sobota, 23 czerwca 2018

Alpejska sielanka - kierunek Bohinj i Bled

Wydawałoby się, że już lepiej być nie może. W niedziele okazało, że i owszem, może (czyżby rekompensata za pełen dramatów początek?). Los znów zaczął nam sprzyjać. I choć Jeziora Bohinj i Bled były planowane od początku, tak pełnego wrażeń dnia chyba żadne z nas się nie spodziewało. Największą zasługę miał tu bez wątpienia Słoweniec Matjaž - koordynator wolontariuszy, który i nas wziął nas pod swoje skrzydła. To on obmyślił cały plan wycieczki, tak by widokowo westchnienia nas nie opuszczały ale również by i kubki smakowe miały z tego przyjemność. W efekcie wszystkie nasze zmysły, bez wyjątku, zostały pobudzone!


Nie mogę nie wspomnieć, że kiedy opowiedziałam wolontariuszom o projekcie „Śladami Dziadków”, z miejsca wszyscy się zaangażowali a Matjaz fakt ten uwzględnił w swej koncepcji. Od razu wiedział, dokąd powinniśmy się udać, tak by misja zakończyła się kolejnym sukcesem. A uwierzcie, że o ile z zabytkami stworzonymi przez człowieka nie ma większych problemów, tak z atrakcjami naturalnymi sprawa znacznie się komplikuje. I ustaw się człowieku na tej samej ścieżce, przy tym samym krzaczku, tuż przy przed tym drzewem, które 46 lat temu było jakieś inne, mniejsze… i co z tego, że Zamek Bledzki w tle widnieje, jak nie możesz zlokalizować schodków, na których babcia siedziała… A potem w pośpiechu (żeby wszyscy na ciebie nie czekali), siadasz trochę na odwrót niż w pierwowzorze. No trudno, efekt na szczęście nienajgorszy.

Pętla, jaką zrobiliśmy tego dnia ok 139 km w 2 samochody
A jak się ona ma względem całej Słowenii i okolic
Ruszamy! Specjalnie pod nas wolontariusze wybrali tą bardziej widokową trasę, przez co niektórzy odczuli skutki choroby lokomocyjnej;) Doceniamy!
Pierwszy przystanek
Te alpejskie łąki...
Cmentarzyk przy malutkim kościółku
No zakochałam się!
Przystanek w alpejskiej chacie usytuowanej niedaleko drogi ale tuż przy samym wyciągu narciarskim - chłopaki wylegują się w słońcu, reszta grupy pije kawę i zajada miejscowe strudle;)
Jota - słoweńska zupa przypominająca nasz kapuśniak tylko urozmaicona o boczek i fasolę,od razu widać, kto znów zjadł najwięcej;) ale aż żal nie spróbować!
Litostrojska koča to cudowna miejscówka, pewnie sami w życiu byśmy tam nie trafili. 
Jedziemy dalej, aż w końcu na horyzoncie naszym oczom ukazuje się pokryty śniegiem Triglav (2864m n.p.m) to najwyższy szczyt Alp Julijskich a zarazem samej Słowenii. Należy do korony Europy, znajduje się w herbie oraz fladze Słowenii. Nazwa wywodzi się z wierzeń słowiańskich. 
Docieramy na miejsce!
Razem z Maćkiem zaczynamy od wspinaczki do wodospadu, reszta udaje się nad jezioro.
Wędrujemy, coraz wyżej i wyżej
Jezioro Bohinj usytuowane jest w charakterystycznej polodowcowej dolinie U-kształtnej
Alpejska roślinka - czasem żałuję, że nie znam tych wszystkich nazw botanicznych
Głaz narzutowy
Aż wreszcie jest! Savica Slap, czyli Wodospad Savica daje początek Savicy - najdłuższej rzece Słowenii i napełnia Jezioro Bohinj. Woda spada tu z wysokości 70 metrów.

"(...) Już dwa dni szumu wodospadu słucha,
patrzy, jak w dole woda się kotłuje,
jak gniewnie huczy, jak drży skała krucha,
gdy ją od spodu łbem wiru szturmuje,
jak z dna chlust wściekły pod niebo wybucha
i białą pianę wkoło rozpryskuje! –
Tak się rozpędzi, potem nagle stanie
junak; Czartomir sam z sobą się łamie (...)

Fragment słoweńskiego eposu narodowego autorstwa Francego Prešerena
w przekładzie Mariana Piechala

Gdzieś czereśnie trzeba umyć;)
Idealna przekąska na dalszy ciąg spaceru, wracamy nad jezioro
I jak tu nie pokochać Słowenii? Musimy jeszcze tam kiedyś wrócić
Mostkiem przekraczamy Savicę o niesłychanym turkusowym kolorze
Aż nie możemy się napatrzeć
Czy może być lepiej?
Przedzieramy się przez chaszcze do dzikiej, mniej znanej plażyzcki
Odpoczynek nad Jeziorem Bohinj
Ekipa już na nas czekała, niektórzy się wykąpali, sami też się skusiliśmy. W tak zimnej wodzie nie pływałam od czasów dzieciństwa, gdy Bałtyk nie wydawał się jeszcze taki straszny.
Wśród gór Triglavskiego Parku Narodowego - jedynego o tej randze w Słowenii
Cisza i spokój a woda czysta i pełna ryb!
Dawno opuszczony, zarośnięty pensjonat
Po błotku trzeba umyć nóżki w przeraźliwie lodowatym potoku
Żegnamy Bohinj, obieramy kierunek na Bled!
I wreszcie jest! Nawet niebo zaczyna się przecierać;)
Najpierw jednak "Projekt śladami Dziadków" :) 
Na deser lokalne ciasto grmada (w konsystencji przypominała odrobinę tiramisu, choć smakowała zupełnie inaczej) w Slascicarna Zima. Na wynos wzięliśmy też charakterystyczną słodką gibanicę (inne ciastko), które spałaszowaliśmy następnego dnia w autobusie do Wenecji;)
W międzyczasie nad Bledem całkiem się przejaśniło
I jeszcze misja nr 2 - tym razem "Śladami Mamy";) Wydaje mi się (po płytkach chodnikowych pod spodem, tylko przy tej takie były), że to ta sama ławeczka tylko teraz, po 46 latach była ustawiona w inny sposób, na obu zdjęciach widać jednak i jezioro (na moim mniej) i zamek
Kolejne polodowcowe jezioro i jednocześnie chyba największa atrakcja Słowenii
Na punkt widokowy zdążyliśmy, kiedy ostatnie promienie słońca padały na wieżę pielgrzymkowego kościółka usytuowanego na malutkiej wsypie Blejski Otok
Różowawy zachód słońca nad Jeziorem Bled 
Na sam koniec dnia coś, na co wszyscy żeśmy zasłużyli - syta kolacja w przydrożnej gospodzie w drodze powrotnej do Skofja Loki. Cała reszta zamówiła pizzę ale my, chcąc na maksa wykorzystać nasz krótki pobyt w tym zaskakującym kraju, zamówiliśmy gulasz wołowy z pampuchami (goveji golaž) oraz z serowymi roladkami z ricottą (sirovi štruklji) - do tego miejscowe piwko - palce lizać!

niedziela, 17 czerwca 2018

Škofja Loka i okolice

Już dawno temu przekonaliśmy się, że nie ma nic lepszego w podróży niż spędzanie czasu z miejscowymi. A że odwiedzaliśmy moją przyjaciółkę z podstawówki, która od roku mieszka na Słowenii w ramach wolontariatu, nie mogliśmy chyba lepiej trafić. Spędziliśmy przeuroczy weekend w iście międzynarodowym gronie: Hiszpanka Sara, Niemko-Francuzka Kata, Amerykanin Owen, Hiszpan Andres, Francuz Mathieu, Ukrainka Vika oraz Słoweniec Matjaž (ten ostatni z miejsca stał się moim kulinarnym guru;)) No i my – trójka Polaków z Asią włącznie;) W ten oto sposób, z pozoru zwyczajny pobyt w niezwykłej Škofja Loce, stał się absolutnie nadzwyczajny! 


Załapaliśmy się na festyn oldskulowych rowerzystów, zwiedzanie jaskini (którą podobno udostępnia się jedynie raz do roku), piknik z grillem nad przeraźliwie lodowatą rzeką, japoński koncert, alpejski zachód słońca oraz ognisko pod gwiazdami. A w niedzielę zabrali nas na wspaniałą wycieczkę nad polodowcowe jeziora (ale o tym następnym razem!:)). Dzięki ich fantazji i zaangażowaniu, nasza podróż nabrała całkiem innego wymiaru…

środa, 13 czerwca 2018

Lublana da się lubić

Lublana to jedna z tych stolic, w których się odpoczywa a nie zasuwa z wywieszonym jęzorem. Rozmiarami i kameralną atmosferą przypominała mi Dublin. Wszędzie blisko! Tu opera, dwa kroki dalej galeria narodowa, a zaraz obok parlament. Miasto to można bez pośpiechu obejść w jeden dzień. Biorąc pod uwagę moje zakwasy, które pojawiły się po nadmorskim trekkingu, bardzo się ucieszyłam;) Rozpoczęliśmy od kawy nad rzeką Ljubljanicą w piekarni zakupiliśmy śniadanko, które skonsumowaliśmy na ławce. Słońce przypiekało, upał robił się niemiłosierny.


Cóż zatem oferuje Lublana?
  • Porośnięte laskiem wzgórze zamkowe, które dominuje nad starówką (niestety, z uwagi na drzewa porastają zbocze tuż pod murami zamku, może być problem z podziwianiem starego miasta - wysokie krzaki wszystko zasłaniają. Trzeba wspiąć się na wieżę zamku, by zyskać lepszą perspektywę (wstęp 8 euro od osoby).

piątek, 8 czerwca 2018

Kiedy podróż daje w kość...

Nasz pobyt na Słowenii (31.05-3.06.2018r) zaczął się z pozoru łagodnie...

Granicę przekroczyliśmy tuż po porannej włoskiej kawie w barze Koko (mówi się, że w Trieście jest najlepsza w całych Włoszech – tutaj ją produkują, stąd ją eksportują na całą Europę). Trasę z Triestu do Kopru (22 km) pokonaliśmy w pół godziny autobusem linii Arriva (niecałe 4 euro od osoby).

Triest - widok z okna pokoju pensjonatu
Nasza trasa: Triest (Włochy) - Koper (Słowenia) 22 km, ok pół godz. busem

środa, 23 maja 2018

Nad Zatoką Meksykańską

Czy podczas podróży przez Jukatan, warto zatrzymać się w Campeche?

Jeśli, podobnie jak my, lubicie niską kolorową zabudowę, cenicie niespieszny rytm miasta i należycie do miłośników pitnej czekolady – koniecznie!:)


Włócząc się po brukowanych uliczkach kolonialnego Campeche z pewnością nie raz popadniecie w zadumę... Jak to możliwe, że dotąd praktycznie nie mieliście pojęcia o jego istnieniu?

Dlaczego Majowie określali je niechlubnie „miejscem węży i kleszczy”?

poniedziałek, 14 maja 2018

Naszym okiem. Palenque i piramidy Jukatanu

Podróżując po Jukatanie podziwialiśmy wiele pamiątek, jakie zachowały się po upadku Imperium Majów. Oczywiście, ośrodków kultu jest znacznie więcej (zarówno w Meksyku jak i krajach ościennych), udało nam się odwiedzić zaledwie kilka. Przemierzając półwysep, nieraz mijaliśmy tabliczki informujące o ruinach, rozsypanych po okolicy - niestety, nie sposób zwiedzić wszystkich, mając niecały miesiąc urlopu. Od lat marzyłam (chyba szczególnie po przeczytaniu jednej z książek Cejrowskiego), by idąc przez dżunglę, nagle, wyłoniła się przede mną piramida którejś z przedkolumbijskich cywilizacji. Śniłam na jawie (taka już ze mnie niepoprawna romantyczka), że siadam na schodkach, słucham odgłosów zwierząt i oddycham zapachami lepkiej puszczy... 

Calakmul

W Meksyku pragnienia te udało zamienić się w piękną rzeczywistość, w dodatku w towarzystwie Małżonka;) To najwspanialszy prezent ślubny, jaki mogliśmy otrzymać! Trzy tygodnie obcowania z dziedzictwem kultur Mezoameryki:) O jedzeniu, kolorach i innych wyjątkowych  nie wspominając...

piątek, 27 kwietnia 2018

Izamal. Więc chodź pomaluj mój świat...

Naszą przygodę na Jukatanie rozpoczęliśmy od miejscowości Izamal, do której dotarliśmy grubo po zapadnięciu zmroku i około 3 godzinach jazdy z lotniska. Na mapie naszych podróży widnieje już niebieskie miasto Chefchaouen, w Meksyku przyszedł czas na kolor słońca. Ktoś, kto kocha żółty tak mocno jak ja, nie powinien omijać tej uroczej mieściny o niskiej, kolonialnej zabudowie;)

Ktoś spyta, dlaczego akurat żółć...

wtorek, 17 kwietnia 2018

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Oto pytania, które najczęściej pojawiają się na forach i grupach Facebook’a.
  • Czy da się zjechać Jukatan na własną rękę?
  • Jak z bezpieczeństwem?
  • Jaki jest stan dróg na Jukatanie?
  • Czego unikać?
  • Na co zwracać uwagę?
  • Czy warto wypożyczyć samochód?
  • Jak się zachowywać podczas kontroli policji?

Praktycznie te same kwestie nurtowały nas przed wyjazdem, zwłaszcza kiedy koleżanka mojej mamy, na wieść, że chcemy w Meksyku wypożyczyć auto, zaczęła straszyć nas mrocznymi scenariuszami. I co? Niepotrzebnie się zestresowaliśmy, wcale nie było tak źle! A bez czterech kółek z pewnością zobaczylibyśmy znacznie mniej. 

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Wszędzie jest płasko! To wielka, porośnięta dżunglą i krzaczorami równina, poprzecinana gdzieniegdzie prostymi nitkami dróg (o zagęszczeniu raczej nikłym;)). Chyba nigdy wcześniej nie jeździliśmy tak monotonnymi trasami;) Widoki żadne, horyzont ograniczony, pagórki należały do rzadkości. Zarośla zasłaniały wszystko, co chętnie podziwialibyśmy po bokach. Odrobinę ciekawiej zrobiło się nad Zatoką Meksykańską, w okolicy Palenque (stan Chipas jest bardziej górzysty) oraz na odcinku Calakmul - Bacalar.