 6 topes w jednej wiosce! Są dość wysokie, zazwyczaj betonowe, czasem oznaczone znakami, czasem nie, słabo widoczne z daleka. Naprawdę łatwo się zagapić i stracić oponę.

A propos opon. Widzieliśmy ich dziesiątki (zwykle od TIRów), porozrywanych na strzępy, pogubionych i zapomnianych gdzieś w rowach. Ale nie bójcie się, jeśli będziecie uważać na hopki, dziury w asfalcie (a poro ich!) i jeździć zgodnie z przepisami, nic nie ma prawa się stać! Z drugiej strony, co kilkadziesiąt kilometrów mijaliśmy wulkanizatorów... Chyba mają branie;)

Przy drogach Jukatanu szwenda się mnóstwo bezpańskich psów, zdarza się, że w najmniej oczekiwanym momencie wchodzą na drogę lub stają po środku, rozleniwione i przyglądają się obcym;) Kolejny argument, by nie przeginać z prędkością... na jezdni widywaliśmy sporo nieżywych psów i kotów. 

 Tu akurat zamiast psów świnki trzy;)

„Ciemno już, zgasły wszystkie światła, ciemno już noc nadchodzi głucha”. Dokładnie tak się czuliśmy, kiedy zapadał zmierzch. Jukatan jest mocno niedoświetlony. Nawet w miasteczkach brakuje latarni, o drogach wiodących przez dżunglę nie wspominając. Nie przepadałam za jeżdżeniem po zmierzchu (zwłaszcza, gdy padało), ze względu na słabą widoczność czułam się niepewnie. Kilka razy musieliśmy jednak przejechać z punku A do punktu B i nie było wyjścia, trzeba było dotrzeć do wybranego hotelu. Co więcej? Kiedy Maciek zostawiał mnie samą w samochodzie (bo np. przystanęliśmy w sklepiku, by kupić wodę), zawsze zamykałam się od środka, by nikt niepożądany nie władował mi się do środka. Były również plusy - jadąc nocą warto zatrzymać się choć na moment i popatrzeć w kosmos. Takiego nieba nie widziałam już dawno...

 Powrót z Calakmul

Rzecz w Europie raczej niespotykana. Wskazówki i wsparcie psychiczne dla długodystansowych kierowców;) "Nie prowadź zmęczony", "Zapnij pasy", "Zachowaj ostrożność", "Jedź na światłach", "Czysta ciężarówka jest bezpieczniejsza". Praktycznie co kilkadziesiąt metrów. Tysiące ostrzeżeń.

Trzeba przyznać, że drogi, miasta i atrakcje są na Jukatanie świetnie oznaczone. Regularnie mijaliśmy kierunkowskazy z odległościami oraz brązowe znaki turystyczne, które informowały nas o pobliskich ruinach, jaskiniach i cenotach. Nie mieliśmy GPS'a, jedynie mapę drogową offline w telefonie. Chyba tyko raz zdarzyło nam się zgubić, ale wpłynął na to objazd związany z remontem drogi w mieście Campeche.

Przy drogach ustawiają się sprzedawcy świeżych owoców i soków. Kokosy, ananasy, mango, czego dusza zapragnie. Idealne przekąski na podróż. Na samą myśl ślinka mi cieknie!

Pogoda na Jukatanie zmieniała się niemal jak w Irlandii. W jednej chwili piękne słońce i bezchmurne niebo, pół godziny później gwałtowna ulewa ograniczająca widoczność do minimum. Kwadrans po niej urokliwy zachód słońca.

 Tak to bywało;)

Przed każdym dłuższym odcinkiem lepiej zatankować, gdyż poza miastami stacje benzynowe są od  siebie oddalone. Mieliśmy niezłego stresa, wracając dosłownie na oparach paliwa z ruin w Calakmul usytuowanych w sercu dżungli. Jakieś 20-30 km przed hotelem włączyła się nam rezerwa, a ostatnie kilometry robiliśmy dosłownie z duszą na ramieniu. Kiedy z ulgą dotarliśmy na stację, okazało się, że jest nieczynna... na szczęście kolejna znajdowała się 3km dalej, po drugiej stronie miasteczka;) Jakoś się dowlekliśmy.

Droga przez Park Narodowy Calakmul

W miastach i wioskach ulice nie mają nazw a numery. Dla Europejczyka, zwłaszcza na początku, może stanowić to wyzwanie;)

Już we wcześniejszych postach wspominałam, że Meksyk to państwo policyjne. Zarówno w większych miastach jak i na drogach aż roi się od patroli. Zatrzymali nas kilka razy, głównie z ciekawości. Zagadywali, zaglądali na tylne siedzenie, pytali skąd i dokąd nas niesie. Z radością na twarzach odpowiadaliśmy, że POLONIA, po czym łamanym hiszpańskim wyjaśnialiśmy motywy naszej wyprawy. Nazwa naszego kraju działała niczym klucz do łamigłówki i co najważniejsza, "zwracała nam wolność";) Być może to ich sentyment do Jana Pawła II uchronił nas przed łapówkami. Niekiedy dodawaliśmy, że jesteśmy w podróży poślubnej:) Raz tylko jeden policjant chciał nas podejść sprytem, tłumacząc, że kolekcjonuje banknoty z różnych krajów i że wciąż brakuje mu 10 euro...
- Ale my w Polsce nie mamy euro.
- Nie macie? A co macie?
- Mamy złotówki.
- Aha (bo złotówek to on też nie ma)
- Ale nie mamy gotówki
- Nie macie?
- No nie, bo używamy wyłącznie karty.
- Aha. No trudno. To szerokiej drogi.

Jakoś się nam upiekło. Podejrzewamy, że Amerykańców nieźle trzepią na kasę. Staraliśmy się zachowywać wszelkie środki ostrożności. Nie trzymaliśmy wszystkich cennych rzeczy w jednym miejscu, tak, by w razie kontroli dokumentów, nie byli w stanie zauważyć, ile mamy pieniędzy.


To właśnie w drodze jedliśmy jedne z najlepszych obiadów podczas całego wyjazdu. Przepyszne świeże, soczyste rybki, którymi objadaliśmy się w przydrożnych barach wspominamy do dziś:) Gospodarze przyglądali się nam z ciekawością i nie rzadko zagadywali. Kiedy orientowali się, że nie jesteśmy sąsiadami z Północy, traktowali nas z wielką życzliwością. Gdzie byśmy nie trafili, porcje serwowano nam obfite a i czasem dostawaliśmy gratisową przystawkę (naczosy, guacamole lub koktajl z krewetek). Odwdzięczaliśmy się uśmiechem , napiwkami i obrazkami z Janem Pawłem II. Jedliśmy raz w typowym barze dla panów Tirowców, który przypominał spelunę (nasi rodzice z pewnością ominęliby go szerokim łukiem;)). Przeżyliśmy, choć nawet nie było, gdzie rąk umyć;)  Jedzenie  treściwe - a co najważniejsze, nie pochorowaliśmy się!

 W tej knajpce byliśmy jedynymi gringosami
 Przykładowy przydrożny posiłek
Pierwsza  z brzegu knajpa na trasie (Santa Elena)

Przy drogach znajdują się sklepiki z rękodziełem i lokalnymi  wyrobami. Oczywiście, te najbardziej niepozorne, okazywały się najlepsze - tym samym, w drewnianych przydrożnych chatkach zaopatrzyliśmy się w najlepsze pamiątki. Tutaj też łatwiej było się targować. Co zatem można kupić przy drogach Jukatanu? Kapelusze, sombrera, skórzane torby i paski, łapacze snów, lampki z tykwy, ręcznie szyte lalki, chusty, bluzki, sukienki i wiele innych... Polecamy!

Nie zdawałam sobie wcześniej z tego sprawy, ale na Jukatanie wciąż wielu ludzi mieszka w bambusowych chatkach, wiecie, takich pokrytych strzechą! Drogi wiodły przez wioski, które składały się wyłącznie z takich gospodarstw (z kolei stan Chiapas szczyci się ranczami, serami, stekami i hodowlą bydła). Sielskie obrazki - dzieci spędzają tam całe dnie na dworze, ganiają wraz z psami i kurami, grają w piłkę, co niektóre jeżdżą na rowerach. Żyją skromnie, nawet biednie. Mają to "prawdziwe" dzieciństwo. Choć obawiam się, że z ich perspektywy, wygląda to całkiem inaczej.

Raz lub dwa przebiegł nam przez drogę zwierz. Zwierz należał do kotowatych. Ciężko stwierdzić, czy była tu puma czy jaguar ale ekscytowaliśmy się jak dzieci;) Poza owym kotowatym, przydrożnymi psami, kotami i kurami, z pewnością zauważycie mnóstwo dzikiego ptactwa.
 
Jak widzicie, na Jukatanie bez samochodu jak bez ręki. Bez niego nie udałoby nam się zobaczyć tylu wspaniałych miejsc. Wypożyczyliśmy go w firmie Avant Car (zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce, Maciek nawet trochę się z nimi stargował). Po wylądowaniu na lotnisku w Cancun, zostaliśmy odebrani przez pracownika wypożyczalni i przetransportowani (jakieś 10 minut jazdy) na parking AvantCar, na którym już czekał nasz mini chevrolet. Firma konkuruje ze znanymi, sieciowymi wypożyczalniami i podejrzewamy, że nie udostępniono im serwisu na samym lotnisku. Ale to żaden kłopot. Są tańsi a jednocześnie solidni, cieszą się dobrą opinią w sieci, polecamy! Doświadczeni przygodą z Gibraltaru, wykupiliśmy pełne ubezpieczenie, a żeby żadne stresy podczas podróży poślubnej nas nie nękały. Za wynajęcie auta z pełnym ubezpieczeniem na okres 2 tygodni zapłaciliśmy w sumie 500 dolarów.  Koszt paliwa w Meksyku na przełomie stycznia/lutego 2018r to 18 peso (1$) za litr.
 
 Nasza trasa po Półwyspie Jukatan - ok 2300km przez 2 tygodnie
Nasza fura;)

Kiedy wspominam nasz roadtrip po Jukatanie, przypomina mi się meksykańska i karaibska muzyka z radia, której słuchaliśmy każdego dnia. Klimatyczne nuty uprzyjemniały płaską, niekończącą się drogę i wyzwalały ducha wolności. Przypominały, że właśnie tak, powinno wyglądać życie... :)


 Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:)

wtorek, 10 kwietnia 2018

Cholula, czyli o tym jak z największej piramidy świata podziwialiśmy Wulkan Popo...

Cholulę o mało byśmy ominęli i teraz wiemy, jak wielką byłoby to stratą! Natknęłam się kiedyś w sieci na zdjęcie sanktuarium górującego nad miasteczkiem - na tle wielkiego, ośnieżonego wulkanu, które mnie absolutnie oczarowało i nie ukrywam, chciałam się tam udać. Postanowiliśmy jednak, że w podróży poślubnej nie będziemy się nigdzie spieszyć. Plan ułożyłam, jak na moje możliwości, zgrabny i nieprzeładowany (niesamowite;)).



Życie plan ten zweryfikowało i dodało co nieco od siebie. Pueblę obeszliśmy jakieś 10 razy już pierwszego dnia, w związku z czym, stwierdziliśmy, że kawy i śniadania poszukać możemy w Choluli, która notabene znajduje się w połowie drogi na lotnisko. No to świetnie - pomyśleliśmy, 2-3 godzinki popatrzymy na wulkany, a stamtąd złapiemy transport na samolot. Wstaliśmy około 6:00 i o wschodzie słońca opuściliśmy hotelik w Puebli.

piątek, 30 marca 2018

Kolonialna Puebla

Puebla, kolejny cel na naszej trasie. Kolonialna perełka, wybudowana w XVI w przez Hiszpanów. Nie sposób nie zauważyć tu andaluzyjskich wpływów, które emanują z fasad niewysokich kamieniczek. To czwarte największe miasto w kraju, jednak ma w sobie coś odprężającego. Po pobycie w tak wielkim molochu, jakim jest stolica, ocienione uliczki Puebli dały nam wiele wytchnienia. Mogliśmy się tak szwendać bez końca.

Miałam wręcz wrażenie, że duch Puebli szepcze do nas: Zwolnijcie, nie śpieszcie się, eksplorujcie, spacerujcie… Macie czas… Mnóstwo czasu…


Co nas w Puebli zauroczyło!?

wtorek, 20 marca 2018

Teotihuacan - Aleją Zmarłych do Piramidy Księżyca

Przez 3 tygodnie jeżdżenia po Meksyku, odwiedziliśmy wiele ośrodków kultu ludów Mezoameryki, głównie majańskich i azteckich, więc nie moglibyśmy nie wstąpić do miasta Kultury Teotihuacan. Od dawna marzyłam o przejściu Aleją Zmarłych, chciałam na własne oczy ujrzeć te słynne, majestatyczne piramidy, o których tyle czytałam i słyszałam od bliskich - 30 lat wcześniej, byli tu moi Dziadkowie, 19 lat po nich do Teotihuacan dotarła moja Mama. Podróż ich śladami zapowiadała się jeszcze bardziej intrygująco!

Miasto bogów lub też "miejsce, w którym ludzie stają się bogami". Jego ekspansję datuje się na rok 250 n.e, kiedy powstały najwspanialsze konstrukcje - piramidy Słońca, Księżyca i Węża Pierzastego  - Quetzalcoatla. Apogeum rozkwitu przypadło na 500-700 r. To w tym okresie nakreślono Aleję Zmarłych - główną arterię miasta a dla około 200 tysięcy mieszkańców wytyczono dzielnice rezydencjonalne. Metropolia na wyżynie (2300 m n.p.m) - w jaką z czasem Teotihuacan się rozrosło, wiodła prym aż do pożaru w 725 r.  Od tamtej pory, mówi się o jej powolnym upadku, aż wreszcie ok 900 r zostało całkiem opuszczone...


Kolejna, niepowtarzalna cywilizacja opuściła swoją siedzibę, stolicę, miejsce kultu... Natychmiast przychodzą mi na myśl inne ludy - Khmerów z Angkoru, Tajów z Ayutthaji i wielu innych, których  potężne królestwa przez lata zarastały gdzieś w dżungli.

niedziela, 11 marca 2018

12 miejsc, które warto odwiedzić w Mieście Meksyk

Meksyk, miasto wobec którego nie da się pozostać obojętnym. Trafia człowieka niczym grom z jasnego nieba, zaciska się niczym pętla na szyi, przygniata jak lawina i nawet jeśli zaboli, ukłuje lub poddusi, pozostawia w duchu ślad fascynacji. Mi również zawrócił w głowie. Od powrotu do Polski, nie pozwala o sobie zapomnieć, wciąż mam je przed oczami. Zdecydowanie częściej, niż inne odwiedzone przez nas miejsca, a przez 3 tygodnie trochę się ich przecież uzbierało! Tak naprawdę, sympatią do wielkich miast zapałaliśmy dopiero podczas podróży po Azji, wcześniej nie robiły na nas wrażenia. Bo jak tu polubić takiego kolosa? Wielkie toto, przeludnione, zanieczyszczone, głośne, mówi się, że niebezpieczne. Całe szczęście, ktoś u Góry czuwał nad nami i nawet trzęsienie ziemi, które miało miejsce tydzień po naszym wyjeździe, nas nie tknęło.


Miejsca, które w Meksyku odwiedziliśmy, to jednocześnie te, które najbardziej polecamy. Może poza Placem Garibaldi, który okazał się kompletnie przereklamowany i komercyjny, zero romantyzmu i drożyzna jak sto choler! Odradzamy, są znacznie lepsze miejsca, by posłuchać muzyki mariachich! W stolicy spędziliśmy w sumie 4 dni (2 na początku i 2 na końcu) i już teraz mogę powiedzieć, to zdecydowanie za mało! Czuję, że miesiąc by nie starczył. Mam ogromny niedosyt...

niedziela, 25 lutego 2018

Garść ciekawostek z Meksyku

Mijają 2 tygodnie, odkąd wróciliśmy z Meksyku do szczecińskiej rzeczywistości. Po dobie w podróży, raczej bolesnej zmianie czasu i 4 godzinach snu natychmiast wpadliśmy w wir życia. Najwyraźniej codzienność postanowiła nas nie oszczędzać... Chwilami zastanawiam się, czy nasza podróż rzeczywiście się odbyła;) 


Meksyk - kraj hamaków:)

Na początek, tak na rozruch, wrzucam garść ciekawostek z Meksyku – naszych spostrzeżeń, zaskoczeń czy niespodzianek. Przyjemnej lektury życzę!:)

1. Meksykanie na okrągło zajmują się jedzeniem. Spożywanie to temat powszedni. Starsza pani smaży placki na chodniku, ktoś niesie chipsy, kto inny płaci za tacosy, wybiera składniki do las tortas (kanapek), kupuje popcorn, dokłada sobie pikantnej salsy w przydrożnej garkuchni. Gdzie się nie spojrzy, każdy coś je, gryzie, przeżuwa, mieli, przełyka, mlaska, chrupie, zlizuje sos z palców. Gdzie się nie pójdzie, czuć jedzenie. Zapach tortilli prześladował nas na każdym kroku;)

czwartek, 18 stycznia 2018

Przedświąteczny Wiedeń

Nie zdążyliśmy dobrze poznać Wiednia, a już musieliśmy go opuszczać. Ciężko w kilka godzin zrozumieć i polubić nowe miasto. Na nasze usprawiedliwienie mogę zapewnić, że któregoś dnia z pewnością wrócimy na dłużej. Takie ekspresowe spacery kompletnie nam nie odpowiadają, a jeszcze jak na złość, nasz pociąg z Budapesztu miał 80-minutowe spóźnienie zanim w ogóle wyruszył. Jak pech to pech. Tego dnia wszystkie środki transportu dały nam po tyłkach. No nic, mamy chociaż powody, by wracać. To też dobrze Tymczasem zapraszam na krótki grudniowy spacer po Wiedniu.



poniedziałek, 15 stycznia 2018

Gdzie zjeść w Szczecinie? Moje ulubione!

Jako rodowita szczecinianka, postanowiłam przedstawić Wam listę swoich ulubionych knajp, a nuż ktoś wybiera się do stolicy Pomorza Zachodniego i będzie szukał miejscówki na kawę lub obiad;)

 Kawiarnia Między wierszami przy Jasnych Błoniach

Jesteś w Szczecinie turystą?;) Jeśli najdzie Cię ochota na tani obiad domowej roboty, wybierz się do Turysty (obok galerii handlowej Kaskada), a natychmiast przeniesiesz się w klimaty PRL'u. Autentyczna jadłodajnia cieszy się długoletnią tradycją i świetnymi ocenami. Wyjdziecie z pełnymi brzuchami i poczuciem, że obfity polski obiad wcale nie musi być drogi. Polecam też inne szczecińskie bary mleczne, mamy ich naprawdę sporo i właśnie wracają do łask:)

wnętrze lokalu

Pasztecik Szczeciński z Wojska Polskiego - lokalny przysmak, wpisany w 2010 r na prestiżową listę produktów tradycyjnych, co już mówi samo za siebie! Nie mona go nie spróbować, będąc w naszym mieście! Dobra opcja na zaspokojenie małego Głoda, choć może nie przypaść do gustu osobom na diecie;) Jest dosyć tłusty. W menu różne farsze do wyboru: mięsko, szpinak, pieczarki z żółtym serem, kapusta z grzybami lub jajeczny. Ma kształt roladki i chrupiącą skórkę z zewnątz. Doskonale komponuje się z czerwonym barszczem;) Lokal na Wojska został otwarty w 1969 roku i wciąż cieszy się popularnością! Zabieramy tam zawsze naszych gości z zagranicy:)

"Historia pasztecika szczecińskiego sięga końca lat 60-tych XX wieku. Ówczesna Szczecińska Spółdzielnia Społem otrzymała w 1969 roku z radzieckiego demobilu maszynę służącą do wyrabiania „pierożków”. W radzieckich jednostkach wojskowych służyła w razie nagłej potrzeby do wyżywienia żołnierzy. Fabryczna nazwa maszyny to „Automat do prigotowlienia pierożkow”. Aby produktowi nadać polską nazwę, pracownicy WSS Społem w Szczecinie wymyślili nazwę „pasztecik”, która lepiej przystawała do charakteru wyrobu z ciasta drożdżowego nadziewanego zmielonym farszem mięsnym" - więcej o historii pasztecika tutaj.

Restauracja Nowy Browar - klimatyczna restauracja w zabytkowej kamienicy niedaleko Bramy Portowej. Rzemieślnicze piwo własnej produkcji, przemiła obsługa, smaczna strawa w przyzwoitych cenach (polecam zupy, rybę soczyste żeberka i pizzę - w ogóle mają świetnych kucharzy!) i wielkie ekrany wyświetlające mecze oraz informacje sportowe. Od dłuższego czasu cieszy się ogromną popularnością. W weekend ciężko o stolik, koniecznie rezerwujcie, nawet z tygodniowym wyprzedzeniem!  Bardzo lubię to miejsce, zorganizowaliśmy tam zresztą nasz obiad weselny;) Pod knajpą w piwnicy klub Rocker z muzyką na żywo. 

Naszła Cię ochota na Włocha? Postaw na Kuluary – kameralna knajpka w niedużym "okrąglaku" w pobliżu urzędu miasta, Jasnych Błoni. Dobra opcja na niedzielny obiad po spacerze w Parku Kasprowicza. Cudowne makarony, zwłaszcza ten po sycylijsku! Ceny przystępne. Latem wystawiają stoliki na niewielki ogródek, można się zrelaksować przy kawce:)

Inna opcja to Pizza Pasta & Basta - nasze listopadowe odkrycie! Mówi się, że to najlepsza pizza w mieście, potwierdzam, że jest niezła! O niebo lepsza niż z sieciowych pizzerii. Zupełnie inna jakość! Wychodzę z założenia, że lepiej zjeść rzadziej i zapłacić odrobinę więcej, ale mieć gwarancję smaku i jakości składników, niż często i byle jak. Musimy wrócić tam  na makaron, podobno fantastyczny...

Jest też Mamma Mia tuż przy Alei Fontann, w której byłam z dziewczynami w zeszły piątek. Restaurację prowadzi polsko - włoskie małżeństwo - ona szczecinianka, on z Turynu (po 17 latach we Włoszech, przenieśli się do Szczecina - przesympatyczni ludzie:)). Pizza wyborna, nie mogłyśmy się opanować, zjadłyśmy po jednej na głowę!


Oryginalna restauracja chińska Jin Du – jeśli kochacie kuchnię chińską tak mocno jak ja, będziecie zachwyceni! Kaczka w bambusie zwala z nóg! Nie jest to żadna buda, tylko prawdziwa restauracja, w związku z czym spodziewajcie się "restauracyjnych" cen. Powiadam jednak - warto! Mają obłędną zupę z owoców morza oraz pręgę wołową po syczuańsku - palce lizać! Celebrujemy tam z rodzinką wszelkie święta i urodziny:) Tańszą opcją może być Chińczyk z ul. Kapitańskiej - jeszcze tam nie byliśmy, ale na okrągło wszyscy mi go zachwalają, musimy nadrobić! Na deser spacer po wałach - w celu spalenia kalorii:)


Jeśli najdzie Was ochota na Wietnamczyka, nie ma lepszego wyboru niż bar Hanoi przy Alei Wojska Polskiego. Knajpka nieduża, wewnątrz okropne pomarańczowe ściany ale... No właśnie, warto te ściany przeboleć;) Zjecie tam aromatyczną zupę Pho (ta większa jest naprawdę wielka, porcja ma chyba z pół litra!). Jest bardzo podobna do tych, które jadaliśmy w Wietnamie, polecam! Właściciele mają dwa menu - jedno standardowe (tańsze) jak we wszystkich chińskich budach, i drugie - wietnamskie (odrobinę droższe) ale autentyczne, mam porównanie, więc uwierzcie na słowo:) No i co ważne, mają oryginalną wietnamską kawkę ze skondensowanym słodkim mleczkiem (kocham!).

Kawiarnia Okienko - przepyszna kawa (zapomnijcie o sieciówkach!), smakowe herbaty, domowej roboty ciasta, oranżada, kanapki z obłędnymi sosami! Właśnie otworzyli swój drugi lokal:)

Restauracja grecka – The Greek Ouzeri na Bulwarze Piastowskim - świetna knajpka nad samą Odrą. Warto przyjść po południu, kiedy pomarańczowe promienie odbijają się w rzece (prawie jak w Morzu Jońskim lub Egejskim;)) W pewnym sensie przeniesiecie się do Grecji, przynajmniej myślami;) Polecam pierożki spanakopity, grillowany ser halloumi, grzanki, oliwki i wino!


 Widok od strony Odry
Siedzi się praktycznie nad samą wodą!:)

Restauracja syryjska Aramia - od momentu Kuchennych Rewolucji stała się w Szczecinie absolutnym hitem i teraz ustawiają się do niej kolejki. Najważniejsze jednak, że po proramie właściciele nie odpuścili, wciąż dbają o poziom i smak! W zeszłym roku otworzyli filię - na szczecińskim podzamczu. Tam co prawda jeszcze nie dotarliśmy, jednak o pierwszym z lokali możemy powiedzieć same dobre rzeczy! Talerz syryjskich przystawek jest absolutnie bezbłędny! Ceny przyzwoite, za pierwszym razem najedliśmy się za 100 zł (i zostawiliśmy solidny napiwek;))

filia restauracji Aramia na podzamczu

Jak kebab to Mak Kwak - odkąd zmienili siedzibę na bardziej przestronną i nowoczesną, aż przyjemnie się tam siedzi. Porcje ogromne, składniki świeże, ceny sprawiedliwe. Szczecin słynie z Fryt Burgera - hamburger i frytki w bułce solidnie maźnięte sosem;) Nie zapomnijcie spróbować!;) Ich drugi lokal znajduje się przy ul. Krzywoustego. 



Stara komendarzemieślnicze piwa i polskie jadło w klimatycznym wnętrzu dawnej komendy policji. Również mają własne rzemieślnicze piwka - można zamówić degustację 3-4 smaków w małych kufelkach, wybrać swój ulubiony i cieszyć się smakiem polskich potraw. Ceny umiarkowane. Inne opcje na piwko i przekąski to przydworcowa Ceglana (fajny ogródek w nieco industrialnym stylu, smaczne frytki z batatów w ziołach do piwka). Z kolei na Nowym Starym Mieście (tak! prawidłowo przeczytaliście - takie rzeczy tylko w Szczecinie;)) zajrzyjcie do Wyszaka, który mieści się w piwnicach Ratusza Staromiejskiego - ich rzemieślnicze browary są naprawdę super! Nieco gorzej z cenami, jeśli zostaniecie na obiad, rachunek może okazać się wysoki.

Zic Zac - nie chce Ci się w weekend robić jajecznicy? Wybierz się na amerykańskie śniadanie! Jaja, boczek, tosty... z dolewką kawy - mają różne zestawy i wyborne naleśniki z syropem klonowym:) Na wypadek, gdyby złapał Was leń;) Mają też steki i burgery, ale jeszcze nie próbowaliśmy.

Na świeżą pyszną rybkę (tysiąc razy lepszą niż w nadbałtyckich smażalniach) zajrzyjcie do Portowego Bistro (nasze przypadkowe odkrycie!). Ryba rozpływa się w ustach. Za porządną porcję zapłacicie ok 20zł i najecie się do syta. Pan serwuje też niezłą zupkę:)



Korona Cafe - jedna z moich ulubionych kawiarni na babskie spotkania - tutaj nawet mała kawa jest duża;) Sezonowe herbatki, smaczne ciasta, tosty, gorąca czekolada i fajny wystrój:)

Kenko Sushi Szczecin - jak dla mnie bardzo wysoki poziom, polecam!

Jeszcze do niedawna poleciłabym Wam lody naturalne w Lodziarni Giovanni Volpe przy Tkackiej, niestety mają jakiś dłuższy remont. Na niedrogie a wciąż bardzo smaczne lody warto wybrać się do kawiarni Między Wierszami przy Jasnych Błoniach. 1 porcja składająca się 2 gałki to koszt 4zł.

 
Na pierogi warto zajrzeć do Pierogarni Kaszubskiej przy Placu Zgody - mają bardzo szeroki wybór! Jak dla mnie wygrywają parmeńskie - niebo w gębie! 



Bajgle Króla Jana - wielka bułki z dziurką - idealna na lunch, duży wybór dodatków, do tego dobra kawa i przemiła obsługa.

Ze znajomymi z pracy zamawiamy na lunch zupy z Dobrej Kuchni - są naprawdę dobre, domowe i niedrogie - od 4-8 zł. Żeby przywieźli, trzeba złożyć łączne zamówienie za 30 zł.

Listę będę na bieżąco aktualizowała, sama wciąż mam spore zaległości w szczecińskiej gastronomii, ale wyżej wymienione lokale polecam z czystym sumieniem;) Niedługo uzupełnię lepszymi fotkami. Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:)