czwartek, 26 stycznia 2017

Gibraltar. Spacer w chmurach, małpy i ucieczka do Afryki

Gruba warstwa chmur, która przywitała nas dziesiątego dnia w miejscowości La Linea, wywołała niesmak i znużenie. Bo czy zwiedzanie Gibraltaru bez słońca ma w ogóle jakiś sens?! Na własnej skórze przekonaliśmy się, że niestety nie ma. W dodatku, mglisto-szary poranek szybko okazał się zapowiedzią prawdziwych kłopotów... 



Wjazd samochodem na teren Gibraltaru nic nie kosztuje. Dokumenty na granicy są sprawdzane, więc lepiej jakiś dowód lub paszport przy sobie mieć. Na początku postanowiliśmy objechać słynną skałę i udać się na grób Władysława Sikorskiego, który zginął tu 1943 r w katastrofie lotniczej. Jak widać na poniższych zdjęciach, tego dnia gibraltarska skała do połowy tonęła w chmurach. Pomyśleliśmy, że skoro żadnych widoczków nie uświadczymy, to może chociaż podjedziemy do tych małp... Na próżno. Okazało się, że wjechać na górę samochodem prywatnym nie wolno. Zatrzymał nas strażnik. Wobec tego, pozostał nam wjazd kolejką linową (w 2 strony za osobę ok 30 euro), co w niepogodę wydało się raczej bez sensu lub wspinaczka. Ale w końcu czego się nie robi, żeby
 zobaczyć jedyne w Europie, żyjące na wolności małpy?

Zbliżamy się do granicy, która częściowo przebiega przez tutejszy pas startowy
Meczet w Gibraltarze, tuż pod skałą, której tu praktycznie nie widać.
Ta latarnia morska sprawiła, że poczułam się trochę jak w Irlandii;)
Wkraczamy na teren rezerwatu przyrody. 
Może Gibraltar wydaje się przereklamowany, ale naprawdę żałuję, że widoczność tego dnia była taka słaba. Oglądałam w sieci zdjęcia słoneczne i aż mnie serce rozbolało;)
I od razu wiadomo, kto tutaj rządzi! Na pewno nie angielska królowa;)
Dwie małpeczki
Iskajmy się, kochajmy się ;)
Napis głosi, że w maju 1954 r stała tu Królowa Elżbieta wraz z mężem, księciem Edynburga i wspólnie podziwiali panoramę okolicy. My też, tylko z podziwianiem wyszło gorzej...
Ponownie na dole! Gibraltar nie okazał nam łaski, zmywamy się stąd! Najpierw jednak trzeba zajechać na lotnisko i oddać samochód do wypożyczalni.
Korki na Gibraltarze;) Centrum typowo brytyjskie. Taka mała Anglia w Andaluzji.


Byłabym szczęśliwa, gdybym w tym miejscu mogła zakończyć posta z Gibraltaru. Nie ma lekko. Gdy dojechaliśmy na lotnisko, znów się okazało, jak to potężne korporacje robią ludzi w konia. Samochód wypożyczyliśmy w Avisie i zdecydowanie nie polecamy. Dużo bardziej opłaciłoby nam się w małej, prywatnej firmie, jednak tym razem, z braku karty kredytowej, nie mieliśmy wyjścia. Mój Tata załatwił nam imienny, opłacony z góry voucher, który umożliwił wypożyczenie auta za okazaniem paszportu i prawa jazdy (to na pewno dobra opcja dla osób, które jeszcze taką kartą nie dysponują). Niestety, rozgromiła nas czarna 10-centymetrowa rysa na lusterku naszego białego polo, która przytrafiła się nam w Osunie, kiedy w wąskiej uliczce zahaczyliśmy o ścianę budynku. Teraz nas to bawi, ale kiedy w pani w Avisie poinformowała, że wyniesie nas to ok 200 euro, nie było nam do śmiechu. Okazało się, że nasze ubezpieczenie obejmuje szkody od 250 euro wzwyż, nie wykupiliśmy bowiem dodatkowego pakietu dziennego (który swoją drogą kosztowałby ok 20 euro za dzień, czyli w naszym przypadku wyszłoby na to samo). 

Wyglądało na to, że bardziej opłaciłoby nam się:
1) w ogóle się nie przyznawać, może by nie zauważyli (ale z nas dobroduszni naiwniacy!)
2) zamalować rysę lakierem do paznokci lub na własną rękę pojechać do mechanika  (zapewne wyszłoby dużo taniej)
3) zrzucić niewinnego volkswagena z gibraltarskiej skały, a wtedy może coś udałoby nam się ugrać z naszego rewelacyjnego ubezpieczenia "na prawie wszystkie wypadki". 

Najgorsza okazała się jednak postawa babki z Avisa, która zapomniała wspomnieć, że poniesiemy karę. Bo po co?! Bez słowa dała papiery do pokwitowania. Dopiero, kiedy już mieliśmy od stanowiska odchodzić, Maćka coś tknęło i zapytał wprost, czy nic nam za rysę nie grozi. Przecież to tylko ryska... I wtedy wyszło szydło z worka. Spytaliśmy czemu nam nie powiedziała, ale nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Tylko tyle, że nawet gdybyśmy nie wyrazili zgody na podpis, i tak musielibyśmy karę zapłacić. Warunki umowy. I wtedy właśnie uprzytomniliśmy sobie, że nawet nie mamy zdjęcia tej pseudo szkody, a samochód już zabrali na myjnię. Na poczekaniu wymyśliliśmy, że w aucie zostały Maćka okulary i że chcemy ich poszukać, po chwili auto znów podstawili i szybko cyknęliśmy fotkę. Kiedy facet zauważył, że robię zdjęcia, od razu poinformował naszą "szanowną" rozmówczynię, że ściemnialiśmy;) Koniec końców, zdjęcie to i tak nic by nam nie dało. Sami, jeszcze w Maladze, podpisaliśmy umowę, sami zahaczyliśmy lusterkiem i sami nie chcieliśmy dodatkowego ubezpieczenia. Czytaliśmy w sieci, że w małej wypożyczalni, uniknęlibyśmy takich sytuacji. Mają dużo korzystniejsze warunki umowy. Ale i tak nie mieliśmy wyjścia... 

Budynek lotniska opuściliśmy wściekli i sfrustrowani. Niezłe zakończenie tej naszej Hiszpanii. Czarny, angielski humor powiedziałabym nawet. Owczym pędem, z plecakami na ramionach, zmyliśmy się z trefnego Gibraltaru. Tuż za granicą w La Linea, złapaliśmy autobus do Algeciras, gdzie przesiedliśmy się w kolejny do Tarify. Wynośmy się, uciekajmy z tej cholernej Europy -myśleliśmy wtedy (ale byliśmy naprawdę źli;)). W rzeczywistości, z dużą melancholią wspominamy naszą cudowną wyprawę po Andaluzji i pewnie wspominać ją będziemy do końca naszych dni;) cdn

4 komentarze:

  1. Coż za historia!! nie wiadomo czy się śmiać czy płakać ! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie byliśmy pewni, ale ostatecznie postanowiliśmy to olać i cieszyć się zbliżającym się Marokiem :)

      Usuń
  2. Takie sytuacje, to nauczka na przyszłość. Teraz macie już doświadczenie:)A co do Gibraltaru,też mam mieszane uczucia(pogodę mieliśmy podobną),tylko te małpki dodają uroku. Super pierwsze zdjęcie ze zdziwioną małpką:))) Wyślij do Angory!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo nieprzyjemne doświadczenie, nikomu nie życzymy. Choć Gibraltaru nie wspominamy najlepiej, małpki podratowały sytuacje;) Odrobinę.

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz