piątek, 8 czerwca 2018

Kiedy podróż daje w kość...

Nasz pobyt na Słowenii (31.05-3.06.2018r) zaczął się z pozoru łagodnie...

Granicę przekroczyliśmy tuż po porannej włoskiej kawie w barze Koko (mówi się, że w Trieście jest najlepsza w całych Włoszech – tutaj ją produkują, stąd ją eksportują na całą Europę). Trasę z Triestu do Kopru (22 km) pokonaliśmy w pół godziny autobusem linii Arriva (niecałe 4 euro od osoby).

Triest - widok z okna pokoju pensjonatu
Nasza trasa: Triest (Włochy) - Koper (Słowenia) 22 km, ok pół godz. busem

Obowiązkowe zakupy w Lidlu (woda i wino;)) i już wałęsaliśmy się po niedużej starówce Kopru. Wstąpiliśmy do malutkiej katedry i rzuciliśmy okiem na jedyny słoweński port. Ku naszemu zdziwieniu, ruch na wodzie był równie spory jak ten w uliczkach, w związku z czym ruszyliśmy przed siebie. Zakupiliśmy świeże bagietki i wędliny, po czym zasiedliśmy na ławce tuż nad Adriatykiem. Słowenia ma do niego dostęp na odcinku mniejszym niż 50 km. Zajadaliśmy lunch zapatrzeni na zasnute wilgotnym dusznym powietrzem, czerwone dachy Kopru. Wypiliśmy orzeźwiające białe wino i ruszyliśmy piechotą do Izoli. Fale obijały się o betonowy bulwar, unosząc aromat morskiej soli, gdzieś w krzakach śpiewał słowik. Po winie plecaki nie ciążyły nam już wcale. Szliśmy zwartym krokiem i po godzinie ujrzeliśmy na horyzoncie Izolę.

Koper - starówka i port, źródło zdjęcia
 Koper - uliczki

Nad miasteczko nacierała burza i nawet na chwilę się zachmurzyło ale ostatecznie deszcz nas ominął. Pospacerowaliśmy po pastelowych zakamarkach, wypiliśmy kawę w jednej z kawiarni – tutaj warto zaznaczyć, że Słowenia od pierwszych chwil wydała nam się droga – jedynie kawę i wino kupić można w rozsądnych cenach (a to w sumie na wakacjach najważniejsze;)). Izola (jak zresztą sama nazwa wskazuje) stanowiła niegdyś wyspę, później zasypano groblę dzielącą ją od stałego lądu i powstał urokliwy półwysep. Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy łapać stąd autobus ale akurat zwiał, a na kolejny czekać nam się nie chciało. Los sam zdecydował, opuściliśmy mieścinę i udaliśmy się w kierunku klifów.

Na początku odrobinę się spociliśmy (a ja się zasapałam;)), ale kiedy pokonaliśmy najcięższe podejście (ok, Maciek mnie wyśmiał, że żadne to podejście), szło się już bardzo przyjemnie – polna droga wiodła nas wśród kwitnących łąk, coraz wyżej i wyżej po łagodnym wzniesieniu, gdzie nie spojrzeliśmy witały nas cyprysy i pinie, dookoła pachniało śródziemnomorską roślinnością, znów rozśpiewały się słowiki a w oddali migotał Adriatyk. Czyż mogło być piękniej? Wreszcie dotarliśmy do Rezerwatu Strunjan i zeszliśmy po stromym zboczu na plażę. Z nieopisaną przyjemnością wykąpaliśmy się z orzeźwiającym morzu (po tylu kilometrach, gdy cali lepiliśmy się od potu, nie mogłabym wyobrazić sobie czegoś równie przyjemnego;)).

Rezerwat Strunjan

W końcu opuściliśmy rezerwat i maszerując wśród salin, dotarliśmy do skrzyżowania z główną drogą. Z rozkładu autobusów ciężko nam było cokolwiek zrozumieć, zahaczyliśmy o kiosk ze strojami kąpielowymi, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i zaczęliśmy łapać stopa (szybko okazało się, że na Słowenii to wcale nie takie proste). W końcu zatrzymała się młoda kobieta z dzieckiem, która zgodziła się zabrać nas do trzeciego miasteczka. Piran miał być naszą nagrodą za przebyte na pieszo kilometry, naszą wisienką na torcie. Jakieś 10 minut później, machaliśmy „pani szofer” na pożegnanie a ona życzyła nam udanego pobytu…

Nasza trasa: Koper - Izola - Strunjan (piechotą), potem autostop do Piranu

Wybaczcie przydługi wstęp ale to właśnie w tym momencie wszystko zaczęło się walić;)

Nagle zorientowałam się, że nie mamy aparatu. Rzuciliśmy się w popłochu za autem kobiety, która nas podwoziła, udało nam się ją zatrzymać. Pozwoliła nam przeszukać samochód, jednak niestety nic nie znaleźliśmy. A oznaczało to tylko jedno. Aparat musiał zostać tam, gdzie łapaliśmy stopa…

Nie chcę nawet wyobrażać sobie, co czuje ktoś, kto traci aparat ze zdjęciami z całego wyjazdu. My straciliśmy ledwie z jednego dnia a przez moment myślałam, że pęknie mi serce. Nie wiedzieliśmy co robić, na Piran wcale nie mieliśmy zbyt wiele czasu, za 2 godziny mieliśmy umówionego lokalnego Bla Bla Car’a (słoweński prevoz). Wracać na tamten przystanek czy nie? A jak już go tam nie znajdziemy i jedynie stracimy czas?

Nigdy nie zapomnę jak szliśmy w milczeniu przez Piran, podłamani i bezradni. Kiedy wspięliśmy się na punkt widokowy, emocje puściły i jak na prawdziwą babę przystało, wybuchnęłam zawodzącym płaczem. Ludzie patrzyli ze zdziwieniem, jak gdyby co najmniej Maciek postanowił zakończyć nasz związek i wybrał ku temu najpiękniejsze nadmorskie miasteczko Słowenii z romantycznym zachodem słońca w tle. Biedny mój mąż, nie za bardzo wiedział jak mnie pocieszyć, choć starał się naprawdę. Kiedy się uspokoiłam, wysłałam go do sklepu po wino, wrócił dosłownie migiem ze schłodzoną butelką, lokalnego. Kiedy trunek zaczął krążyć w żyłach, zrobiło mi się odrobinę lżej;) Na pocieszenie obiecał mi nowy, lepszy aparat (haha jeszcze wyjdzie mi to na dobre, zobaczycie – ale teraz łatwo mi się z tego śmiać) oraz że w przeciągu 5 lat wrócimy do Piranu i jeszcze będziemy przygodę tę miło wspominać – kochanego mam męża, co by nie mówić;)

Piran - już po winie...

W końcu podjechał po nas prevoz i z mieszanymi uczuciami przyszło nam Piran opuścić. Był to lekko zdezelowany 9-osobowy bus, który nie omieszkał się zepsuć po kilkunastu kilometrach w okolicy Koziny. Coś zaczęło śmierdzieć i głośno stukać a inni kierowcy pokazywali nam palcami, żebyśmy zjechali z autostrady. Nasz kierowca (grubasek w kitce) z początku nic sobie z tego nie robił, w końcu zmusiliśmy go, by zjechał na stację benzynową. Świetnie. No to idziemy łapać stopa – żeby to tylko było takie proste! Ustawiliśmy się przy wyjeździe z parkingu stacji benzynowej i przez 1,5 godziny nie zatrzymał się przy nas NIKT, w dodatku w międzyczasie zapadł zmrok i spadła temperatura, co raczej nie poprawiło naszej sytuacji. No to będziemy spać na łące – chciało nam się już tylko śmiać z naszych małych dramatów, szkoda, że nie kupiliśmy więcej wina... Zagadałam z tirowcami z Polski, ale mogli nas zabrać dopiero za 5-6 godzin, koło 2 w nocy. Dodatkowo, Asia, która czekała na nas w Skofja Loce, próbowała nam pomóc zdalnie, szukając ratunku w Internecie. W końcu doradzono nam, żebyśmy podchodzili do tankujących ludzi i opowiadali im „swoją historię”;) Zadziałało już za drugim razem i wkrótce mknęliśmy do Lublany wypasionym mercedesem łysego businessmana. Po lewej na horyzoncie szalała burza i błyskało co kilka sekund, ale nam było już wszystko jedno, grunt, że opuściliśmy stację. Niestety przez roboty drogowe i korki spóźniliśmy się na ostatni autobus do Skofja Loki. Życie.

 Piran - zachód słońca
Żegnamy Piran

W Lublanie szukaliśmy hostelu, okazało się jednak, że nawet z tym może być problem. Stolica mała, starówka mikro to i hosteli niewiele a wszystkie zapełnione. Świetne, los wyraźnie nam nie sprzyjał. Byliśmy wykończeni, po marszu z plecakami z Kopru do Strunjan stopy wbijały mi się w tyłek, także emocjami związanymi ze stratą aparatu oraz zepsutym prevozem. Pech za pechem. Już niemal zdecydowaliśmy się na taksówkę do Skofja Loki, gdy w ostatnim hostelu znalazły się dla nas łóżka w dormitorium. Odetchnęłam z ulgą, snując wizję ciepłego, miękkiego łóżka. Kolejne nadprogramowe koszty (przecież mieliśmy spać u Asi przez cały wyjazd a tu już 1 apartament w Trieście a teraz kolejny w Lublanie!) ale na tym etapie, mieliśmy to już mocno w poważaniu.

No i jakby tego mało, trafiliśmy do Hostelu SAX (w klimatach jazzowych) i mimo, że chodziło tu raczej o saksofon niż o „Sucks” (ang. do bani), po takim dniu było to pierwsze skojarzenie, które przyszło mi na myśl. Takie zwieńczenie dnia, w którym podróż skopała nas po tyłkach. Wyjazdy uczą pokory, ta przypomniała nam, że czasem coś ma prawo nie wypalić. Dobrze nauczyć się z takich rzeczy śmiać - inaczej przechlapane! Aparat to tylko rzecz (swoją drogą moja babcia w czasach zmieniania kliszy w aparatach zrobiła w San Francisco fotki na rolce ze zdjęciami z Hawajów… o i to była prawdziwa tragedia), na Słowenię z radością wrócimy (czym szybciej tym lepiej!), a cała reszta nie była w ogólnym rozrachunku taka straszna.

PS Jak się pewnie domyślacie, wszystkie foty z telefonu;)

6 komentarzy:

  1. Takie niespodziewane przygody generują cudowne posty...samo życie. Ale i tak zazdroszczę tej przechadzki po klifie wśród śródziemnomorskiej przyrody.Słyszę te słowiki,czuję zapach pini i powiew morskiej bryzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda:) Mimo wszystko ten spacer był naprawdę wyjątkowy i już teraz po tygodniu wspominam wszystko z sentymentem:)

      Usuń
  2. O matko!! Ale pech, szkoda tego aparatu, ale zapewnienia Maćka brzmią super, więc nie martw się. :)
    Takie przygody wspomina się za to najdłużej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością! :) Z perspektywy czasu myślę, że nie było najgorzej, trochę pechowo zaczęliśmy ale potem było już tylko lepiej a Słowenia nas oczarowała:)

      Usuń
  3. Magdalena Rogowska11 czerwca 2018 14:36

    Haha, ale się uśmiałam, szczególnie w momentach, kiedy wino jest dobre na wszystko ;) To się własnie nazywa wspaniała podróż, kiedy nic nie idzie po Twojej myśli i trzeba się zmierzyć z opacznościami losu. Będzie co wspominać! Dzielne robaczki z Was. Dla Maćka wyrazy uznania za opanowanie i wspaniałomyślność, co do nowego aparatu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Bzyku! :* Winno to lekarstwo na wszelkie zło :D Masz racje i w ogóle dziękuję za wszystko co napisałaś :) Ściskam Cię! :) :*

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz