piątek, 3 lutego 2017

Przez Cieśninę Gibraltarską do innego świata

Z motylami w brzuchu (przynajmniej w moim przypadku;)), z biletami w jedną stronę na trasie Tarifa-Tanger (po 37 euro/osobę), wsiedliśmy na pokład promu HSC Maria Dolores. W trakcie rejsu sprawnie wypełniliśmy druczki wizowe. Dla Polaków wiza do Maroka jest bezpłatna i oznacza raczej kolejny stempelek w paszporcie. Angielską pogodę i samochodowe kłopoty z Gibraltaru zostawiliśmy za plecami. Płynęliśmy w stronę słońca, w stronę lepszego humoru i nowych, tym razem afrykańskich przygód. Do Maroka - kolejnego kraju o którym od tak dawna marzyłam i którego, zważywszy na obecną sytuację polityczną, trochę się lękałam. Mimo to, z ekscytacją patrzyłam, jak na horyzoncie wyłaniają się szczyty afrykańskich gór.


Odwiedziłam już wiele arabskich krajów i szczerze uwielbiam tę ich szczególną atmosferę. Architekturę miast, smaki, zapachy przypraw, zgiełk bazarów, uliczny chaos, nawoływania Muezina z minaretów, wyraziste kolory i suchy, pustynny klimat. Niby jestem do tego wszystkiego przyzwyczajona, ale tym razem
 uderzył mnie sam "moment przejścia". Z Europy do innej czasoprzestrzeni. Po 10 dniach w cywilizowanej Andaluzji, doznaliśmy niemal szoku kulturowego. To właśnie ta, zaledwie 45-minutowa przeprawa promowa na odcinku kilkunastu kilometrów okazała się przełomem i dała mi nieźle do myślenia. Niby od zawsze wiedziałam, że Hiszpanię dzieli od Maroka ledwie wąska cieśnina, ale dopiero po pokonaniu jej, zdałam sobie sprawę, w jak niewielkiej odległości, położone są dwie odrębne rzeczywistości.

Postawiliśmy stopy na Czarnym Lądzie i przenieśliśmy się do marokańskiego świata. Świata, w którym wszyscy bacznie Was obserwują (zwłaszcza kiedy stanowicie parę europejskich turystów z plecakami). Świata, w którym z higieną krucho i na każdym kroku trzeba się mieć na baczności. Świata, w którym biali (tym bardziej w dzisiejszych czasach) nie powinni wałęsać się po nocach. Świata, w którym podporządkowane mężczyznom kobiety muszą odpowiednio się ubierać, aby nie kusić. Świata, w którym nie kupisz alkoholu na ulicy. Świata, w którym żeby nie zostać oszukanym, lepiej się targować. Świata, w którym nie wszystko wydaje się logiczne ale jednak funkcjonuje. Mimo to, szalałam z radości, że udało nam się dotrzeć aż do Maroka. Nie pozostało nam nic innego, jak pewne fakty zaakceptować i zaaklimatyzować się w nowym środowisku.

Trasa promu: Tarifa (Hiszpania) - Tanger (Maroko)
Żegnaj Hiszpanio, żegnaj Europo!
Przed nami wyłania się afrykański ląd. Z portu udaliśmy się na poszukiwania noclegu. Podobnie jak w Azji, chodziliśmy od hostelu do hostelu i pytaliśmy o ceny.
Popołudniowy spacer po Tangerze
Wszechobecne minarety o bogatej ornamentyce
Czas na przerwę - Plac 9-ego kwietnia w Tangerze
To właśnie tuż obok skusiliśmy się na nasz pierwszy posiłek w nowym kraju - z racji tego, że do Maroka przybyliśmy w piątek, postanowiliśmy zamówić couscous. Hicham, nasz marokański kolega z Sycylii, podpowiedział, że wszyscy muzułmanie jadają go własnie w ten, święty dla nich dzień. Do tego przepyszne gotowane warzywka i cola (w Maroku piliśmy ją codziennie. Nie przepadam za gazowanym, ale w krajach arabskich to napój niemal zdrowotny. Ma zbawienny wpływ na żołądek, który może polec w starciu z tamtejszą florą bakteryjną. Warto stosować, nam raczej pomagała).
Bissara - lokalna zupa krem z suszonego bobu (dobra, ale dziwnie pachniała;))
Spacerując po starówce

W Tangerze zemściła się na nas chęć przesadnego oszczędzania na wszystkim. Hostel Agadir, w którym się zakwaterowaliśmy, kosztował co prawda 8 euro za nas oboje, ale okazał się najbardziej obskurnym miejscem, w jakim przyszło nam spać. Kiedy za dnia oglądaliśmy pokój, może i wydawał się biedny, ale cieszyliśmy się z niskiej ceny. Wykończeni gibraltarskimi kłopotami, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na miasto coś zjeść. Kiedy wróciliśmy wieczorem, ujrzeliśmy naszą noclegownię w całkiem innym świetle. Wybredna nie jestem, jak na kobietę mogę naprawdę dużo znieść, jednak w takim syfie nie miałam okazji nigdy wcześniej spać. Ponieśliśmy sromotną porażkę - we wspólnej dla piętra łazience brzydziliśmy się umyć. Nasza pościel śmierdziała - chyba od dawna nikt jej nie prał. W dolnej części drzwi, dało się zauważyć dziwne wyżłobienia.. co prawda szczurów nie widzieliśmy, ale to nie znaczy, że gdzieś tam się nie chowały...  Ściany okropne, podłoga krzywa. Zaduch. W nocy prawie nie spałam. Patrzyłam w sufit, zastanawiając się jakie robactwo wiedzie żywot w moim materacu. Krzyki za oknem rozlegały się niemal do rana. Masakra, byle przetrwać do wschodu słońca - myślałam. Kiedy zadzwonił budzik, z ulgą się stamtąd zabraliśmy a w każdym kolejnym mieście na trasie stawialiśmy na wyższy standard. W Afryce nie wolno oszczędzać na spaniu - nauczka na przyszłość. Co zabawne, hostel ten należy najprawdopodobniej do całej sieci podobnych mu przybytków, gdyż już później, kilkakrotnie mijaliśmy (szerokim łukiem) bliźniacze obiekty. Cdn

8 komentarzy:

  1. Sieć hoteli"Agadir"być może przeznaczona jest dla afrykańskich backpackersów:) Małe potknięcie na początku ale reszta w moim klimacie również.Uwielbiam i trochę tęsknię już za zapachem i kolorytem bazarów,nawoływaniem muezina i smakiem prawdziwego kuskusu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Mamo, to w końcu Ty zaraziłaś mnie tą miłością do arabskich klimatów, to Ty zabrałaś mnie kiedyś do Egiptu, a później do innych krajów Bliskiego Wschodu. Cieszę się, że udało nam się zobaczyć Maroko, póki wciąż panuje tam względne bezpieczeństwo!

      Usuń
  2. Myślę, że z Waszym blogiem powinien się zapoznać każdy, kto planuje podróż w mniej oczywiste rejony :) Chętnie zobaczyłabym ten Hostel Agadir, w którym przyszło Wam spać, brzmi jak z koszmaru, cieszę się, że później z noclegiem było już tylko lepiej. Za to zupa krem z suszonego bobu sprawiła, że nabrałam apetytu :>Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa:) Staramy się wybierać interesujące destynacje, choć z drugiej strony, jestem przekonana, iż każdy kraj oferuje mnóstwo różnorodnych atrakcji - wartościowych za równo pod względem kulturowym, jak i przyrodniczym:) Hotel Agadir w Tangerze powinien nauczyć się rozpoznawać każdy przyjezdny, by móc trzymać się z daleka;) Natomiast zupka z bobu była smaczna, choć bardziej do gustu przypadła nam harira. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na nowe posty!

      Usuń
  3. My byliśmy calkiem niedaleko od Gibraltar, ale nie udalo nam sie odwiedzic Maroko. Co za miejsce ten hotel, tez bym chyba nie spala w takich warunkach🤔 Dziekuje za ciekawy opis wyprawy i czekam na cdn😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz:) Hotel faktycznie był okropny, ale już samo Maroko nie, na szczęście:) Bardzo się cieszę, że przedłużyliśmy wyprawę po Andaluzji i uzupełniliśmy ją jeszcze o ten afrykański kraj - jeśli będziesz miała kiedyś okazję, polecam z całego serca! Te krajobrazy, miasta, kolory... bajka! Pozdrawiam i zapraszam ponownie!

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Dobra, choć zupa harira smaczniejsza - naszym zdaniem:)

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz