poniedziałek, 8 maja 2017

Kazba Amridil i wędrówka przez Oazę Skoura

Ostatni dzień w południowym Maroku, postanowiliśmy spędzić w palmowej oazie. Nie byliśmy tylko pewni w której i czy uda nam się pomysł ten zrealizować na własną rękę. Nie po raz pierwszy okazało się, że wystarczy chcieć. Wieczór wcześniej przeczesaliśmy Internet w poszukiwaniu mniej znanych atrakcji okolic miasteczka Ouarzazate. Martwiliśmy się trochę, jak będzie z dojazdem, ale bez trudu znaleźliśmy właściwego busa na ichniejszym dworcu PKS , a kiedy tylko się zapełnił, znów mknęliśmy przed siebie...


Po około 45 minutach delektowania się sielskimi widokami, poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie się gdzieś, po środku niczego - na wsi (mój luby jeszcze przed wyjazdem zaopatrzył nas w super dokładną mapę Maroka, działającą na telefonie również w trybie offline) i rozpoczęliśmy trekking. Pierwsze kroki skierowaliśmy w poszukiwaniu Kazby Amridil. Całe szczęście, po kilkuset metrach udało nam się ją namierzyć. Po tym jak piałam z zachwytu nad położeniem i architekturą ksaru Ait Bin Haddou, myślałam, że już nic w Maroku, nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Akurat. Wystarczyło, że przekroczyliśmy wadi, chwilowo wyschniętą dolinę rzeczną, a naszym oczom ukazała się budowla rodem z Jemenu czy Mali. Znów leżałam powalona na łopatki z rozdziawioną gębą. Sami zobaczcie.
Nasza trasa: Ouarzazate -  Oaza Skoura (45 km, niecała godzina jazdy lokalnym busem)
Przemierzamy prowincję w towarzystwie miejscowych
Mijane po drodze wioski. To właśnie gdzieś tutaj rozpoczyna się słynna Droga Tysiąca Kazb. A wszystkie w kolorze piasku, zlewające się z otoczeniem. Kiedyś przemierzę cały ten szlak.
Docieramy do Oazy Skoura, w której planujemy spędzić praktycznie cały dzień
Przecinamy koryto wyschniętej rzeki i docieramy do XVII - wiecznej kazby, jednej z najbardziej okazałych w Maroku, której wizerunek widniał zresztą na starym banknocie 50-dirhamów.
A tak niesamowicie wygląda to (źródło) zimą, kiedy na szczytach Gór Atlas zalega śnieg!
Za drobną opłatą wchodzimy do fortecy i zaczynamy zwiedzanie - na własną rękę.
Na wewnętrznym dziedzińcu. który dla zamieszkałej tu rodziny, stanowił w przeszłości ogródek, można dziś obejrzeć studnię oraz wiele przedmiotów codziennego użytku np. prasę oliwną, piec chlebowy, naczynia oraz narzędzia wykorzystywane do uprawy.
Architektura mnie uwiodła.Wielopokoleniowa rodzina Nassiri, która wybudowała kazbę Amridil, zadbała nie tylko o jej funkcjonalność i wygodę ale również o elementy estetyczne, nadając fortecy prezencję pałacu. Obok takich domostw nie można przejść obojętnie!
 Krok po kroku zaglądaliśmy do wszystkich zakamarków, starając się wychwycić jak najwięcej szczegółów. Wewnątrz kazby, poza izbami mieszkalnymi, kuchnią i pomieszczeniami dla zwierząt, znajdował się także pokój modlitw, narad a nawet miejsce pochówku. Co ciekawe, kazba zbudowana jest w takich sposób, że do każdego pokoju można wejść jednym wejściem, natomiast opuścić je innym. Prawie jak w labiryncie;)
Eksplorujemy pomieszczenia - cała konstrukcja zbudowana z mieszanki gliny ze słomą, co dawało wrażenie "miękkości" podłóg. Staraliśmy się chodzić na paluszkach, żeby przypadkiem nie spaść piętro niżej;) Ale chyba niepotrzebnie, w końcu kazba ta liczy sobie już ponad 300 lat!
Gliniane wieżyczki w sąsiedztwie palm daktylowych - widok bezcenny
Widok na wadi z większego z okien kazby
A także z mniejszego
Za nami patio z podcieniami, winoroślą i palmami
Co ciekawe, kolejni potomkowie rodzinny Nassiri do dziś zasiedlają domostwo i opiekują się kazbą Amridil. To właśnie oni opowiadają przyjezdnym ciekawostki o dawnych czasach. Co więcej, dobudowane w późniejszym okresie, nowe skrzydło budynku, zostało zaadoptowane na pensjonat, w którym można zatrzymać się na dłużej. Szkoda, że nie wiedzieliśmy wcześniej, z pewnością byśmy się tu zatrzymali, następnym razem się skusimy! 
Kapelusik z minionej epoki
A w ogrodzie malwy!
Nic dziwnego, że także tutejsza sceneria została kilkukrotnie wykorzystana przez reżyserów, między innymi do filmu Lawrence z Arabii. Takie już jest Maroko - plenerowo doskonałe!
Siedzieliśmy i napatrzeć się nie mogliśmy...
Panorama obowiązkowa;) W lewym, nowym skrzydle znajduje się pensjonat.
Żegnamy się fortecą rodziny Nassiri i rozpoczynamy wędrówkę przez oazę.
Sielsko, jak to na wsi:)
Maszerujemy przez Oazę Skoura, a ja znów czuję się jak "W Pustyni i w puszczy"
System nawadniający, jak widać, działa sprawnie;)
Radość wymalowana na twarzach
Z jednej strony myślę, że Maroko zwiedziliśmy naprawdę porządnie, z drugiej nachodzi mnie myśl o terenach południowo-wschodnich, których odkryć nie zdążyliśmy. Marzą mi się po nocach i nękają me sumienie niemiłosiernie. Chciałabym wrócić. Na szczęście, wszystko przed nami!
Wiejska dróżka wśród palm
Co kilkaset metrów mijamy domostwa
Dzieciaki, całymi chmarami, wracały na rowerach z okolicznych szkół (jak w Laosie!)
Pomału opuszczamy palmowy gaj
Tylko spójrzcie na ten garaż;)
zZnaczna większość mijających dzieciaków machała do nas i wykrzykiwała arabskie pozdrowienie "Salam alaikum" (dzień dobry) - jedni z uśmiechem, inni z ciekawością:)
Po kilkukilometrowym trekkingu, zasłużony obiad w miasteczko Skoura. Przepyszny couscous z warzywami w Restaurant de la Palmeraie Chez Le Patron Barbu - co za nazwa;) 
I, niestety, jeden z ostatnich marokańskich tadżinów przed wyjazdem do Europy.
Takiemu to dobrze, no prawie. Byliśmy świadkami jak kelner zasadził mu kopniaka,

W ten oto sposób, przyszło mi zakończyć na blogu relację z naszych marokańskich wojaży. Rano wsiedliśmy w autobus do Marrakeszu i całe następne popołudnie spędziliśmy na kupowaniu ostatnich pamiątek. Tylko błagam, nie powtarzajcie naszego błędu! Do dziś żałujemy, że w prezenty nie zaopatrzyliśmy się wcześniej, w przyjaźniejszych miastach (np. w Meknes!). Po prostu nie chciało nam się tego dźwigać w plecakach. Błąd. Trzeba było się poświęcić. Ceny w Marrakeszu wygórowane a sklepikarze odpychający. Nauczka na przyszłość. Wieczorem udaliśmy się na ostatnią miętową herbatkę do knajpki z widokiem na nieokiełznany Plac Dżamaa el-Fna, a nad ranem już siedzieliśmy w samolocie powrotnym do Europy. Mam nadzieję, że marokańskie opowieści przypadły Wam do gustu:) Niebawem podsumowanie i kosztorys, zapraszam Was serdecznie!:)

Ostatni wieczór na Placu Dżamaa el-Fna
Pożegnanie z Marokiem - jak dla mnie, cudownie było! O odczuciach Maćka jeszcze napiszę;)

20 komentarzy:

  1. Wspaniała sprawa to Maroko. Nie zdążyliśmy przed dziećmi, musimy poczekać aż odrobinę podrosną :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko przed Wami:) jak tylko podrosną, zabierzcie je ze sobą, będą równie zachwycone jak Wy! To inny, barwny świat! :)

      Usuń
  2. Urocze miejsce. Maroko jest na naszej liście podróżniczej :) Twój opis i zdjęcia jeszcze bardziej zachęciły mnie do tej podróży! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się ogromnie i trzymam kciuki,żebyście tam dotarli:)

      Usuń
  3. My wyjeżdżamy za miesiąc do Maroka! Nie możemy się doczekać, a ten wpis tylko dodaje apetytu. Bus miażdży. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah dzięki;) Super! Życzę udanego urlopu i egzotycznych wrażeń! :)

      Usuń
  4. Prepiekne zdjęcia! :) A skąd zamiłowanie do podróży w takie rejony? :) pozdrawiam, Klaudia J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślicznie dziękuję:) Zaczęło się tak, że moja Mama mieszkała kiedyś przez prawie 2 lata w Libii. To ona rozkochała mnie w arabskich krajach:) Gdy mieliśmy z bratem po 10-13 lat zabrała nas do Egiptu na wycieczkę zorganizowaną (w tym niezapomniany rejs po Nilu), później była Tunezja, Turcja a nawet Syria i Jordania. W tych krajach można poczuć magię i inną niż wszędzie egzotykę. Ciężko to opisać. Atmosfera, gwar. klimat, palmy, uliczki medyn oraz coś, co obie z mamą uwielbiamy - śpiew/nawoływanie muezzina do modlitwy. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy może to lubić (np. mój Maciek nieustannie się na Marokańczyków wściekał, są strasznie zachłanni). Ja, osobiście, po prostu kocham ten region świata- mama mnie zaraziła;)

      Usuń
  5. Pozytywnie zazdroszcze, cos pieknego :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przepiękne widoki, chociaż ja lubie chłodniejsze kraje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, wiadomo, to wszystko kwestia gustu:) Ja raczej wolę ciepłe klimaty ale i wycieczką na daleką Północ nie pogardzę np. zima w Norwegii (z zorzą polarną na niebie) okazała się jednym z wspanialszych przeżyć w moim życiu. Marzą mi się także Wyspy Owcze i Islandia:) Pozdr

      Usuń
  7. Wszystko wygląda jak magiczny domek z piasku. Wspaniała relacja!
    Pozdrawiam,
    Iga

    OdpowiedzUsuń
  8. Będę pamiętała, żeby pamiątek nie kupować na koniec ;) Zapisuję głęboko w głowie. A miejsce jest magiczne i trochę kojarzy mi się z Alladynem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też, podobnie jak Fez:) Cieszę się, że relacja wydaje się pomocna. W razie wszelkich pytań, proszę pisać! Chętnie coś doradzę:)

      Usuń
  9. Niesamowicie wygląda ta kazba z ośnieżonymi górami w tle! Krajobraz jak nie z tego świata! Świetna wycieczka kochana :) Buziaczki, Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki kochana:) Było naprawdę egzotycznie!

      Usuń
  10. Ale odjazd! Pięknie i czrodziejsko tam(pomijamy wkurzających handlarzy),przypomina mi się libijska przygoda..Szkoda,że dziadka już nie ma wśród nas,byłby najwierniejszym kibicem Waszych podróży,kto wie,może i zabrałby się z Wami:) Wspaniale opowiadasz i ilustrujesz...Rak trzymaj. Północna Afryka-cudowna jak dla mnie,zawsze z nostalgią tam powracam-teraz dzięki Tobie Córciu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Mamo, dopiero się rozkręcam;) Oj zabrałby się na pewno, a i my byśmy chętnie się z Nim wybrali:) Afryka Północna, ba, cała Afryka ma w sobie coś, co przyciąga jak magnes! Jeszcze tyle do odwiedzenia...

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz