środa, 4 grudnia 2013

Sanktuarium Dinnammare


Nadszedł dziś czas na kolejną wyprawę :) Po całym tym deszczowym weekendzie, wypełnionym zresztą nauką do egzaminu (z kontraktów turystycznych), trzeba było odetchnąć świeżym powietrzem i nacieszyć się słońcem, które wreszcie wyszło zza chmur :) Wstaliśmy, przygotowaliśmy się i ruszyliśmy na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy dotrzeć aż do Colle San Rizzo, a dalej już na pieszo do Sanktuarium Dinnammare. I tu się zaczęły schody. Tak! Już na samym wstępie - na przystanku. Okazało się bowiem, że autobus, który miał tamtędy (według włoskiego rozkładu, któremu nigdy nie należy ufać) przejeżdżać (i do którego, nasza wierna towarzyszka Anna już zdążyła wsiąść na wcześniejszym przystanku), postanowił się tam nie zatrzymać...Ba! Lepiej! Obrał zupełnie inną trasę... Tak więc Anna prawie że pojechałaby sama. Dzięki Bogu za telefony komórkowe! Dzięki nim, udało nam się jakoś wspólnie ustalić, że autobus ten pojechał inną trasą i nie zamierza nas uwzględnić. Tym razem. Skończyło się na tym, że Anna wysiadła gdzieś na obrzeżach Mesyny i wróciła innym busem do centrum. Szkoda nam było jednak tego dnia! To nie mogło się tak skończyć! Nie chcieliśmy się poddawać, pogoda była idealna na tego właśnie tripa. Za godzinę mieliśmy kolejny transport. Spotkaliśmy się zatem wszyscy razem na przystanku, z którego wcześniej odjechała Anna i tym razem się udało :) Wyjechaliśmy z Mesyny! Autobus, kiedy tylko opuścił nasze kochane miasto, zaczął ostro piąć się pod górę. A potem pojawiły się serpentyny...Po około pół godzinie dotarliśmy do pierwszego celu - Colle San Rizzo. Obraliśmy właściwy kierunek i wystartowaliśmy z marszem. Już na tej wysokości, musieliśmy ciepło się ubrać, nawet rękawiczki się przydały! Szliśmy i szliśmy, coraz wyżej i wyżej - trochę nas to rozgrzało :) Słoneczko napawało optymizmem, powiedziałabym, że niemal chciało się wspinać! Jednak po kilku kilometrach zrozumieliśmy, że maszerując takim tempem, możemy nie zdążył nawet na zachód słońca... Jeśli chcieliśmy nacieszyć się widokami, o których opowiadały nam wcześniej E. i P., nie było innego wyjścia, jak łapać stopa. Problemem stała się częstotliwość mijających nas aut - około jeden na 15 minut... Wbrew porannym perypetiom, szczęście nas całkowicie nie opuściło! Zatrzymała się pewna starsza parka i zawiozła nas do samego sanktuarium! Ku naszej uldze :) Jadąc z nimi, dotarło do nas, ile godzin zajęłaby nam piesza wędrówka (choć zapewne w taką pogodę byłaby przyjemna!). Niestety długość - a raczej krótkość dni, od ponad miesiąca mocno nas ogranicza. Ciemno robi się już po 16-tej. Mieliśmy też spory poślizg czasowy z rana. Wielkie dzięki za autostop! Uratował nam dziś tyłki :) Kiedy już w końcu wysiedliśmy przy Sanktuarium Dinnammare, naszym oczom ukazały się takie oto widoki :) Podziwiajcie!!!

Kierunek Dinnammare
Maszerujemy :)
Po drodze mijaliśmy starą opuszczoną rezydencję :)
nasza ekipa :)
W tym domu dało wyczuć się jakąś magiczną aurę :)
Ta roślinka przypominała mi nasz oset :) Rosła niemal wszędzie!
Większość czasu wędrowaliśmy przez las, bardzo podobny do naszego polskiego :)
Na tej wysokości klimat był prawie taki, jak u nas w ojczyźnie późną jesienią, czyli w sumie teraz;)
Czułam się jak w niebie! W dodatku pachniało grzybami! :)
Czym wyżej, tym piękniejsze widoki ukazywały się naszym oczom!
Z tego miejsca udało nam się wypatrzeć Wulkan Stromboli!
A potem zatrzymał się samochód i zabrał nas na samą górę... :)
Na dachu świata, czyli w Górach Pelorytańskich!
1130 m n.p.m. i ledwo 5 °C !
Z jednej strony panorama na Mesynę, jej cieśninę oraz Calabrię!
Z drugiej na Milazzo i moje ukochane Wyspy Liparyjskie!
Z trzeciej, w głąb lądu na góry!
Podobno patrząc w stronę południa, przy dobrej widoczności, można ujrzeć Etnę.
Niestety, nam się nie udało bo nadeszły chmury...
Sanktuarium Dinnammare powstało w XVIII wieku.
Nazwa ta pochodzi z łaciny i oznacza "dwa morza".
Faktycznie, z tego najwyższego punktu,
widać zarówno morze Tyrreńskie jak i Jońskie :)
Wizerunek Madonny z Dinnammare
 Mój kochany myśliciel :)
 góry... a zaraz za nimi w dole morze
na szlaku :)
 Najbardziej oczarował mnie właśnie ten pejzaż...cudowne światło!
Polak - Węgier, czyli bratanki na szczycie :)
 Nie mogliśmy się napatrzeć na te krajobrazy!
 Pomału jednak musieliśmy się zbierać, by zejść ze szczytu jeszcze przed zmrokiem.
Postanowiliśmy tym razem obrać inną ścieżkę i zejść na przełaj przez pagórki poniżej,
kierując się mniej więcej na Mesynę Południową  :)
 Stado kóz  pobrzękujących dzwoneczkami :)
Zapada zmierzch, a my ledwo w połowie drogi! Już  lekko zaczynaliśmy się niepokoić...Na szczęście, nagle natknęliśmy się na pewnego sympatycznego Sycylijczyka, który akurat opuszczał swój domek letniskowy (znajdujący się na zboczu). Spytał co tu robimy i kiedy dowiedział się, że wracamy z sanktuarium, zaproponował, że chętnie zabierze nas do Mesyny swoim defenderem (autem terenowym.) Maciek był przeszczęśliwy -  to jego ulubiona marka :) My też, bo miałyśmy transport. W czasie jazdy pan bardzo się rozgadał i postanowił odwieźć nas do domów ;) Fart nad farty! :)
 z Panem Strażakiem w defenderze :)

W trakcie jazdy, okazało się, że nasz kierowca był dawniej strażakiem i to nie byle jakim (miał jakiś wysoki stopień, przeprowadzał rozmaite szkolenia i decydował o różnych operacjach związanych z ratowaniem społeczeństwa). Wiózł nas bardzo ciekawy człowiek! Opowiadał nam o swoich działaniach, m.in. o ratowaniu ludzi w Turcji i Maroku po trzęsieniach ziemi. W 2003 roku w sylwestra, przeprowadzał akcję ewakuacyjną mieszkańców Wyspy-Wulkanu Stromboli, kiedy ten, zupełnie niespodziewanie, wybuchł mocniej niż zwykle... Musiał przetransportować wówczas około 70 osób - czyli wszystkich obywateli do Milazzo na Sycylię. Spędzili tam dla bezpieczeństwa aż 8 dni. Podpytaliśmy się go (od dawna mnie to interesowało), czy mieszkańcy Catanii są w jakimkolwiek stopniu przeszkoleni do ewakuacji w razie poważnego wybuchu Etny. I właśnie, okazało się, że nie... Pan uświadomił nas, że ci ludzie żyją tam codziennie w wielkim zagrożeniu. Miasto to, zbyt duże i przeludnione jest na przeprowadzenie skutecznej akcji ratowniczej. Jeśli pewnego dnia, Etna poważnie się zdenerwuje i postanowi wybuchnąć jak w XVII wieku, miasto to nie ma szans. Większość osób zginie. I to jest dopiero adrenalinka - egzystować pod wulkanem! Na samą myśl się stresuję!

1 komentarz:

  1. Wciąż zadziwia mnie fakt,że w dalszym ciągu jest tam tyle do zobaczenia. Przecież wy już zwiedzacie 2 miesiące i wciąż odkrywacie nowe piękne miejsca,a prrecież to tylko wyspa :) Pierwsze zdjęcie jest zachwycające! Na konkurs znim! Dorzućcie jeszcze tego pana,jest taki dzielny i przystojny...

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz