poniedziałek, 27 listopada 2017

Przez Hunedoarę do Timisoary. Żegnaj Transylwanio, żegnaj Rumunio! Och, jakże byłaś nam łaskawa...


Po odwiedzinach w Kopalni Soli wróciliśmy jeszcze na camping po rzeczy, po czym piechotką udaliśmy się w kierunku wjazdu na autostradę. Czekaliśmy nieco ponad 10 minut, po czym znów mknęliśmy osobówką w kierunku Alba Iulii, tym razem zgarnął nas, mieszkający w okolicy Niemiec. Następnie przesiadka do hiszpańskiego tira, który zmierzał w kierunku Barcelony. Potem jeszcze jedna, krótka podwózka (za kierownicą gadatliwy, uśmiechnięty od ucha do ucha Dorin;)) i naszym oczom ukazał się Zamek w Hunedoarze - jak z baśni!


Ogromna forteca usytuowana na wzniesieniu, z malowniczym mostem prowadzącym do bramy głównej. Zamczysko zaintrygowało nas już wcześniej, kiedy ujrzeliśmy je na okładce przewodnika po Rumunii - postanowiliśmy, że jeśli tylko będzie nam po drodze, koniecznie musimy je odwiedzić. Udało się:) Był nawet pomysł, żeby przenocować w namiocie na którejś z okolicznych łąk i wieczorem napić się wina z widokiem na fortecę, czas jednak przyspieszył, zaczął wręcz gonić, postanowiliśmy zatem, w miarę możliwości, jak najprędzej dotrzeć do Timisoary.
Komu w drogę, temu przygody!
 Trasa z tego dnia względem całej Rumunii
Nasza trasa: Turda - Hunedoara - Timisoara (ponad 300km autostopem, 6 podwózek)
Historia zamku sięga XII wieku. Jak to zwykle bywa ze strategicznie usytuowanymi twierdzami, budowla wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. W XIV w należała do Andegawenów, następnie do rumuńskiego szlachcica - Vojka, aż w końcu, w XV w odziedziczył ją Jan Hunyady.
To on z znacznym stopniu powiększył twierdzę - dodał 2 pierścienie murów obronnych, kazał wnieść dodatkowe wieże oraz kaplicę. Jego syn, Maciej Korwin, rozbudował zamek w stylu renesansowym.
Przez kilkaset lat zamek należał do rodów węgierskich. W XVII wieku został wzbogacony o elementy barokowe. W wieku XIX nawiedzały go liczne pożary - spłonął m.in dach. Na szczęście pod koniec stulecia rozpoczęto prace przywróceniem go do stanu świetności.
Zamek robi wrażenie, bardzo nam się spodobał. Obeszliśmy wszystkie jego wnętrza. Niestety z plecakami na ramionach - chcieliśmy przechować go w kasie, niestety pani nas olała i zaproponowała, że możemy zostawić rzeczy przy wejściu (gdzie nikt by ich nie upilnował).
Gotyckie sklepienie sali tronowej
Renesansowe krużganki
Zamczysko na jednej z rycin
Widok z zamku
Intrygujące rzygacze:)
Opuszczamy twierdzę, po czym, jak na zmęczonych wędrowców przystało, zaczynamy poszukiwania strawy. Najlepiej w dużych ilościach!
Przypadkowo trafiamy na jarmark z okazji Dni Hunedoary;)
Chyba lepiej trafić nie mogliśmy!
Zamawiamy wszystkiego po trochu - talerz gulaszu i drugi - mamałygi z boczkiem, śmietaną i serem. Cóż, rumuńskie potrawy do najlżejszych nie należą, ale smaku im nie brakuje!
Wyborne! Aż zamawiamy dokładkę;)

Następnie przyszła burza, co nie przeszkodziło nam złapać stopa do Devy (gdzie przeczekaliśmy najsilniejszy deszcz i zaopatrzyliśmy się prowiant w lokalnym Tesco). Godzinę później znów mknęliśmy - tym razem w wypasionym aucie wprost do Timisoary. Trafił nam się świetnym kierowca, który zapragnął pokazać nam letnią rezydencję rumuńskich władców (niestety była zamknięta), przez co nadłożyliśmy drogi. Nie miało to jednak większego znaczenia, ważne, że mknęliśmy do celu. Jedynym minusem była perspektywa rozbijania się po ciemku - znowu! Całe szczęście, nasz kierowca znał świetną miejscówkę nieopodal swojego domu, na obrzeżach miasta tuż nad jeziorkiem. Proponował nam nocleg u siebie w ogrodzie jednak grzecznie odmówiliśmy;) Przed pożegnaniem wręczył nam wizytówkę i kazał dzwonić do siebie w razie problemów, zawsze to jakaś opcja - miło z jego strony;) Rozbiliśmy się szybko i sprawnie i zwaliło nas z nóg! Był to zdecydowanie jeden z intensywniejszych dni - rani kopalnia soli w Turdzie, później zamek w Hunedoarze "z obciążeniem" na plecach, w międzyczasie ponad 300 km autostopem... Zasnęliśmy.

Ranek, choć z malowniczym wschodem słońca, nie przypadł nam do gustu. Tuż obok naszego namiotu urządzili sobie imprezkę wędkarze - o 7 rano... Tośmy pospali. Nieprzyjemnie, kiedy cienie snują się za cieniutką warstwą materiału. W takich przypadkach, człowiek wydaje się większym zagrożeniem niż dzikie zwierzę. Nie masz pojęcia czego się spodziewać... Tym bardziej z butelką w ręku, tym bardziej w Rumunii...a uprzedzeni nie jesteśmy! Trudno. Zebraliśmy manatki i ruszyliśmy na podmiejski autobus, mijając po drodze dom naszego kierowcy. Jak się okazało, nie ostatniego. Zanim przyjechał autobus, załapaliśmy się na ostatnią w Rumunii podwózkę, do centrum Timisoary.

Ostatni nocleg - na wpół dziko;)
Kto zna Szczecin, może przyrównać to miejsce do Osowa;) Mi się tak kojarzyło.
Poranek cieplutki, dzień szykował się gorący.
Złomowisko

Na prośbę, kierowca wysadził nas przy dworcu kolejowym. I tu zaczęły się schody. Nagle okazało się, że Timisoara - domniemana kandydatka na Europejską Stolicę Kultury najbliższych lat, nie posiada ani jednego miejsca, w którym można by przechować plecaki. Ani jednej szafki, dosłownie nic. Wściekliśmy się, to mało powiedziane. W upalną niedzielę (40st.C) przyszło nam snuć się z klamotami po mieści, nad którym przyjezdni pieją z zachwytu. U nas na samym starcie Timioara zarobiła ogromnego, zniechęcającego minusa. 

Pomyśleliśmy, że spróbujemy zadziałać w informacji turystycznej, ale okazało się, że jest zamknięta. W niedzielę, w sezonie. Kolejny punkt na niekorzyść. Poranną kawę wypiliśmy w Macu. To już chyba w ramach buntu. Odświeżyliśmy się w łazience i zrobiliśmy rundkę po okolicy. Główny deptak nawet ładny, po drodze kilka placyków z przyjemną architekturą, widać, że kamieniczki ładnie odnowione. Staraliśmy się dać Timisoarze szansę, choćby dlatego, że moi dziadkowie spacerowali tu kilka dekad temu i babcia opowiadała z zachwytem. Nam niestety cały ten zachwyt w gardle stanął. Kupiliśmy zimne piwo i niemal pół dnia spędziliśmy w parku - leżąc na trawie w cieniu drzew, czytając książki (dzięki Bogu za kindle!), śpiąc, przypatrując się mieszkańcom...

Plac Zwycięstwa i Sobór Trzech Świętych na horyzoncie - co ciekawe, kiedy byli tu moi dziadkowie, cerkiew ta jeszcze nie istniała. Dziś stanowi katedrę prawosławną.
Zabytkowe kamienice
 Pałac Lloyd
 Wilczyca wraz z Romulusem i Remusem - można ich spotkać w większości rumuńskich miast. W końcu i na tych ziemiach rozwijało się niegdyś Cesarstwo Rzymskie
 Słynny Teatr Narodowy i Opera, o których tyle opowiadała Babcia:)
Na jednym z placyków
Snując się w upale;)
 Reprezentatywne kamieniczki przy Placu Zjednoczenia
 Katolicka katedra św. Grzegorza
I gdzie ta stolica kultury, pytamy!? Nawet w malutkich miasteczkach mieli przechowalnie bagażu, a tu nic, nawet skrzynki na kod! Zawiodłaś nas trochę Timisoaro, oj zawiodłaś!
Zasłużone lenistwo;)
Dziwny ten koń - mówię, jakiś taki nieproporcjonalny... Na co mój luby stwierdził, że koń symbolizuje Timisoarę - wielkością nie grzeszy... Akurat frustracja sięgała zenitu;) Potem nam przeszło, odpoczęliśmy w parku i przestaliśmy się znęcać;) 

Na tym kończę relację z eskapady do Transylwanii, wieczornym samolotem wróciliśmy do Berlina. Rumunia zaskoczyła nas bardzo pozytywnie - przyroda, Karpaty, średniowieczne, pełne kolorów miasteczka, zamki i zamczyska,uczucie sielskości, podróż w czasie do lat dziecinnych (w pewnym sensie), uśmiechnięci pomocni ludzie, potrawy (wypieki!), bezpieczeństwo, pogoda i przyjazne ceny:) No bajka! A już w następnym poście szczegółowy kosztorys, zapraszam:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz