czwartek, 19 października 2017

Transylwania - z Biertanu przez Mediaș do Sybiu. A wszytko z winy nieświadomego Makłowicza!

Prosto z Biertanu udaliśmy się do Mediasz. Stopa łapaliśmy dłużej ale trudno łapać, kiedy praktycznie nic przez wioskę nie jedzie;) W końcu zabrał nas młody chłopak, który co prawda po angielsku nie mówił, słuchał za to niesamowicie klimatycznej muzyki. Żegnając się z nim nie wytrzymałam i zapytałam o nazwę zespołu. Manele - odpowiedział, wzruszając ramionami. Po powrocie do Polski sprawdziłam i okazało się, że jest to gatunek muzyczny popularny w Rumunii oraz krajach ościennych. Treścią przypominający nasze disco polo, w rytmach jednak znacznie bardziej orientalny, cygański... No zakochałam się! Przemierzając Transylwanię stopem i nieśmiało podrygując do skocznego Manele czułam się we właściwym czasie i miejscu.

Dotarliśmy do Mediasz i zrobiliśmy rundkę po mieście. Usiedliśmy na zimne piwo i lemoniadę (bardzo zresztą w Rumunii popularną, niemal w każdej knajpie się nią delektowałam) żeby podładować baterie od aparatu i telefonu a przy okazji złapać jakieś wifi. Wreszcie ruszyliśmy w stronę wylotówki i kiedy tylko wystawiliśmy kciuki, zatrzymał się naburmuszony dziadek. Fakt, zabrał nas wprost do Sybinu i do dziś zastanawiam się dlaczego się na to zdecydował. Przez całą drogę milczał, dając nam odczuć, iż nie jesteśmy w jego aucie mile widziani. Dziwak.

 Przystanek w Mediasz
 Przekraczamy bramę i wkraczamy do zamku miejskiego (castelul). To tutaj, w XVI wieku, w obecności polskich posłów Stefan Batory zaprzysiągł pacta conventa i tym samym zasiadł na polskim tronie, tworząc unię z Transylwanią.
 Kolorowe kamieniczki
Nad starówką dominuje wieża kościoła św. Małgorzaty z XV/XVI w

poniedziałek, 9 października 2017

Transylwania - Biertan i podróż w czasie

Poranek w Biertanie należał do tych idealnych... Spanie na dziko jest moim zdaniem znacznie bardziej energetyzujące, niż spanie w łóżku. Świeże powietrze i odgłosy natury koją wszelkie stresy, pozwalają wkroczyć w tę najgłębszą fazę snu. Człowiek budzi się zrelaksowany, z uśmiechem na ustach, a przede wszystkim budzi się wcześniej. Kiedy wyszliśmy z namiotu, resztki porannej mgły wciąż unosiły się nad doliną. Słońce oświetlało wieżyczki warownego kościoła a miasteczko pomału budziło się do życia. Przygotowaliśmy prowizoryczne śniadanko (w formie pikniku), wyciągnęliśmy ­­­­­opróżnioną już do połowy butelkę wina i w tak idyllicznych okolicznościach przyrody siedzieliśmy, obserwując miasteczko z góry i nasłuchując. 



I znów, jak wieczorem, psy prześcigały się w szczekaniu, a owady w bzyczeniu. Wilgotna trawa łaskotała nas po nogach. Pachniało łąką, krowami i latem. Gdzieś z oddali dobiegał nas śmiech cieszących się wakacjami dzieciaków. Warkot samochodów praktycznie nie zakłócał naszej sielanki. Umilało je za to muczenie krów, pianie kogutów, dzwonki wędrującego nieopodal stada owiec oraz stukot wozów konnych. I znów ogarnęło nas to osobliwe, budzące sentymenty uczucie. Ponownie cofnęliśmy się w czasie. Dzisiejsza Rumunia wielokrotnie przypominała nam „kraj lat dziecinnych”. Czasy, kiedy w każdej wolnej chwili biegało się po podwórku... 

sobota, 7 października 2017

Cytat na październik

"Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? – Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień"

George Bernard Shaw

Jesień w zamku Johnstown, Irlandia 2015

wtorek, 26 września 2017

Transylwania - Bajkowa Sighisoara

Do Sighisoary (czyt. Sigiszoary) dojechaliśmy późnym wieczorem z nastawieniem, że rozbijać się będziemy po omacku. No, może aż tak tragicznie nie było. Maciek wynalazł camping, znajdujący się nieopodal torów. Niezmiernie ucieszyła mnie wizja prawdziwej łazienki z ciepłą wodą. Z pociągu wysiedliśmy jako jedyni, przez co niemal zwątpiłam, czy dobry cel obraliśmy (czy ktoś tu kurczę poza nami w ogóle przyjeżdża?!). Co więcej, szybko okazało się, że owszem, camping widać już z dworca, tyle że droga do niego wije się stromo pod górę. Niby jedyne 3 km, a jednak wspinaczka z plecakami przez ciemny las (miałam tylko nadzieję, że nie spotkamy jakiegoś wygłodniałego karpackiego niedźwiedzia) dała mi (Maciek nigdy nie narzeka) nieźle w kość. Na szczęście, następnego ranka widok z campingowej kawiarni wynagrodził wszelkie trudy!


Przygotowując się do wyjazdu, niemal na każdym blogu czytałam, że Sighisoara to perełka wśród siedmiogrodzkich miast. Faktycznie, coś w tym jest! Szybko trafiła do naszego transylwańskiego TOP 3. Oczywiście Braszów i Sybin też przypadły nam do gustu, jednak trzeba przyznać, że Sighisoara wręcz rozkochuje w sobie przyjezdnych. W Segieszowie (polska wersja nazwy) wciąż można poczuć wyjątkowy urok średniowiecznego miasteczka (wiecie, takiego otoczonego starymi murami miejskimi, z reprezentacyjną bramą wjazdową zwieńczoną wieżą zegarową, z klasztorem na wzgórzu, ratuszem, cichymi placykami), mówi się, że jednego z lepiej zachowanych w Europie.

czwartek, 14 września 2017

Transylwania - odwiedzamy Prejmer i Braszów

Pierwsza noc w namiocie za nami. Raczej bezstresowa, choć ze dwa razy obudził mnie warkot przejeżdżającego polną drogą samochodu. Miałam tylko nadzieję, że nasz maciupki przenośny domek jest widoczny z oddali. Wstaliśmy  wcześnie, wsunęliśmy resztki z kolacji i w towarzystwie pasących się nieopodal owiec, zapakowaliśmy resztę tobołków. Leniwym spacerem udaliśmy się do centrum mieściny Prejmer, podziwiając po drodze urokliwą zabudowę miasteczka (spuściznę po żyjących tu dawniej Węgrach) oraz  wszechobecne rodziny bocianów (po 3 sztuki na gniazdo, rodzice + potomek) stojących dumnie w swych wakacyjnych domostwach (przecież powszechnie wiadomo, że większość z nich pochodzi z Polski a do Rumunii przyleciały jedynie na urlop – swoją drogą nieźle się prowadzą te bociany – dopiero co w październiku widzieliśmy je w Maroku!).


Usiedliśmy w knajpce na głównym placu miasteczka, zamówiłam kawę, Maciek piwo (co tam, że ósma rano, w końcu to nasze wakacje) i przez dłuższą chwilę obserwowaliśmy mieszkańców (oni zesztą też się nam przypatrywali). Kawa okropna, piwo - sikacz, dla nas jednak najbardziej liczyła się ubikacja;) Po sprawnej toalecie z umywalką usytuowaną - pechowo - w korytarzu, znów byliśmy zwarci i gotowi.  Mieliśmy farta, kasjerka z kościoła warownego okazała nam wyrozumiałość i na czas zwiedzania, pozwoliła przechować plecaki w swym kantorku. Wiedziała co robi - malutkie izby, w których niegdyś, podczas oblężeń chowali się okoliczni mieszkańcy, ciężko zwiedzałoby się z naszymi bambetlami na plecach. A uwierzcie, takiej budowli nie sposób zignorować!

niedziela, 3 września 2017

Cytat na wrzesień

"Kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na Ziemi wolnego od wspólnych wspomnień"
Ernest Hemingway


2 września 2017 r - początek całkiem nowej podróży:)

PS Teraz już tylko odliczamy do miesiąca miodowego... ^^

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Transylwania - autotopem do zamków Bran i Rasznow

Jeszcze wieczór wcześniej, a dokładniej w pociągu do Braszowa, postanowiliśmy przenocować w hostelu The Rolling Stone - noc zapowiadali deszczową, nie chcieliśmy zaczynać przygód od rozbijania się po ciemku, no i ta kusząca  wizja porannego prysznica po 20 godzinach spędzonych w drodze... Pierwszy poranek, jaki przywitał nas w Transylwanii był szary, a jednak zwiastował jakąś rześką aurę. To właśnie w niedzielę odetchnęliśmy pełną piersią. Wakacje. Wolność. Wyprawa w okolice Braszowa. Ogarnęliśmy się możliwie jak najprędzej, plecaki zostawiliśmy w przechowalni na dworcu (znów 10zł od bagażu za dobę), zakupiliśmy prowiant i już staliśmy na wylotówce w stronę Zamku Bran, z kartonem w ręku i kciukiem wystawionym w górę. Jak kiedyś!;)


Zbyt długo nie postaliśmy. Kilka minut uśmiechania się do mijających nas samochodów i znów mknęliśmy przed siebie. Trafiliśmy na całkiem sensownego kierowcę, który przez 30km opowiadał nam ciekawostki o regionie i kraju. Podwiózł nas pod samą warownię, która jak się szybko okazało, do kameralnych nie należała. Wokół niewielkiej, upiększonej wieżyczkami i basztami twierdzy, roiło się aż od turystów, straganów i pensjonatów (przypominających te z naszych polskich Karkonoszy). Wokół nas malownicze Karpaty, lokalne domki też niczego sobie. Ale nie. W takim hałasie i tłumie zwiedzać nie będziemy. Postanowiliśmy poszukać miejscówki "z widokiem" i właśnie tam wypić nasze pierwsze na tej wycieczce i jakże zasłużone wino, w które wcześniej nie omieszkaliśmy się zaopatrzyć;) Idąc podzamczem, zauważyliśmy biały krzyż, ustawiony samotnie na wzgórzu po drugiej stronie potoku. Nagle cel wydał się oczywisty. Szybka wspinaczka, mała zadyszka i już siedzieliśmy, niemal jak na tronie z widokiem na XIV - wieczny zamek domniemanego Draculi;)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Pierwszy dzień w Rumunii. Bukareszt

Z racji połączenia lotniczego, zwiedzanie Rumunii rozpoczęliśmy od stolicy. Stolicy, która niestety w ostatnim stuleciu wiele wycierpiała (trzęsienia ziemi, II wojna światowa oraz szaleństwa architektoniczne komunisty Ceauşescu), przez co nie rzuca na kolana swoich gości, a poznawanie jej nieoczywistych uroków wymaga od przyjezdnych dużych pokładów cierpliwości.


Postanowiliśmy dać jej szansę i na piechotę zeszliśmy sporą część centrum oraz garść uliczek starego miasta, którym jakimś cudem udało się przetrwać. W trakcie spaceru napatoczyło się nawet kilka urokliwych zakątków i secesyjnych kamienic, jednak w ogólnym rozrachunku, czegoś nam zabrakło. Bukareszt sprawiał wrażenie miasta chaotycznego. W dodatku, na każdym kroku napotykaliśmy maszkarony architektury radzieckiej. Teraz rozumiemy, dlaczego Węgrzy tak strasznie denerwują się, kiedy ich reprezentacyjny i pełen elegancji Budapeszt zostaje pomylony z (nie daj Boże!) niezgrabnym Bukaresztem. Do pociągu w stronę Braszowa zapakowaliśmy się z niemałą ulgą. Stwierdziliśmy, że miasto nie zachęciło nas, by wrócić do niego w przyszłości.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Cytat na sierpień

"Jesteśmy w środku Transylwanii, to jest Rumunia, tu można spodziewać się wszystkiego i mieć wszystko, czego się zapragnie."  

Michał Kruszona, Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła

Nasz nocleg na dziko w okolicy Rimetei, Rumunia

poniedziałek, 31 lipca 2017

Garść ciekawostek z Rumunii

Mija właśnie tydzień, jak wróciliśmy z wyprawy po Transylwanii. Niełatwo było zaaklimatyzować się na powrót w szczecińskiej rzeczywistości, ale proszę - oto jestem i zaczynam pisać! Zaległości mam potężne, a ostatnimi czasy, coraz trudniej siadać mi do kompa po ośmiu godzinach spędzonych przy biurku w pracy. Trochę zajmie nim nadrobię zaległości.

Rumunia bardzo pozytywnie nas zaskoczyła (może dlatego, że tyle tam pamiątek po Węgrach, których tak lubimy?;)) i muszę przyznać, dawno tak nie odpoczęliśmy (z własnej woli nie wzięłam żadnego z telefonów i z czystą świadomością odcięłam się od codzienności, swoją drogą każdemu polecam taki detox). Z wielkim sentymentem wspominamy autostopowe przygody, spanie na dziko w bajkowych sceneriach, wszechobecne Karpaty, średniowieczne miasteczka, urokliwe zamczyska, uśmiechniętych ludzi, smaczne jedzonko i ichniejszą, sielską rzeczywistość. Co zabawne, osoby postronne i znajomi bardzo się dziwili, kiedy pytali dokąd jedziemy lub skąd wracamy:

"Gdzie byliście!? W Rumunii?! A co tam jest ciekawego do oglądania!?"

Cudowna Sighisoara
No jak to co?! Mnóstwo (jak w każdym innym kraju) - odpowiadaliśmy i odpowiadamy po dziś dzień. Znalazłam cytat, że ludzie dzielą się na tych, którzy Rumunię kochają i na tych, którzy nigdy w niej nie byli. Sporo w tym prawdy. My i tak objechaliśmy ledwie jej fragment, zostawiając za plecami przełom Dunaju, Góry Maramuresz i Bukowinę... Wrócimy w przyszłości. Póki co, proponuję Wam garść ogólnych ciekawostek i naszych spostrzeżeń z Rumunii:)