piątek, 1 kwietnia 2016

O tym jak w Laosie zakpił z nas podstępny Los...

Co za ironia, że piszę tego posta w Prima Aprilis (wtedy w Laosie marzyło się nam, żeby to wszystko okazało się jedynie głupim żartem)... Po całkiem wygodnej nocce w kuszetce (trochę kołysało ale na szczęście w ten przyjemny sposób:)), dotarliśmy do granicy z Laosem. Wysiedliśmy na stacji w Nong Khai i bez trudu przeszliśmy odprawę paszportową (czyli formalnie opuściliśmy Tajlandię), po czym zapakowaliśmy się z plecakami do kolejnego pociągu. W ten właśnie sposób, tocząc się po słynnym Moście Przyjaźni, przekroczyliśmy rzekę Mekong a tym samym granicę Tajlandii z Laosem. Jeszcze tylko formalności wizowe... 
Po tym, czego się naczytaliśmy, byliśmy pełni obaw. Niepotrzebnie! Co prawda wypełnianie wszystkich dokumentów zajęło nam ponad godzinę, jednak celnicy nie sprawiali żadnych problemów (do uzyskania wiz na przejściu granicznym potrzebne są: ważny paszport, zdjęcie paszportowe, dwa wypełnione formularze i 31 dolarów). Chwilę później byliśmy już oficjalnie w Laosie!:)


Następnie złapaliśmy minivana do centrum stolicy (oczywiście najpierw musieliśmy się ostro potargować z kierowcą;)) Wientian, w którym mieszka niecałe 700 tysięcy mieszkańców, skojarzył się nam raczej z prowincjonalnym miasteczkiem, niż stolicą państwa. Na ulicach cicho i spokojnie. Gdzieniegdzie buddyjska świątynia, turystów niewielu. Ruszyliśmy pędem na jakieś śniadanie:) Trzeba było szybko ogarnąć wizę do Wietnamu i zorganizować transport do Luang Prabang. Nie planowaliśmy zostawać tu zbyt długo. Najważniejszy był Wietnam... Jednak los bywa przewrotny i postanowił zaśmiać się nam prosto w twarz;) Wszystko się skomplikowało. Żeby nie było zbyt łatwo!


Nasza trasa:  Ayutthaya - Nong Khai, około 580 km
(przejazd całonocny)
Przejście graniczne: Nong Khai (Tajlandia) - Thanaleng (Laos)
 Wschód słońca gdzieś przy granicy z Laosem...
 Dworzec kolejowy w Nong Khai
Na Moście Przyjaźni
Brama Zwycięstwa Patuxay (łuk triumfalny w stylu azjatyckim)
Szukając kantoru i śniadania;)
Zaopatrzeni w Laotańskie Kipy - zwróćcie uwagę na kwoty;) To wbrew pozorom bardzo niewiele!
 Nie ma to jak rodzinny business! Później już, z przyjemnością wracaliśmy na świeże bagietki i przepyszną laotańską kawę (tzw. lao coffee) do lokalnego bistro Sinthana Baguette Sandwich 
Gdzie szukać!? Przy ulicy Chao Anou Road w Wientianie (brzoskwiniowy budynek pomiędzy Happy Smile Tour a Naphavong Guesthouse). Nie mam lepszych namiarów, ani strony internetowej. To zdecydowanie nieturystyczne a smaczne miejsce! Polecam!

Po pierwszym laotańskim śniadaniu nadeszła chwila prawdy. W świetnych nastrojach, udaliśmy się do Ambasady Wietnamu, by jedynie zorientować się co, gdzie i jak (była niedziela). Zamierzaliśmy wstać wcześnie rano następnego dnia, ustawić się w kolejce i załatwić wizy. Plan był taki, by zaraz potem ruszyć do Luang Prabang (tam spędzić 2 dni) a następnie autokarem do Hanoi. Jakże nas zamurowało, gdy zobaczyliśmy kartkę wywieszoną na bramie. Okazało się, że z powodu Chińskiego Nowego Roku ambasada będzie zamknięta - do 14 lutego włącznie! Oznaczało to, że "utknęliśmy" w Laosie na prawie 10 dni i zostanie nam dużo mniej czasu na zwiedzanie Wietnamu, na którym zależało nam przecież najbardziej. Potwornie się zestresowaliśmy i pobiegliśmy do kafejki internetowej poszperać w sieci. Szukaliśmy innych opcji. Mogliśmy zdecydować się na przelot do Hanoi, jednak był to wariant znacznie droższy (bilet lotniczy, promesa i wiza). Warto zauważyć, że wiza lądowa różni się od wizy lotniczej. Pani z ambasady odpisała nam mailem (pozornie pozytywną) odpowiedź, ale nie do końca zrozumieliśmy się z cenami (za promesę i wizę on arrival w trybie expresowym są wyższe ceny, niż w przypadku, gdy czeka się na nią 3 dni). Pokręcone strasznie, wiem. Mimo to, zasiała w nas ziarnko nadziei, że może jednak coś się uda załatwić. Oprócz tego mieliśmy nadzieję (faktycznie to Matka Głupich), że może chociaż konsulat w Luang Prabang będzie otwarty (akurat hahaha). I pomyśleć, że był to dopiero początek naszych wizowych przygód... Co by nie było, dalsze zamartwianie się w Wientianie nie miało sensu. Kupiliśmy nocny przejazd do Luang Prabang, łudząc się, że mądre rozwiązanie samo po drodze się wykluje...

Całą ekipą;) W końcu nadzieja umiera ostatnia;)
 Przed odjazdem do Luang Prabang, zdążyliśmy odwiedzić Świątynię Wat Si Saket, w której spotkaliśmy mnichów, porządkujących dziedziniec. 
 Poza modlitwą, mnisi mają wiele innych obowiązków. Muszą m.in. dbać o swoje świątynie i ich otoczenie, dlatego z czasem przywykliśmy do widoku pracujących mnichów.
 Wieża, w której znajduje się wielki bęben, ma podobne znaczenie jak nasze europejskie dzwonnice.
Wat Si Saket to najstarsza zachowana świątynia w Wientianie (z 1818r). Tylko ona przetrwała splądrowanie stolicy przez Tajów.
 Przyjemnie było tam pospacerować. Po dniu pełnym emocji wreszcie mogliśmy się choć trochę zrelaksować;)
 Świątynia ta słynie z ogromnej kolekcji (6 tysięcy) posążków Buddy

Wieczorem wsiedliśmy w nocny autokar (tzw. sleeper bus - u nas w Europie chyba jeszcze takich wynalazków nie ma) do świętego miasta Luang Prabang. Jeszcze wiele się wydarzy zanim dotrze do nas, że ponownie wrócimy do laotańskiej stolicy. Choć już niestety nie w komplecie... Cdn! Zaglądajcie:)

 Autokar sypialny jakim jechaliśmy: 3 rzędy z łóżkami piętrowymi;)
źródło: http://www.mightytraveliers.com/backpacking-vietnam/

2 komentarze:

  1. I znowu jestem pierwsza:ale czas mnie goni,zaraz jedziemy na lotnisko i fru do ciepłej Italii. Dziś (sądząc po Waszych opowieściach)wiem,że nie ma tego złego....itd. Przedłużony pobyt w Laosie uważacie za najfajniejszy czas-asymilacja z ludźmi,zero pośpiechu,piękna dzika przyroda,zapomniane wioski...psss .Nie będę zdradzać nic więcej..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podstępny los niekiedy wie co robi;) Zazdroszczę Wam Italii, teraz to ja Was będę śledzić po mapie!

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz