wtorek, 26 września 2017

Transylwania - Bajkowa Sighisoara

Do Sighisoary (czyt. Sigiszoary) dojechaliśmy późnym wieczorem z nastawieniem, że rozbijać się będziemy po omacku. No, może aż tak tragicznie nie było. Maciek wynalazł camping, znajdujący się nieopodal torów. Niezmiernie ucieszyła mnie wizja prawdziwej łazienki z ciepłą wodą. Z pociągu wysiedliśmy jako jedyni, przez co niemal zwątpiłam, czy dobry cel obraliśmy (czy ktoś tu kurczę poza nami w ogóle przyjeżdża?!). Co więcej, szybko okazało się, że owszem, camping widać już z dworca, tyle że droga do niego wije się stromo pod górę. Niby jedyne 3 km, a jednak wspinaczka z plecakami przez ciemny las (miałam tylko nadzieję, że nie spotkamy jakiegoś wygłodniałego karpackiego niedźwiedzia) dała mi (Maciek nigdy nie narzeka) nieźle w kość. Na szczęście, następnego ranka widok z campingowej kawiarni wynagrodził wszelkie trudy!


Przygotowując się do wyjazdu, niemal na każdym blogu czytałam, że Sighisoara to perełka wśród siedmiogrodzkich miast. Faktycznie, coś w tym jest! Szybko trafiła do naszego transylwańskiego TOP 3. Oczywiście Braszów i Sybin też przypadły nam do gustu, jednak trzeba przyznać, że Sighisoara wręcz rozkochuje w sobie przyjezdnych. W Segieszowie (polska wersja nazwy) wciąż można poczuć wyjątkowy urok średniowiecznego miasteczka (wiecie, takiego otoczonego starymi murami miejskimi, z reprezentacyjną bramą wjazdową zwieńczoną wieżą zegarową, z klasztorem na wzgórzu, ratuszem, cichymi placykami), mówi się, że jednego z lepiej zachowanych w Europie.


Spędziliśmy tam cały dzień, snując się brukowanymi alejkami, nie mogąc nasycić się kolorowymi kamieniczkami. Pogoda dopisała ale i upał dał się we znaki. Momentami chowaliśmy się w cieniu popijając białe schłodzone wino, produkowane zresztą w tych stronach lub też przysiadaliśmy w miłych kafejkach. Sighisoara to idealne miasteczko żeby się powłóczyć i wyluzować. Polecamy wszystkim Leniuchom!

Panorama miasta z campingowej kawiarni (niestety kawa fatalna)
Wypoczęci i odświeżeni, opuszczamy Camping Vila Franka (21 zł za namiot)
i kierujemy się leśną drogą w dół (15 minut spacerkiem).
Pogoda na Sighisoarę wymarzona, znów nam się poszczęściło;)
Zachęcający widok! 
Zostawiamy tobołki w przechowalni na dworcu (7 zł za sztukę za dzień) i lecimy zwiedzać!
Wkraczamy na starówkę i niemal natychmiast się orientujemy, że ci wszyscy autorzy przewodników i blogerzy mieli racje - to naprawdę perełka!
O tak wczesnej porze, stare miasto nie jest jeszcze oblegane przez przyjezdnych
Dom pod Jeleniami
Siadamy w kafejce i obserwujemy turystów
"W tym małym domku Drakuli nigdy nie było..." ;)
Podejrzewamy, że mieszkańców Rumunii temat Drakuli już raczej męczy...
Spacer uliczkami, o tej porze jeszcze opustoszałymi
Na wzgórze katedralne udamy się później
Jedna z zachowanych średniowiecznych wież obronnych
Sighisoara skradła nasze serca. Dziwicie się?
Wałęsamy się i zaglądamy we wszystkie zakamarki
Kelnerka w stroju ludowym
Malownicze wejście do restauracji
Żółta kamienica, w której podobno w XV w urodził się Vlad Palownik - Drakula
Chłopcy z psiakiem, raczej przez nich i umęczonym...
Idziemy do nowszej części miasta zaopatrzyć się w schłodzone winko;)
Mój ulubiony zakątek
Pokonujemy 175 stopni tzw. schodów szkolnych, aby dostać się na wzgórze katedralne. Dawniej pozwalały bez zmoknięcia kursować uczniom oraz nauczycielom między ich domostwami a najstarszą w mieście szkołą. Podobno na początku było ich aż 300. Ciekawe rozwiązanie:)

Widok na miasto ze wzgórza klasztornego
Chłodzimy się w cieniu
Po południu w uliczkach znacznie się zagęściło
Bryczką też się można przejechać po starówce
Pomysł był taki, że porządny obiad zjemy po południu, przed dalszą drogą. Usiedliśmy w jednej z knajpek na starówce, zamówiliśmy rzemieślnicze piwko i lokalne potrawy. Po czym okazało się, że w miasteczku wysiadł prąd i obiadu "strasznie im przykro", nie będzie. No cóż;)
Postanowiliśmy zatem posilić się na dworcu - nie ma to jak bar mleczny dla miejscowych. Zjadłam tam pyszną ciorbę de burta (coś jak nasze flaki, ja uwielbiam!).
Maciek zamówił lokalne kotleciki mititei (inaczej mici) z mieszanki mielonego mięsa wołowego, jagnięcego i wieprzowego z przyprawami dość orientalnymi (anyż, kolendra, satureja). Do tego wziął frytki i sałatkę z kapusty.
Musiałam się pilnować, żeby mu nie podjadać!;)
Odjeżdżamy! Żegnaj kochana Sighisoaro!
Nasza trasa: Sighisoara - Dumbraveni (21,3 km pociągiem), następnie 12,7 km autostopem do Biertanu (pan specjalnie dla nas nadrobił dla kilka kilometrów;))  
Plantacje fasoli. Obok kukurydzy, to bardzo znaczące w kuchni rumuńskiej warzywo. Próbowaliśmy tu m.in. fasolowego puree, świetnie pasuje do wszelkich mięsiw:)
Pociągiem dojeżdżamy do Dumbraveni i robimy rundkę po mieścinie
Następnie łapiemy stopa do Biertanu
Na rozdrożu
Znów się udało, dotarliśmy do sielskiej doliny! Postanowiliśmy rozbić się z widokiem na zabytkowy kościół warowny na jednym ze zboczy, tak by rano obudziło nas słoneczko.
Odpoczywamy wsłuchując się w odgłosy wsi - szczekanie psów, stukot końskich kopyt, lokalne przeboje "manele" - ktoś puścił na głos rumuńskie discopolo, którego rytmy niosły się po całej dolinie, śmiech bawiących się na podwórzu dzieci, cykanie świerszczy... Relaksujemy się.
Doczekaliśmy się. Koło 22:00 światła zostały włączone. Byliśmy okrutnie zmęczeni ale otworzyliśmy wino i tak sobie myślę, że warto było zaczekać;)

4 komentarze:

  1. Bardzo fajna relacja i ciekawe zdjęcia. Świetnie się czytało!

    OdpowiedzUsuń
  2. Satureja...nie spotkałam dotąd takiej przyprawy..ciekawe..
    Piękne te miasteczka,Twoje zdjęcia oddają klimat,przeniosłam się tam z zimnego jesiennego Szczecina. A winko wytrawne czy nie? Spróbowało by się,oj spróbowało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Mamo:) Też bym chętnie tam teraz wróciła... Winko zawsze kupujemy wytrawne, bardzo smaczne było!

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz