Naszym okiem. Palenque i piramidy Jukatanu

Podróżując po Jukatanie podziwialiśmy wiele pamiątek, jakie zachowały się po upadku Imperium Majów. Oczywiście, ośrodków kultu jest znacznie więcej (zarówno w Meksyku jak i krajach ościennych), udało nam się odwiedzić zaledwie kilka. Przemierzając półwysep, nieraz mijaliśmy tabliczki informujące o ruinach, rozsypanych po okolicy - niestety, nie sposób zwiedzić wszystkich, mając niecały miesiąc urlopu. Od lat marzyłam (chyba szczególnie po przeczytaniu jednej z książek Cejrowskiego), by idąc przez dżunglę, nagle, wyłoniła się przede mną piramida którejś z przedkolumbijskich cywilizacji. Śniłam na jawie (taka już ze mnie niepoprawna romantyczka), że siadam na schodkach, słucham odgłosów zwierząt i oddycham zapachami lepkiej puszczy... 

Calakmul

W Meksyku pragnienia te udało zamienić się w piękną rzeczywistość, w dodatku w towarzystwie Małżonka;) To najwspanialszy prezent ślubny, jaki mogliśmy otrzymać! Trzy tygodnie obcowania z dziedzictwem kultur Mezoameryki:) O jedzeniu, kolorach i innych wyjątkowych  nie wspominając...

Każde ze stanowisk archeologicznych, które mieliśmy okazje odwiedzić różniło się od pozostałych. Jedne piramidy były bardziej, inne mniej oblegane przez turystów. Niektóre znajdowały się w sercu tropikalnych lasów, inne w centrum miasteczka. Z każdymi mamy inne wspomnienia. Sprawdzała się jedna zasada: czym dalej od Cancun, tym serce biło mocniej, czym bliżej, tym więcej rozczarowań.

Z uwagi na mocno ograniczoną dostępność, największe wrażenie zrobiło na nas Calakmul. Nieustannie wspominam też Uxmal (po którym nie spodziewałam się aż tyle!) wraz z jego uroczymi iguanami;) W Izamal, poza nami, na Kinich KakMo nie spotkaliśmy nikogo. W Palenque (jedyne spoza Jukatanu - w stanie Chiapas) urzekła mnie okoliczna przyroda. Tulum, choć usytuowane nad brzegiem lazurowego morza, odstręczyło nas tłumami i komercyjnością – zmyliśmy się po godzinie. Strach pomyśleć, co dzieje się w Chichen Itza... po Calakmul, zabytki w Cobie nie zrobiły na nas większego wrażenia, ale przynajmniej przeszliśmy się po puszczy i obeszliśmy dokładnie cały kompleks.

Piramidy w Uxmal (czyt.Uszmal)

Nie będę opisywać tu historii cywilizacji i kultury Majów ani Majów-Tolteków. To bez sensu. Każdy, kto jedzie w tamte strony, powinien zgłębić informacje we własnym zakresie. A jest co czytać, oj jest. Sama przygotowywałam się z miesiąc a na miejscu czułam, że mam braki w wiedzy. Warto jednak wiedzieć, że imperium Majów składało się z wielu jednostek - takich ówczesnych miast-państw (podobnie jak w starożytnej Grecji), które konkurowały o miano tego NAJważniejszego, NAJlepiej rozwiniętego, NAJwaleczniejszego. Raz zwyciężało gwatemalskie Tikal, innym razem meksykańskie Calakmul, bo akurat pomógł ktoś trzeci. A innym razem los się odwracał. I tak na okrągło.

 Odwiedzone przez nas ośrodki życia Majów i Majów-Tolteków

Przedstawiam zatem nasze spojrzenie, podpowiedzi, wnioski, subiektywne ochy i achy oraz rozczarowania. Mam nadzieję, że taki poglądowy wpis, przyda się komuś podczas planowania własnej wyprawy na Jukatan. Zamieszczam wszystko z zachowaniem chronologii naszego tripa.

Piramida Kinich KakMo, o której wspominałam już we wcześniejszym poście. Podobno, jedna z najważniejszych budowli Mezoameryki z przełomu IV-VI w. Położona w samym sercu żółtego miasteczka Izamal w północnej części Jukatanu. Na jej widok, człowiek ma wrażenie, że została pozostawiona sama sobie. Jakby przestała kogokolwiek obchodzić. Jest i już. Przetrwała, ma się nieźle i dominuje nad okolicą. Nie ma tu żadnych ograniczeń - kas biletowych ani strażników. Może wejść każdy, kto ma ochotę wciągnąć swój zadek na górę. Nie szczycie nie spotkaliśmy nikogo, w spokoju można podziwiać kolonialne pueblo magico oraz płaską, porośniętą dżunglą okolicę.

Wejście główne
Wejście boczne :) na dziko
Za nami najwyższa część piramidy, wznosząca się na 34 m wysokości

Piramidy w Uxmal okazały się zachwycające i bardzo pozytywnie nas zaskoczyły! Być może dlatego, że nie mieliśmy wobec nich żadnych oczekiwań. Majowie założyli miasto na przełomie X-XI wieku i mówi się, że było równie okazałe co Chichen Itza czy Mayapan. Zostało opuszczone w XV wieku. Do czasów dzisiejszych budowle zachowały się w naprawdę świetnym stanie (2 wyższw piramidy, boisko do peloty, zabudowania pałacowe, Dom Żółwi, ołtarz ofiarny...). Oświetlone popołudniowym słońcem wzbudzały zachwyt i hipnotyzowały. Usiedliśmy w pałacu gubernatora i chyba z 40 minut podziwialiśmy kompleks oraz nadciągające burzowe chmury. W dodatku, po całym stanowisku archeologicznym biegały urocze iguany. Nie należy się ich bać ani ich straszyć, można je za to z szacunkiem obserwować - to dzisiejsi mieszkańcy Uxmal:)

Co ciekawe, na miejscu wcale nie było tak wielu turystów. Nie wiem, czy zależało to od szczęścia, pogody, dnia tygodnia czy sezonu, ale w tak wyjątkowych ruinach można by liczyć na znacznie więcej luda. Miła niespodzianka:)

Warto wiedzieć, że zarządcy parków archeologicznych w Meksyku wycwanili się i, mimo że koszt wstępów narzucony przez państwo to jedyne 70 peso (ok 4$), dookoła dawnych ośrodków kultu powstały rezerwaty i parki narodowe, a za wstęp do nich pobierane są opłaty dodatkowe. Musicie wyobrazić sobie nasz szok, kiedy kontroler biletów w Uxmal poprosił nas o 4 bilety za parę! Turysta zagraniczny płaci za wstęp do ruin 153 + 70 peso, czyli łącznie 13$. Opłatę pobierają także za parking i niestety w tym przypadku ciężko zostawić auto gdzieś indziej. Co jeszcze? Z pewnością warto zabrać ze sobą jakieś przekąski i wodę do plecaka, gdyż na terenie ruin nic nie kupicie. Tutaj nikt nie robił nam problemów za używanie statywu (można? można!). Co by nie mówić, chwile spędzone w Uxmal wspominamy z ogromnym sentymentem a widok na Piramidę Wróżbity i okoliczną dżunglę śni mi się po nocach. Polecam z całego serca!

Cennik przy kasie
Wchodzimy na teren objęty przez UNESCO 
Przed Piramidą Wróżbity (lub też Czarownika)
Podziwiamy
Odkrywamy zakamarki
 Majańskie zdobienia
 Wszechobecne iguany
Boisko do gry w pelotę
Wielka Piramida na tyłach zespołu pałacowego

By dotrzeć do Ośrodka Kultu w Palenque zjechaliśmy z Jukatanu i odbiliśmy 250 km na południowy-zachód. Czy warto było nadkładać drogi, by zobaczyć kolejne piramidy? Oczywiście! Nigdy nie zapomnę, jak na studiach przygotowywałam prezentację wraz z projektem trasy po Meksyku, która prowadziła m.in przez Palenque. Kompleks otoczony dżunglą, z której co chwile wydobywają się pokrzykiwania małp i śpiewy egzotycznych ptaków. Można też przejść się trasą w dół potoku, aż do ukrytego w zieleni wodospadu. Jeśli kogoś nudzą kolejne ruin, warto zajrzeć tam choćby dla przyrody - bujnej, soczystej, wilgotnej...

Kiedy obudziliśmy się rano i spostrzegliśmy zachmurzone niebo, trzeba przyznać miny nam nieco zrzedły. Sprawdziliśmy pogodę, z której wynikało, że koło 13:00 na chwilę się wypogodzi. Choć właściciel pensjonatu przekonywał nas, że do ruin powinniśmy udać się o świcie, postanowiliśmy zaczekać na okno pogodowe i zrobiliśmy poranną wycieczkę do Wodospadów Roberto Barrios. Kiedy w południe weszliśmy na teren kompleksu, deszcz akurat przestawał siąpić. Mieliśmy farta, nad piramidami pokazało się słońce (i natychmiast zrobiło się strasznie duszno;)). 

Co warto wiedzieć od strony praktycznej? Palenque z roku na rok robi się coraz bardziej komercyjne,  turystów było sporo, wciąż jednak daleko mu do obleganego Chichen Itza. Przy zabytkach rozkłada się wielu handlarzy pamiątek ale na szczęście nie byli natrętni. Kiedy wyciągaliśmy statyw, strażnicy pokrzykiwali na nas ze szczytów piramid a nasz tripod działał na nich, niczym płachta na byka - to profesjonalny sprzęt przecież, na wyłączność za dla fotoreporterów z NG;) Uiściliśmy niemal potrójną opłatę za wstęp - za wjazd do parku narodowego, za wjazd do rezerwatu przyrodniczo-kulturowego oraz za same ruiny. Przy wejściu nagabywali nas przewodnicy, my jednak wolimy chodzić na własną rękę - nie wierzcie w bajki, że bez przewodnika zobaczycie tylko fragment zabytków, to nieprawda. Próbują też ściemniać, że boczne wejście do parku (to bliższe) jest lepsze od tego głównego - nie ma różnicy, przy bliższym może być za to problem z parkingiem. Zaopatrzcie się w wodę i przekąski na czas zwiedzania, przy bramie głównej są sklepiki ale oczywiście ceny wywindowane. W kasie biletowej poproście o mapkę, będzie Wam wygodniej.

Czy warto zatem odwiedzić odwiedzić starożytne miasto, którego rozkwit przypadł na czasy panowania Króla Pakala Wielkiego a później jego syna, Kana Balama (VII-VIII w.)? Jak najbardziej! W połączeniu z bujną dżunglą, człowiek ma wrażenie jakby przeniósł się do książki lub filmu o znanych odkrywcach. Tego nie da się opisać!

Za naszymi plecami Świątynia Inskrypcji
Dziedziniec pałacu
Jedyna piramida, do której można wejść
Na pałacowych schodach, tuż przy trawiastym dywanie:)
W środku dżungli, potężnej dżungli...
 Onieśmielająca przyroda
 Wielkie liście
Indiana Jones;)
Przeprawa przez rzekę
Wsłuchując się w odgłosy dżungli
Widok ze szczytu Piramidy Krzyża
Nazwa Palenque oznacza Wielką Wodę i akurat tam przeżyliśmy tropikalną ulewę:)
Skryliśmy się pod liśćmi bananowca i obserwowaliśmy pakujących się handlarzy
Żegnamy się...

Miasto Calakmul (Dwóch Sąsiednich Piramid) dosłownie rozłożyło nas na łopatki. Jeden z najpotężniejszych i najwaleczniejszych ośrodków kultury Majów, znajdujący się na Nizinie Peten. W czasach świetności żyło tu około 50 tysięcy mieszkańców. Jego królowie określali siebie samych jako Boskich Władców Węża.

Już sam dojazd mówi wiele. Należy zjechać z drogi głównej i jeszcze przez 60 km (co zajmuje do 1,5 godziny) jechać przez dżunglę (dobrze przygotować się z paliwem, sami mieliśmy odwiedzić Calakmul dnia następnego ale, by jeszcze bardziej nie nadkładać drogi, zmieniliśmy plany i zjechaliśmy z trasy na spontanie, przez co wracaliśmy na oparach i z duszą na ramieniu;)).

Pobyt w Calakmul wynagrodził nam wszelkie trudy. Tam to dopiero było dziko.  I jakoś tak cicho... Znaleźliśmy się w odległości 30 km od granicy z Gwatemalą. Turystów jak na lekarstwo, garstka. Dżungla wydawała się autentyczna i niezbadana. Strażnik, który o zmierzchu odprowadzał nas do wyjścia, mówił że w nocy polują tu jaguary, zwierzęta czczone przez Majów. Zero sklepików (trzeba zaopatrzyć się w jedzenie i wodę), zero przewodników, zero nagabujących handlarzy. Ufff, więc jeszcze istnieją takie miejsca! Zero kiczu i komercji. Spokój zakłócały jedynie owady (dobrze zabrać mocne środki na komary), głusza  wręcz onieśmielała. Fakt, znów uiścicie 3 opłaty za wstęp, ale tym razem warto jak nigdzie wcześniej!

Od małego parkingu obieracie wąską ścieżką i przez ok 10 minut maszerujecie przez tropikalny busz. I nagle dzieje się to, co wielokrotnie sobie wyobrażałam. Z gąszczu wyłania się pierwsza piramida. Przepiękna, majestatyczna i pusta! Wspinacie się na szczyt po krzywych, wytartych schodkach i z wierzchołka dostrzegacie następną. Są w sumie trzy, prześcigają się w rozmiarach i wystają ponad najwyższe gałęzie drzew. Siadacie, zziajani wspinaczką (ja, żeby nie było za łatwo w koturnach i kiecce ślubnej w celu zrealizowania wymarzonej sesji) i sapiąc, nie możecie oderwać wzroku. Podziwiacie tę niebywałą krainę, starając się chłonąć każdą sekundę. Około 17:00, gdy już tylko we dwoje zostajecie na terenie dżungli (trochę nielegalnie ale dotarliście tu dość późno i żal jeszcze wychodzić), słyszycie dziwny specyficzny szum i po chwili dostrzegacie małpy... Czy może być piękniej? Znów nie możecie przestać się gapić. Po około 20 minutach przychodzi po Was uśmiechnięty, podstarzały strażnik parku, który każdego dnia ma za zadanie zebrać wszystkich spóźnialskich (nie zapominajmy o jaguarach!). Przy okazji opowiada Wam mnóstwo ciekawostek o swojej pracy np. o tym, że największą z piramid sprząta się prawie miesiąc, po czym zabiera Was na boisko do gry w majańską pelotę aż w wreszcie, w deszczu odprowadza Was do samochodu. Dziękujecie, wręczacie napiwek i odjeżdżacie, zdając sobie sprawę, że dzień ten będziecie wspominać do końca życia.

Do celu jeszcze daleko...
UNESCO
Tutaj chwilami czułam się jak w Kompleksie Angkoru
Dżungla dosłownie połknęła to miasto
Sesja ślubna w Calakmul;)
Piramidy
Na horyzoncie burzowe chmury
Sami w dżungli
U stóp tzw. Struktury PIerwszej
Małpy!

Piramidy w Tulum to pierwsze miejsce, w którym musieliśmy stać w kolejce do kas biletowych. No tak, w końcu dotarliśmy na Riverę Majów - hotele, kurorty, czyli coraz mniejsza odległość zaczęła dzielić nas od Playa del Carmen oraz Cancun. Parking płatny, ba, droższy od samych ruin (ach no tak, tutaj nie stworzyli rezerwatu ani parku narodowego, więc chociaż na parkingu postanowili zarobić), zostawiliśmy więc auto przy głównej drodze i zrobiliśmy spacer. Mijaliśmy ciuchcie i meleksy wypchane po brzegi Azjatami i Amerykańcami, którzy zmierzali (o zgrozo) w tym samym kierunku co my. Przez bramą i kasami jeden wielki bazar z pamiątkami. Oczywiście drożyzna. Potem wspomniany wcześniej ogonek do kas. Trzeba było wybrać się po południu (taką podczas podróży przyjęliśmy strategię i zwykle wychodziliśmy na tym bardzo korzystnie - bo wszyscy na rano a potem na lunch, a my nierzadko docieraliśmy do piramid właśnie w porze lunchowej). W Tulum niepotrzebnie złamaliśmy zasadę. To nie koniec. Zaraz przy kontroli biletów przyczepili się do naszego statywu i kazali nam zostawić go na przechowanie w kasie. Że też nie ukryliśmy go w plecaku... Na ścieżkach tłumy, trzeba było iść wężykiem ocierając się o innych, przepychając się łokciami, nieustannie zwalniając. Wreszcie są - genialne piramidy na tle lazurowego Morza Karaibskiego, otoczone i zasłonięte z wszystkich stron przez przyjezdnych. Punkt widokowy zapchany, zejście na plażę zakorkowane. Wszędzie hałas (szum morza ledwo słyszalny), na plaży amatorzy selfiaków nie patrzą pod nogi i wpadają na innych. Zero komfortu, obserwowaliśmy to z niesmakiem, rzucając sobie porozumiewawcze spojrzenia. Uciekamy. Nie spędziliśmy tam nawet godziny, męczarnia. Doszliśmy do wniosku, że ruiny w Tulum najlepiej prezentują się z plaży... ze znacznej odległości. Siadasz na piasku z koktajlem owocowym i wreszcie cieszysz nimi oczy.
Kolejka do kas - nasza pierwsza na trasie
Otoczenie byłoby sielskie, gdyby nie napierający na moje plecy tłum
Zbliżamy się do ruin
Zejście na plażę zakorkowane
Perfekcyjny punk widokowy
Kto widzi iguanę? Jest równie przerażona jak my...
Jedno z kilku sensownych zdjęć
Z dystansu wyglądają najlepiej

Kompleks Majów w Cobie oddalony jest od Karaibów i Tulum o niecałe 50 km, przez co również oblegają go tabuny, chcące zaznać namiastki dżungli (a w rzeczywistości cyknąć parę fotek na szczycie "głównej piramidy" i pędem wrócić na plażę). Tak to przynajmniej naszym zdaniem wyglądało. Ludzie przyjeżdżają, omijają szerokim łukiem boisko do gry w pelotę, wsiadają w riksze (ci wytrwalsi na rowery) i pędem zmierzają do jedynego interesującego ich zabytku. My zdecydowaliśmy się na spacer, dzięki czemu mamy z Coby przyjemne wspomnienia. Szliśmy przez dżunglę bez pośpiechu, zaglądaliśmy w krzaki i kąty, napotkaliśmy zwierzynę, odwiedziliśmy kilka pobocznych ruin (gdzie spotkaliśmy tylko jedną rodzinkę). Po Cakamul i Palenque, nie chciało mi się nawet już robić zdjęć na szczycie piramidy - widok na płaską zieloną równinę mieliśmy we krwi. Usiedliśmy na górze i tym razem, bardziej niż okolicę, obserwowaliśmy absorbujących i głośnych współtowarzyszy. Nie dało się na nich uwagi nie zwracać, miałam wrażenie, że urwali się z choinki... Pamiętajcie żeby zabrać środki na komary i wodę. Parking płatny, auto można zostawić w miasteczku (my niestety za późno na to wpadliśmy). W okolicy 3 cenoty!
Spacer przez gąszcz
Poukrywane elementy układanki
Sprawczyni całego zamieszania
Oddalamy się od chaosu
Odbijamy gdzieś w bok
Inne, mniej znane budowle kompleksu w Cobie
 Roślinność lasu tropikalnego
 miejscowa zwierzyna
 Pomieszanie z poplątaniem
Opuszczamy Cobę

Mam nadzieję, że post ten okaże się pomocny przy wyborze najciekawszych piramid i da co nieco do myślenia... My zakochaliśmy się w Calakmul ale każdy z kompleksów miał w sobie coś wartościowego, niestety tłumy turystów i komercja potrafią wiele zepsuć...  Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:) Niebawem ciąg dalszy!

Komentarze

  1. Przeczytałam całość z wielkim zainteresowaniem, przypominając sobie przy tym własne przeżycia z pobytu w tym pięknym kraju. Nas również urzekło Uxmal - ciche i fascynujące �� Równie piękne było dla mnie Palenque ze swoją cudowną przyrodą �� Żałuję natomiast, że nie było nam dane zobaczyć Calakmul �� Może jeszcze kiedyś ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Daruniu! :) Niczego nie żałuj, jeszcze tam wrócicie z Kubusiem i pokażecie mu jaki świat jest piękny! :) Cieszę się, że post Cię zainteresował i przywrócił miłe wspomnienia :) Dziękuję za komentarz i ściskam Was serdecznie!

      Usuń
  2. Wspaniały post-tylko tam jechać!Najbardziej podoba mi się Piramida Czarownika i sesja ślubna w Cobie.Te foty są niesamowite.Tajemnicza dżungla zachwyca,sceneria jak ze snu...Pięknie tam,a dzięki Twoim opisom jeszcze piękniej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Mamo:) sesja ślubna była w Calakmul ale wiadomo o co chodzi;) a sam Jukatan faktycznie fascynujący!

      Usuń

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz