wtorek, 17 kwietnia 2018

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Oto pytania, które najczęściej pojawiają się na forach i grupach Facebook’a.
  • Czy da się zjechać Jukatan na własną rękę?
  • Jak z bezpieczeństwem?
  • Jaki jest stan dróg na Jukatanie?
  • Czego unikać?
  • Na co zwracać uwagę?
  • Czy warto wypożyczyć samochód?
  • Jak się zachowywać podczas kontroli policji?

Praktycznie te same kwestie nurtowały nas przed wyjazdem, zwłaszcza kiedy koleżanka mojej mamy, na wieść, że chcemy w Meksyku wypożyczyć auto, zaczęła straszyć nas mrocznymi scenariuszami. I co? Niepotrzebnie się zestresowaliśmy, wcale nie było tak źle! A bez czterech kółek z pewnością zobaczylibyśmy znacznie mniej. 

Roadtrip po Jukatanie, czyli czego możecie się spodziewać

Wszędzie jest płasko! To wielka, porośnięta dżunglą i krzaczorami równina, poprzecinana gdzieniegdzie prostymi nitkami dróg (o zagęszczeniu raczej nikłym;)). Chyba nigdy wcześniej nie jeździliśmy tak monotonnymi trasami;) Widoki żadne, horyzont ograniczony, pagórki należały do rzadkości. Zarośla zasłaniały wszystko, co chętnie podziwialibyśmy po bokach. Odrobinę ciekawiej zrobiło się nad Zatoką Meksykańską, w okolicy Palenque (stan Chipas jest bardziej górzysty) oraz na odcinku Calakmul - Bacalar.

Standardowa droga wiodąca przez Jukatan
Ukształtowanie terenu najlepiej obrazują widoki z piramid Majów

Przez Jukatan przebiega płatna autostrada (tzw. CUOTA) na odcinkach Cancun - Valladolid - Merida (i szczerze mówiąc, do najtańszych nie należy). Skorzystaliśmy z niej tylko raz, po czym szybko zmyliśmy się na bezpłatne „mniejsze” drogi szybkiego ruchu. Trzymaliśmy się ich już do końca.

Na półwyspie aż roi się od TOPES (tzw. leżących policjantów, hopek, czy jak to się tam u nas nazywa). Trzeba jeździć bardzo ostrożnie, szczególnie w terenie zabudowanym. Na głównych drogach biegnących przez mieściny potrafiliśmy doliczyć się nawet 6 topes w jednej wiosce! Są dość wysokie, zazwyczaj betonowe, czasem oznaczone znakami, czasem nie, słabo widoczne z daleka. Naprawdę łatwo się zagapić i stracić oponę.

A propos opon. Widzieliśmy ich dziesiątki (zwykle od TIRów), porozrywanych na strzępy, pogubionych i zapomnianych gdzieś w rowach. Ale nie bójcie się, jeśli będziecie uważać na hopki, dziury w asfalcie (a poro ich!) i jeździć zgodnie z przepisami, nic nie ma prawa się stać! Z drugiej strony, co kilkadziesiąt kilometrów mijaliśmy wulkanizatorów... Chyba mają branie;)

Przy drogach Jukatanu szwenda się mnóstwo bezpańskich psów, zdarza się, że w najmniej oczekiwanym momencie wchodzą na drogę lub stają po środku, rozleniwione i przyglądają się obcym;) Kolejny argument, by nie przeginać z prędkością... na jezdni widywaliśmy sporo nieżywych psów i kotów. 

 Tu akurat zamiast psów świnki trzy;)

„Ciemno już, zgasły wszystkie światła, ciemno już noc nadchodzi głucha”. Dokładnie tak się czuliśmy, kiedy zapadał zmierzch. Jukatan jest mocno niedoświetlony. Nawet w miasteczkach brakuje latarni, o drogach wiodących przez dżunglę nie wspominając. Nie przepadałam za jeżdżeniem po zmierzchu (zwłaszcza, gdy padało), ze względu na słabą widoczność czułam się niepewnie. Kilka razy musieliśmy jednak przejechać z punku A do punktu B i nie było wyjścia, trzeba było dotrzeć do wybranego hotelu. Co więcej? Kiedy Maciek zostawiał mnie samą w samochodzie (bo np. przystanęliśmy w sklepiku, by kupić wodę), zawsze zamykałam się od środka, by nikt niepożądany nie władował mi się do środka. Były również plusy - jadąc nocą warto zatrzymać się choć na moment i popatrzeć w kosmos. Takiego nieba nie widziałam już dawno...

 Powrót z Calakmul

Rzecz w Europie raczej niespotykana. Wskazówki i wsparcie psychiczne dla długodystansowych kierowców;) "Nie prowadź zmęczony", "Zapnij pasy", "Zachowaj ostrożność", "Jedź na światłach", "Czysta ciężarówka jest bezpieczniejsza". Praktycznie co kilkadziesiąt metrów. Tysiące ostrzeżeń.

Trzeba przyznać, że drogi, miasta i atrakcje są na Jukatanie świetnie oznaczone. Regularnie mijaliśmy kierunkowskazy z odległościami oraz brązowe znaki turystyczne, które informowały nas o pobliskich ruinach, jaskiniach i cenotach. Nie mieliśmy GPS'a, jedynie mapę drogową offline w telefonie. Chyba tyko raz zdarzyło nam się zgubić, ale wpłynął na to objazd związany z remontem drogi w mieście Campeche.

Przy drogach ustawiają się sprzedawcy świeżych owoców i soków. Kokosy, ananasy, mango, czego dusza zapragnie. Idealne przekąski na podróż. Na samą myśl ślinka mi cieknie!

Pogoda na Jukatanie zmieniała się niemal jak w Irlandii. W jednej chwili piękne słońce i bezchmurne niebo, pół godziny później gwałtowna ulewa ograniczająca widoczność do minimum. Kwadrans po niej urokliwy zachód słońca.


 Tak to bywało;)

Przed każdym dłuższym odcinkiem lepiej zatankować, gdyż poza miastami stacje benzynowe są od  siebie oddalone. Mieliśmy niezłego stresa, wracając dosłownie na oparach paliwa z ruin w Calakmul usytuowanych w sercu dżungli. Jakieś 20-30 km przed hotelem włączyła się nam rezerwa, a ostatnie kilometry robiliśmy dosłownie z duszą na ramieniu. Kiedy z ulgą dotarliśmy na stację, okazało się, że jest nieczynna... na szczęście kolejna znajdowała się 3km dalej, po drugiej stronie miasteczka;) Jakoś się dowlekliśmy.


Droga przez Park Narodowy Calakmul

W miastach i wioskach ulice nie mają nazw a numery. Dla Europejczyka, zwłaszcza na początku, może stanowić to wyzwanie;)

Już we wcześniejszych postach wspominałam, że Meksyk to państwo policyjne. Zarówno w większych miastach jak i na drogach aż roi się od patroli. Zatrzymali nas kilka razy, głównie z ciekawości. Zagadywali, zaglądali na tylne siedzenie, pytali skąd i dokąd nas niesie. Z radością na twarzach odpowiadaliśmy, że POLONIA, po czym łamanym hiszpańskim wyjaśnialiśmy motywy naszej wyprawy. Nazwa naszego kraju działała niczym klucz do łamigłówki i co najważniejsza, "zwracała nam wolność";) Być może to ich sentyment do Jana Pawła II uchronił nas przed łapówkami. Niekiedy dodawaliśmy, że jesteśmy w podróży poślubnej:) Raz tylko jeden policjant chciał nas podejść sprytem, tłumacząc, że kolekcjonuje banknoty z różnych krajów i że wciąż brakuje mu 10 euro...
- Ale my w Polsce nie mamy euro.
- Nie macie? A co macie?
- Mamy złotówki.
- Aha (bo złotówek to on też nie ma)
- Ale nie mamy gotówki
- Nie macie?
- No nie, bo używamy wyłącznie karty.
- Aha. No trudno. To szerokiej drogi.

Jakoś się nam upiekło. Podejrzewamy, że Amerykańców nieźle trzepią na kasę. Staraliśmy się zachowywać wszelkie środki ostrożności. Nie trzymaliśmy wszystkich cennych rzeczy w jednym miejscu, tak, by w razie kontroli dokumentów, nie byli w stanie zauważyć, ile mamy pieniędzy.


To właśnie w drodze jedliśmy jedne z najlepszych obiadów podczas całego wyjazdu. Przepyszne świeże, soczyste rybki, którymi objadaliśmy się w przydrożnych barach wspominamy do dziś:) Gospodarze przyglądali się nam z ciekawością i nie rzadko zagadywali. Kiedy orientowali się, że nie jesteśmy sąsiadami z Północy, traktowali nas z wielką życzliwością. Gdzie byśmy nie trafili, porcje serwowano nam obfite a i czasem dostawaliśmy gratisową przystawkę (naczosy, guacamole lub koktajl z krewetek). Odwdzięczaliśmy się uśmiechem , napiwkami i obrazkami z Janem Pawłem II. Jedliśmy raz w typowym barze dla panów Tirowców, który przypominał spelunę (nasi rodzice z pewnością ominęliby go szerokim łukiem;)). Przeżyliśmy, choć nawet nie było, gdzie rąk umyć;)  Jedzenie  treściwe - a co najważniejsze, nie pochorowaliśmy się!

 W tej knajpce byliśmy jedynymi gringosami
 Przykładowy przydrożny posiłek
Pierwsza  z brzegu knajpa na trasie (Santa Elena)

Przy drogach znajdują się sklepiki z rękodziełem i lokalnymi  wyrobami. Oczywiście, te najbardziej niepozorne, okazywały się najlepsze - tym samym, w drewnianych przydrożnych chatkach zaopatrzyliśmy się w najlepsze pamiątki. Tutaj też łatwiej było się targować. Co zatem można kupić przy drogach Jukatanu? Kapelusze, sombrera, skórzane torby i paski, łapacze snów, lampki z tykwy, ręcznie szyte lalki, chusty, bluzki, sukienki i wiele innych... Polecamy!

Nie zdawałam sobie wcześniej z tego sprawy, ale na Jukatanie wciąż wielu ludzi mieszka w bambusowych chatkach, wiecie, takich pokrytych strzechą! Drogi wiodły przez wioski, które składały się wyłącznie z takich gospodarstw (z kolei stan Chiapas szczyci się ranczami, serami, stekami i hodowlą bydła). Sielskie obrazki - dzieci spędzają tam całe dnie na dworze, ganiają wraz z psami i kurami, grają w piłkę, co niektóre jeżdżą na rowerach. Żyją skromnie, nawet biednie. Mają to "prawdziwe" dzieciństwo. Choć obawiam się, że z ich perspektywy, wygląda to całkiem inaczej.

Raz lub dwa przebiegł nam przez drogę zwierz. Zwierz należał do kotowatych. Ciężko stwierdzić, czy była tu puma czy jaguar ale ekscytowaliśmy się jak dzieci;) Poza owym kotowatym, przydrożnymi psami, kotami i kurami, z pewnością zauważycie mnóstwo dzikiego ptactwa.
Jak widzicie, na Jukatanie bez samochodu jak bez ręki. Bez niego nie udałoby nam się zobaczyć tylu wspaniałych miejsc. Wypożyczyliśmy go w firmie Avant Car (zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce, Maciek nawet trochę się z nimi stargował). Po wylądowaniu na lotnisku w Cancun, zostaliśmy odebrani przez pracownika wypożyczalni i przetransportowani (jakieś 10 minut jazdy) na parking AvantCar, na którym już czekał nasz mini chevrolet. Firma konkuruje ze znanymi, sieciowymi wypożyczalniami i podejrzewamy, że nie udostępniono im serwisu na samym lotnisku. Ale to żaden kłopot. Są tańsi a jednocześnie solidni, cieszą się dobrą opinią w sieci, polecamy! Doświadczeni przygodą z Gibraltaru, wykupiliśmy pełne ubezpieczenie, a żeby żadne stresy podczas podróży poślubnej nas nie nękały. Za wynajęcie auta z pełnym ubezpieczeniem na okres 2 tygodni zapłaciliśmy w sumie 500 dolarów.  Koszt paliwa w Meksyku na przełomie stycznia/lutego 2018r to 18 peso (1$) za litr.
 Nasza trasa po Półwyspie Jukatan - ok 2300km przez 2 tygodnie
Nasza fura;)

Kiedy cofam się myślami do naszej podróży przez Jukatan, rozbrzmiewa mi w głowie energiczna meksykańska i karaibska muzyka z radia, której słuchaliśmy każdego dnia. Klimatyczne nuty uprzyjemniały płaską, niekończącą się drogę i wyzwalały ducha wolności. Przypominały, że właśnie tak, powinno wyglądać życie... :)

 Spodobał Ci się ten post? Polub nas na Facebooku i bądź na bieżąco!:)

2 komentarze:

  1. Wspaniały post.Masa konkretów,ważnych informacji,a do tego świetne obserwacje i komentarze.Podziwiam Waszą odwagę,a zarazem fantastyczne odnalezienie się w tamtejszych klimatach.Wychodzu z Was profeska-nie ma miejsca na nietrafione decyzje,błędy,wszystko pod kontrolą-szacun!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Mamo, mam nadzieję, że wszystkim, którzy planują samodzielny objazd po Jukatanie wyda się pomocny:) Może i Wam któregoś dnia? ;)

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz