czwartek, 9 lutego 2017

Chefchaouen - błękitny zapach pieniędzy

Jak sprawić, by do niewielkiego (dawniej prawie nieznanego) miasteczka, położonego gdzieś na zboczach pasma górskiego Rif, zaczęli napływać turyści z gotówką (lub może raczej gotówka z turystami)? Wystarczy pomalować fasady domków na niebiesko. Ot, cały przepis na sukces. W zasadzie to nie tylko ich ściany. Warto pomyśleć także o okiennicach, drzwiach, wycieraczkach, schodach, łukach, sklepieniach, ławkach, doniczkach, latarniach, koszach na śmieci, świątyniach, budynkach rządkowych, a nawet przydrożnych kamieniach. Przemalować cały labirynt uliczek medyny. Im więcej błękitnych detali, tym lepiej. Czym bardziej niebieski zaułek, tym większa szansa, że pojawi się w nim jakiś zbłąkany turysta i zasili mieszczące się w pobliżu sklepiki. Być może na jego obecności skorzysta także pobliski bar z tajinem a przy okazji fryzjer lub złotnik. A może i uśmiechnięty, lekko szczerbaty handlarz dywanami, jego dzieci i wnuki? Dzięki "boskiemu" pigmentowi, każdy rodzinny business, znajdujący się w obrębie Królestwa Niebieskiego ma większą szansę na zarobek.

Pierwotnych motywów malowania ścian miasteczka doszukałam się kilku. Przede wszystkim, tradycję zapoczątkowali żydowscy uchodźcy z Hiszpanii, którzy w XV wieku skryli się tu przed prześladowaniami. Błękit kojarzył się im z niebem i rajem. Innym uzasadnieniem może być sztuczka na przenoszące malarię komary, którym niebieski przypomina taflę wody, co skutecznie je odstrasza. Mieszkańców, kolor ten podobno relaksuje, dając wytchnienie oczom w upalne, słoneczne dni. Czytałam też wersję, że niegdyś miejscowe kobiety zebrały się z nudów, by nadać medynie nowy wyraz, ale akurat do tego motywu przekonana nie jestem. Ciężko powiedzieć, który z czynników przechylił szalę, Dzisiaj nie ma to już większego znaczenia, gdyż z roku na rok błękitnych fasad przybywa, a starsze są na bieżąco i bynajmniej nie z pobudek filozoficzno-praktycznych odświeżane. Niespodziewanie, błękit stał się dźwignią lokalnej turystyki a co za tym idzie, handlu i źródłem dirhamów.

W 1960 roku przybyli tu pierwsi backpakersi ze Stanów. Aktualnie miasto przeżywa dobrą passę, z roku na rok zyskując na popularności i poprawie dobrobytu jego mieszkańców.

Muszę przyznać, że jaka by nie była przyczyna inspiracji mieszkańców Chefchaouen, efekt okazał się niesamowity i wcale się nie dziwię, że teraz miasto przyciąga wszystkich jak magnes. Sami byliśmy zachwyceni, czując się jak w jakiejś lazurowej otchłani... Spacerowaliśmy przez cały dzień i wciąż było nam mało. W dodatku Chefchaouen otoczone jest XV wieczną twierdzą i malowniczymi górami, które skrywają olbrzymie plantacje marihuany. Co prawda nie widzieliśmy ich na własne oczy, ale kilkakrotnie proponowano nam hash w uliczkach;) Choćbyście mieli zatrzymać się w tej błękitnej mieścinie tylko na kilka godzin, to z całą pewnością destynacja warta uwagi.

Nasza trasa: Tanger - Chefchaouen (115 km ok 4h lokalnym busem)
 Autobusy w Maroku koszmarnie się wloką, nawet na krótkich odcinkach. W końcu jednak wkraczamy na teren medyny. Człowiek widzi te błękity i natychmiast rzuciłby wszytko i poleciał podziwiać. Najpierw trzeba jednak ogarnąć lokum i pozbyć się plecaków
Nareszcie jest - żeby nie tracić czasu, postawiliśmy na Riad Assilah, pierwszy hostel, tuż przy murach, jaki rzucił się nam w oczy i tym razem spaliśmy w komnacie z Baśni Tysiąca i jednej nocy  - pachnący, zadbany pokój z orientalnymi witrażami;)
Widok z pokoju na alejkę medyny
Umyci i w świeże ciuchy przebrani, zostawiamy bagaże w naszym, przypominającym pałac riadzie (tzw. domu gościnnym) i ruszamy zgubić się w labiryncie uliczek medyny... 
 Większość jej zakątków można by uwiecznić na obrazach
Z górami Rif w tle
Szybko ulegamy błękitnemu czarowi!
Kolory Chefchaouen
 Taki odpoczynek to ja rozumiem... Kup poszewkę, kociaka dostaniesz gratis;)
W Polsce też mogłoby tak być - czyż nie weselej?:)
 Szczęśliwi i na właściwym miejscu;)
Mieszkaniec Chefchaouen w tradycyjnym stroju
Dokąd nas zaprowadzi?
Jak tam było nieziemsko! Musicie mi uwierzyć na słowo!
Maszerujemy przed siebie, bez celu, podziwiając błękitne detale:)
Docieramy do najwyższego punktu - widok na medynę i kazbę
Więc chodź, pomaluj mój świat...
Sąsiedzkie pogaduszki;)
Wszędobylskie, marokańskie kociaki
  Muzułmanie nie lubią być fotografowani,  nachalne portretowanie godzi w ich obyczaje, najlepiej robić zdjęcia z ukrycia, od tyłu lub pytać o pozwolenie.
Wałęsamy się bez końca, aż zaczyna burczeć nam w brzuchach;)
 Oddalamy się od centrum, by znaleźć bar dla miejscowych
 Po drodze oczywiście napawamy się widokami
 I natykamy się na obrośniętą bluszczem, wąską kamieniczkę;)
 W końcu odnajdujemy niepozorną Restaurante Amigos na uboczu, gdzie zjadamy pyszny tajine z couscousem i mięsem mielonym typu kefta - tanio, szybko i smacznie!
Brama niebios;)
 "Mamo, idę na dwór";)
Idąc przez suk - "dzielnicę bazarową"
Mój ulubiony kadr!
Tego dnia słońce kilkakrotnie chowało się za chmurki, nawet chwile pokropiło ale zaraz potem znów zaszczycało nas swym towarzystwem i dodawało blasku błękitnym zakamarkom.
Nie sposób nie uwiecznić takiej bramy;)
 Powiewająca nad kazbą, marokańska flaga- wróciliśmy na główny plac
 Miasto zostało założone w XV wieku. Stanowiło wówczas niewielką fortyfikację i miało za zadanie bronić północnej części kraju przed najazdami Portugalczyków
 W pobliżu meczetu starsi mieszkańcy spotykają przed popołudniową modlitwą
Kameralny placyk, który upatrzyłam sobie już wcześniej. Po kilku godzinnym spacerze i obfitym obiedzie, to właśnie tutaj postanowiliśmy przysiąść w barze i trochę odsapnąć
Pijemy kawę i obserwujemy życie mieszkańców
Roześmianą wnuczkę jednego, z odpoczywających w naszej knajpce seniorów
Dyskutujących przy sąsiednim stoliku panów
Bawiące się dzieciaki
Przypadkowo trafiliśmy do mniej obleganej przez turystów części medyny - kiedy popijaliśmy kawę nie minął nas ani jeden przyjezdny, sami miejscowi. 

Kiedy w nasze obolałe stopy znów wstąpiła energia, postanowiliśmy przejść się na dworzec (ok 15 min w jedną stronę), żeby sprawdzić godziny autobusów, zawczasu kupić bilety i uniknąć przykrych niespodzianek. W Maroku najlepiej nie ufać nikomu, wszystko sprawdzajcie sami! Właściciel naszego hostelu próbował nam wmówić, że do Fezu odjeżdża tylko jeden poranny autobus i, że żadna inna firma nie obsługuje przejazdów na tej trasie. Nieprawda, linii jest kilka, godzin do wyboru też sporo, nie dajcie się oszukać! W krajach arabskich tylko rozsądek i czujność mogą Was uratować;) Na tym kończę, niedługo kolejne posty, zapraszam!

7 komentarzy:

  1. Po pierwsze : bajka, po drugie :też bajka :) Nic dodać nic ująć.
    I kolejne inspiracje malarskie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Super miejscówka. I ta komnata w hostelu - klasa. Fantastyczne, jednym słowem. (I dzięki za "medynę")

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za komentarz! Cieszę się, że post się spodobał:)

      Usuń
  3. Zdjęcia zapierają dech Są przepiękne Masz oko i rękę do tego Aź mi się chce tam pojechac 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szalenie mi miło i niebawem zapraszam na nowy post!:)

      PS Wciąż żyję sobotnim Hinduskim wieczorem i Waszymi indyjskimi opowieściami, wspaniale było! Dziękujemy za tyle barwnych wrażeń (smakowych, zapachowych, wzrokowych i słuchowych)! :)

      Usuń
  4. O matko! Nie miałam pojęcia, że takie miejsce istnieje! Dziękuję, za uświadomienie, wspaniałe zdjęcia! Od dzisiaj szukam lotów w tamte rejony :)

    www.kobiecaintuicja.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz