poniedziałek, 20 marca 2017

Daj się namówić na Rabat

W Rabacie planowaliśmy spać, ale nam nie wyszło;) Długo szukaliśmy miejsca na nocleg w przyzwoitej cenie, ale okazało się, że stolica Maroka pod tym względem do najtańszych nie należy. Nie chcą nas na noc, to nie. Postanowiliśmy zatem udać się do Rabatu z rana, spędzić tam większość dnia i późnym popołudniem wskoczyć do pociągu, zmierzającego w stronę Marrakeszu (po obejrzeniu filmu z Kate Winslet, słowa te brzmiały jeszcze bardziej ekscytująco;)). Nasz plan miał sens, więc zaczęliśmy ochoczo wcielać go w życie. Do czasu, aż na centralnym dworcu kolejowym stolicy państwa, okazało się, że nie ma skrytek na bagaże - bo po co? Dowiedzieliśmy się, że owszem, kiedyś były, ale najwyraźniej się nie opłaciły i zostały zlikwidowane. Świetnie. Żebyście zobaczyli nasze miny... I co my teraz poczniemy z wypchanymi po brzegi plecakami!?  Nosić ich przez 6-7 godzin nie zamierzaliśmy.


Niestety, nie pozostało nam nic innego, jak zabrać je ze sobą ale mój niezastąpiony towarzysz życia, wpadł na pomysł, że moglibyśmy zostawić je na przechowanie w jakimś hotelu. Czemu nie, zawsze to jakaś opcja. Gorzej z wykonaniem - w pierwszych trzech nie chcieli się zgodzić. Po 20 minutach dowlekliśmy się piechotą do starej części Rabatu - bagaż ciążył, ramiona bolały, a poziom mojego humoru wyraźnie się obniżył - no jak tu się cieszyć zwiedzaniem nowego miejsca z takim klamotem na plecach!? Zero swobody, sami rozumiecie. O cykaniu spontanicznych zdjęć nawet nie wspomnę. I wtedy zdarzył się cud, w sercu medyny natknęliśmy się na hostel dla surferów. A że to grono ludzi raczej wyluzowanych, zapukaliśmy do ich drzwi! Udało się! Po sekundzie, lżejsi o jakieś 18 kilo, ze znacznie szerszymi uśmiechami na twarzach, opuściliśmy ich przybytek i ruszyliśmy na eksplorację miasta (oczywiście, zastanawialiśmy się przez chwilę, czy dane nam będzie jeszcze kiedyś zobaczyć nasz bambetle, jednak stwierdziliśmy, że poza ciuchami, wiele do stracenia nie mamy - a najważniejsze rzeczy i tak mieliśmy przy sobie).

wtorek, 14 marca 2017

Chwila wytchnienia w Meknes

Do kolejnego na naszej trasie królewskiego miasta, dotarliśmy koleją. Cóż za miła odmiana! W porównaniu do wlokących się bez końca autobusów, podróż pociągiem okazała się szybka (około 50 minut), przyjemna i równie niedroga. Ani się obejrzeliśmy a już wysiadaliśmy na dworcu w Meknes. Jeśli tylko istnieje taka możliwość, polecamy w Maroku wybierać kolej. Zaoszczędzicie mnóstwo czasu i nerwów (te same odległości, busy pokonują w znacznie dłuższym tempie a w dodatku się spóźniają!). Chociaż, z drugiej strony wówczas ominie Was lokalny folklor;) 


Meknes przywitało nas zachmurzonym niebem i pastelowymi kolorami. Miejsce na nocleg (jak zwykle w riadzie) znaleźliśmy po około godzinie pukania do efektownych bram, kryjących zapierające dech w piersiach pałace z pokojami gościnnymi. W końcu udało się stargować cenę za orientalną komnatę na poddaszu gościńca Dar El Meknassia, do którego przylegał wielki taras z widokiem na miasto. Po szybkim prysznicu ruszyliśmy na wstępny rekonesans i drugie śniadanie, albowiem z naszych brzuchów zaczęły wydobywać się już niepokojące dźwięki... ;)

piątek, 3 marca 2017

Wywiad z Pawłem, stewardem Linii Lotniczych Emirates

Skąd pomysł na wywiad? Przyśniło mi się, nie żartuję;) Rano wstałam i pomyślałam: kurde, czemu by nie! I niemal natychmiast napisałam do Pawła - na szczęście nie wziął mnie za wariatkę i zgodził się wziąć udział w tym blogowym eksperymencie - to pierwszy wywiad, jaki zdarzyło mi się przeprowadzić;)

Cześć Paweł, mam tyle pytań! Jeśli jesteś gotowy, to do dzieła! I tak jak się umawialiśmy, żadnego słodzenia;)

1. Skąd pomysł, by wziąć udział w rekrutacji do Linii Lotniczych Emirates?

Kupiłem wydanie Forbes z zeszłego miesiąca w przecenie -50%, gdzie wpadł mi w oko artykuł o Emirates z perspektywy biznesowej, jako o szybko rozwijającej się firmie. Była tam krótka wzmianka o tym, że firma otworzyła połączenie do Warszawy i że potrzebuje wielu pracowników. Wszedłem więc na stronę Emirates i zobaczyłem, że hotel gdzie przeprowadzają tzw. open day (dzień otwarty), znajduje się kilka przystanków od mojego mieszkania (mieszkałem wtedy w Warszawie). Nie mogłem nie spróbować.

2. Jak długo trwało szkolenie? Było wymagające? Gwarantowało przyjęcie do załogi Emirates, czy może o wszystkim decydował jakiś test końcowy? 

Na szkoleniu jest wiele egzaminów przez cały okres jego trwania. Jeśli zawali się te egzaminy i nie zda poprawki, to jak na studiach, odpada się z gry. Najłatwiej jest jednak zakończyć swoją przygodę z Emirates przez spóźnienie się na zajęcia. Punktualność jest traktowana bardzo poważnie.

załoga Emirates

3. Czy łatwo było Ci opuścić kraj i przenieść się do Dubaju?

Bardzo łatwo! Ciągnęło mnie do przygód, podróży i poznawania nowych ludzi. Ciekawiły mnie inne kultury, to jak wygląda życie w innych częściach świata oraz jak to jest mieszkać w tak niezwykłym mieście jak Dubaj.

środa, 1 marca 2017

Cytat na marzec

„ - Żeby tak wyruszyć w świat, trzeba być szalonym – usłyszałem kiedyś po tym, co opowiedziałem na jednym ze spotkań.
– Nie, trzeba być szalonym, by tu zostać – pomyślałem”.

Fragment książki "Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata"

Oaza Skoura, Maroko