wtorek, 14 listopada 2017

Transylwania. Burza nad wąwozem i poranek w kopalni soli

Trzy podwózki później znaleźliśmy się w bazie wypadowej wąwozu Cheile Turzi. Spodziewaliśmy się zastać tam camping, na którym mieliśmy zostawić rzeczy i pójść połazić po wąwozie.  Camping był owszem, ale nieodpłatny, co wiązało się z czystą samowolką i brakiem prysznica. Trzeba przyznać, że w kwestii organizacji turystyki Rumunii muszą się jeszcze sporo nauczyć. Zmarnowaniusiedliśmy na zadaszonym tarasie knajpy i zamówiliśmy zimną lemoniadę (w tym z kolei Rumunii przodują!;)). Co począć, myśleliśmy. Zaczęliśmy już nawet rozważać pozostawienie plecaków w krzakach, stwierdziliśmy jednak, że to zbyt duże ryzyko. No nic, przejdziemy, kanion z obciążeniem…  To tylko kilometr z kawałkiem w jedną  stronę, nie jesteśmy mięczakami...

Pomimo znacznego obciążenia, nierównej ścieżki i sporadycznych przeszkód w postaci mostków i podejść, wędrowało się całkiem przyjemnie.  Szliśmy wśród zieleni, nad nami dominowały wapienne urwiska. Powietrze zaczęło się kleić, nad naszymi głowami zbierały się ciemne chmury.  Zanosiło się na ulewę. Burza w wąwozie! Nie może być lepiej! Grzmiało i pachniało wilgocią. Było nieziemsko! Usiedliśmy nad potokiem ,oparliśmy się o skały, wyciągnęliśmy wino i czekaliśmy. 


W międzyczasie mijały nas grupki turystów, które z niemałym zdziwieniem przyglądały się naszym poczynaniom. Wszyscy przebierali nogami, byle tylko zdążyć przed deszczem. Na lekkim rauszu ruszyliśmy w przeciwną stronę, do samego serca wąwozu. Wreszcie zaczęło kropić, ale nie przejęliśmy się tym faktem. Przeczekaliśmy w jaskini, uradowani jak dzieci. Choć burza minęła, przyszło nam zmierzyć się ze śliskimi skałami. Bez barierek i lin wspomagających byłoby to chyba niemożliwe. Pokonaliśmy trasę w obie strony. Cholernie zmęczeni, głównie za sprawą wleczonych tobołków, które wbijały się w spalone słońcem ramiona, wróciliśmy do bazy i walnęliśmy się na ławce. Wąwóz zdobyty, misja zakończona sukcesem;)
Autostopem (ku naszej uciesze zabrało nas małżeństwo z Węgier) na dwa razy, po 20 minutach dotarliśmy się do miejscowości Mihail Viteazu. Już wcześniej udało nam się namierzyć camping z prysznicem (najważniejszy element obozowiska!), dla pewności zadzwoniliśmy nawet się dopytać. Faktycznie, trafiliśmy super. Przyjemna miejscówka (coś a la camping rodzinny) na terenie rozległego ogrodu gospodarzy, tuż przy ich domku,  wszystko elegancko ogrodzone,. Przesympatyczni ludzie, przyjęli nas niemal jak rodzinę! Wieczorem zostaliśmy poczęstowani kanapeczkami (z domowej roboty boczkiem i zakuską) oraz czujką (rumuńską śliwowicą), a także uraczeni ciekawymi opowieściami. Ludzie ci porzucili wygodne i dostatnie życie w Holandii i bez żalu wrócili na łono wytęsknionej Transylwanii. Rozumieliśmy ich. Emigracja nie wszystkim służy.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Transylwania. Odwiedziny u Szeklerów

Trzeba przyznać, że farta mieliśmy z tym spaniem na dziko. Gdzie nie trafiliśmy, witały nas wymarzone okoliczności przyrody! Nawet gdy przeciwności losu próbowały zmącić nasz spokój, w ostatecznym rozrachunku okazywało się, że lepiej trafić nie mogliśmy;)

I tak oto, gdy wieczór wcześniej dotarliśmy (opóźnionym i niemożliwie ślamazarnym pociągiem) z Alby do Aiud, a słońce ziewając machało do spania, wydawało się, że żadnej godnej miejscówki na sen już nie znajdziemy. Mało tego, chcieliśmy przed zachodem dotrzeć do Rimetei - Torocka i rozbić się gdzieś u stóp świętej góry Szeklerów... Akurat. W podróży najczęściej bywa tak, że wszelkie plany można sobie wsadzić... Z Turdy udało nam się złapać stopa jedynie do połowy drogi, później przeszliśmy jeszcze kilka kilometrów pieszo i ostatecznie wylądowaliśmy na przydrożnej łące. Całe szczęście mieliśmy ze sobą czołówkę, dzięki czemu namiot rozstawiliśmy szybko i sprawnie.


Wstaliśmy z widokiem, który sprawił, że opadły nam kopary. Góra przypominająca szczyty Pienin czy Dolomitów, otulona ciepłymi promieniami słońca, towarzyszyła nam przy śniadaniu i porannej toalecie - w pobliskim potoku. Nie mogliśmy oderwać od niej wzroku! Wreszcie, gdy namiot ociekł z porannej rosy, zebraliśmy się do drogi. I znów ruch na drodze sporadyczny, tak to już jest w tej Transylwanii, zwłaszcza poza głównymi szlakami. Po dłuższej chwili zatrzymali się starsi państwo i zabrali nas prosto do celu. Do Szeklerów.

Kim jest ów tajemniczy lud? No właśnie, tutaj nawet badacze zachodzą w głowę. Mówi się, że pochodzą od Wołochów, Turków, Hunów... Oni sami utożsamiają się z Węgrami. Jedna z wersji podaje, iż wywodzą się od madziarskich plemion, które żyły na tych ziemiach już w XII wieku. Po rozpadzie królestwa Habsburgów, Szeklerzy zaczęli identyfikować się z Węgrami.

piątek, 3 listopada 2017

Cytat na listopad

„Podróżowanie uczy skromności. Widzisz jak niewiele miejsca zajmujesz w świecie”

Gustave Flaubert

Jesień 2017

środa, 25 października 2017

Transylwania - przystanek w Alba Iulii

Na wylotówkę dojechaliśmy miejskim autobusem. Czekaliśmy w pełnym słońcu przy wjeździe na autostradę, łapiąc stopa i opaleniznę. Po niecałych 20 minutach zatrzymał się dostawczak, z którego wysiadł uśmiechnięty Rumun. Powiedział, że zabierze nas do samej Alba Iulii, ale  musimy zatrzymać się po drodze w Sebesz, gdzie miał do załatwienia interesy. Po standardowym wstępie i przedstawieniu naszych skromnych osób, okazało się, że nasz kierowca dużo lepiej niż angielskim posługuje się włoskim. Super! Jechaliśmy wśród pól, a Florin beztrosko "parlał" nam o swoim życiu rozwodnika, synu mieszkającym z ex żoną w Hiszpanii, pracy no i oczywiście o samej Rumunii. 

W końcu dotarliśmy na targowisko w Sebesz. Za namową Florina, postanowiliśmy rozprostować nogi i zrobić szybki obchód po straganach. Woleliśmy nie oddalać się jednak od środka transportu, w którym co by nie mówić, znajdował się nasz cały ruchomy dobytek. Zakupiliśmy owoce i warzywa i czekaliśmy, a Florina jak nie było tak nie było. Miał wrócić po 20 minutach, nie było go niemal godzinę. W końcu nadszedł a nam kamienie spadły z serca. Niepotrzebnie się niepokoiliśmy. Nasz towarzysz zagadał się ze znajomym a w ramach rekompensaty przyniósł nam domowej roboty mięsiwa - kabanosy i kiełbaski - pychota. 

Ruszyliśmy dalej, niestety już po chwili okazało się, że gdzieś na trasie do Alby zawaliła się droga i  utworzył się wielki korek. I pewnie jadąc z innym kierowcą zmarnowalibyśmy wiele cennych godzin, jednak Florin obiecał, że na to nie pozwoli. Wyjął CB radio, porozumiał się z innymi członkami ruchu, zamaszyście zakręcił i znów mknęliśmy wąską drogą przez wioski i pola słoneczników. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, trasa okazała się niezwykle malownicza. Po godzinie wysiadaliśmy na dworcu w Albie, żegnając i grzecznie dziękując naszemu towarzyszowi. Zostawiliśmy tobołki w przechowalni, po czym skierowaliśmy się do cytadeli.


I teraz ważne pytanie - czy warto odwiedzić Albę Iulię? Jeśli jesteście miłośnikami historii, owszem. Jej korzenie pochodzą jeszcze z czasów rzymskich, kiedy legioniści założyli tu swój obóz Apulum. Później naprzemiennie panowali tu Tatarzy, Węgrzy i Turcy. Wizytę w Alba Iulii można tez śmiało odpuścić. Fakt, to kolebka rumuńskiego patriotyzmu, pełna symboli, pomników i znaczących budowli. To tutaj zaczęła tworzyć się rumuńska tożsamość. Tutaj, w 1918r po Pierwszej Wojnie Światowej uchwalono przyłączenie Transylwanii do Rumunii (na jakiej podstawie podjęto tę decyzję, pojąć nie potrafimy - to z pewnością jakaś polityczna zagrywka - przecież znacznie więcej czasu władali na tych ziemiach Węgrzy...). Bezsprzecznym atutem miasta są niższe ceny, nastawione na rumuńskich patriotów - pielgrzymów. Niestety, na dłuższą metę może znużyć.

czwartek, 19 października 2017

Transylwania - z Biertanu przez Mediaș do Sybinu

Prosto z Biertanu udaliśmy się do Mediasz. Stopa łapaliśmy dłużej ale trudno łapać, kiedy praktycznie nic przez wioskę nie jedzie;) W końcu zabrał nas młody chłopak, który co prawda po angielsku nie mówił, słuchał za to niesamowicie klimatycznej muzyki. Żegnając się z nim nie wytrzymałam i zapytałam o nazwę zespołu. Manele - odpowiedział, wzruszając ramionami.

Po powrocie do Polski sprawdziłam i okazało się, że jest to gatunek muzyczny popularny w Rumunii oraz krajach ościennych. Treścią przypominający nasze disco polo, w rytmach jednak znacznie bardziej orientalny, cygański... No zakochałam się! Przemierzając Transylwanię stopem i nieśmiało podrygując do skocznego Manele czułam się we właściwym czasie i miejscu.

Dotarliśmy do Mediasz i zrobiliśmy rundkę po mieście. Usiedliśmy na zimne piwo i lemoniadę (bardzo zresztą w Rumunii popularną, niemal w każdej knajpie się nią delektowałam!) żeby podładować baterie od aparatu i telefonu, a przy okazji złapać jakieś wifi. Wreszcie ruszyliśmy w stronę wylotówki i kiedy tylko wystawiliśmy kciuki, zatrzymał się naburmuszony dziadek. Fakt, zabrał nas wprost do Sybiu i do dziś nie mogę pojąć, dlaczego się na to zdecydował. Przez całą drogę milczał, dając nam odczuć, iż nie jesteśmy w jego aucie mile widziani. Dziwak.

 Przystanek w Mediasz
 Przekraczamy bramę i wkraczamy do zamku miejskiego (castelul). To tutaj, w XVI wieku, w obecności polskich posłów Stefan Batory zaprzysiągł pacta conventa i tym samym zasiadł na polskim tronie, tworząc unię z Transylwanią.
 Kolorowe kamieniczki
Nad starówką dominuje wieża kościoła św. Małgorzaty z XV/XVI w

poniedziałek, 9 października 2017

Transylwania - Biertan i podróż w czasie

Poranek w Biertanie należał do tych idealnych... Spanie na dziko jest moim zdaniem znacznie bardziej energetyzujące, niż spanie w łóżku. Świeże powietrze i odgłosy natury koją wszelkie stresy, pozwalają wkroczyć w tę najgłębszą fazę snu. Człowiek budzi się zrelaksowany, z uśmiechem na ustach, a przede wszystkim budzi się wcześniej. Kiedy wyszliśmy z namiotu, resztki porannej mgły wciąż unosiły się nad doliną. Słońce oświetlało wieżyczki warownego kościoła a miasteczko pomału budziło się do życia. Przygotowaliśmy prowizoryczne śniadanko (w formie pikniku), wyciągnęliśmy ­­­­­opróżnioną już do połowy butelkę wina i w tak idyllicznych okolicznościach przyrody siedzieliśmy, obserwując miasteczko z góry i nasłuchując. 



I znów, jak wieczorem, psy prześcigały się w szczekaniu, a owady w bzyczeniu. Wilgotna trawa łaskotała nas po nogach. Pachniało łąką, krowami i latem. Gdzieś z oddali dobiegał nas śmiech cieszących się wakacjami dzieciaków. Warkot samochodów praktycznie nie zakłócał naszej sielanki. Umilało je za to muczenie krów, pianie kogutów, dzwonki wędrującego nieopodal stada owiec oraz stukot wozów konnych. I znów ogarnęło nas to osobliwe, budzące sentymenty uczucie. Ponownie cofnęliśmy się w czasie. Dzisiejsza Rumunia wielokrotnie przypominała nam „kraj lat dziecinnych”. Czasy, kiedy w każdej wolnej chwili biegało się po podwórku... 

sobota, 7 października 2017

Cytat na październik

"Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? – Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień"

George Bernard Shaw

Jesień w zamku Johnstown, Irlandia 2015

wtorek, 26 września 2017

Transylwania - Bajkowa Sighisoara

Do Sighisoary (czyt. Sigiszoary) dojechaliśmy późnym wieczorem z nastawieniem, że rozbijać się będziemy po omacku. No, może aż tak tragicznie nie było. Maciek wynalazł camping, znajdujący się nieopodal torów. Niezmiernie ucieszyła mnie wizja prawdziwej łazienki z ciepłą wodą. Z pociągu wysiedliśmy jako jedyni, przez co niemal zwątpiłam, czy dobry cel obraliśmy (czy ktoś tu kurczę poza nami w ogóle przyjeżdża?!). Co więcej, szybko okazało się, że owszem, camping widać już z dworca, tyle że droga do niego wije się stromo pod górę. Niby jedyne 3 km, a jednak wspinaczka z plecakami przez ciemny las (miałam tylko nadzieję, że nie spotkamy jakiegoś wygłodniałego karpackiego niedźwiedzia) dała mi (Maciek nigdy nie narzeka) nieźle w kość. Na szczęście, następnego ranka widok z campingowej kawiarni wynagrodził wszelkie trudy!


Przygotowując się do wyjazdu, niemal na każdym blogu czytałam, że Sighisoara to perełka wśród siedmiogrodzkich miast. Faktycznie, coś w tym jest! Szybko trafiła do naszego transylwańskiego TOP 3. Oczywiście Braszów i Sybin też przypadły nam do gustu, jednak trzeba przyznać, że Sighisoara wręcz rozkochuje w sobie przyjezdnych. W Segieszowie (polska wersja nazwy) wciąż można poczuć wyjątkowy urok średniowiecznego miasteczka (wiecie, takiego otoczonego starymi murami miejskimi, z reprezentacyjną bramą wjazdową zwieńczoną wieżą zegarową, z klasztorem na wzgórzu, ratuszem, cichymi placykami), mówi się, że jednego z lepiej zachowanych w Europie.

czwartek, 14 września 2017

Transylwania - odwiedzamy Prejmer i Braszów

Pierwsza noc w namiocie za nami. Raczej bezstresowa, choć ze dwa razy obudził mnie warkot przejeżdżającego polną drogą samochodu. Miałam tylko nadzieję, że nasz maciupki przenośny domek jest widoczny z oddali. Wstaliśmy  wcześnie, wsunęliśmy resztki z kolacji i w towarzystwie pasących się nieopodal owiec, zapakowaliśmy resztę tobołków. Leniwym spacerem udaliśmy się do centrum mieściny Prejmer, podziwiając po drodze urokliwą zabudowę miasteczka (spuściznę po żyjących tu dawniej Węgrach) oraz  wszechobecne rodziny bocianów (po 3 sztuki na gniazdo, rodzice + potomek) stojących dumnie w swych wakacyjnych domostwach (przecież powszechnie wiadomo, że większość z nich pochodzi z Polski a do Rumunii przyleciały jedynie na urlop – swoją drogą nieźle się prowadzą te bociany – dopiero co w październiku widzieliśmy je w Maroku!).


Usiedliśmy w knajpce na głównym placu miasteczka, zamówiłam kawę, Maciek piwo (co tam, że ósma rano, w końcu to nasze wakacje) i przez dłuższą chwilę obserwowaliśmy mieszkańców (oni zesztą też się nam przypatrywali). Kawa okropna, piwo - sikacz, dla nas jednak najbardziej liczyła się ubikacja;) Po sprawnej toalecie z umywalką usytuowaną - pechowo - w korytarzu, znów byliśmy zwarci i gotowi.  Mieliśmy farta, kasjerka z kościoła warownego okazała nam wyrozumiałość i na czas zwiedzania, pozwoliła przechować plecaki w swym kantorku. Wiedziała co robi - malutkie izby, w których niegdyś, podczas oblężeń chowali się okoliczni mieszkańcy, ciężko zwiedzałoby się z naszymi bambetlami na plecach. A uwierzcie, takiej budowli nie sposób zignorować!

niedziela, 3 września 2017

Cytat na wrzesień

"Kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na Ziemi wolnego od wspólnych wspomnień"
Ernest Hemingway


2 września 2017 r - początek całkiem nowej podróży:)

PS Teraz już tylko odliczamy do miesiąca miodowego... ^^

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Transylwania - autotopem do zamków Bran i Rasznow

Jeszcze wieczór wcześniej, a dokładniej w pociągu do Braszowa, postanowiliśmy przenocować w hostelu The Rolling Stone - noc zapowiadali deszczową, nie chcieliśmy zaczynać przygód od rozbijania się po ciemku, no i ta kusząca  wizja porannego prysznica po 20 godzinach spędzonych w drodze... Pierwszy poranek, jaki przywitał nas w Transylwanii był szary, a jednak zwiastował jakąś rześką aurę. To właśnie w niedzielę odetchnęliśmy pełną piersią. Wakacje. Wolność. Wyprawa w okolice Braszowa. Ogarnęliśmy się możliwie jak najprędzej, plecaki zostawiliśmy w przechowalni na dworcu (znów 10zł od bagażu za dobę), zakupiliśmy prowiant i już staliśmy na wylotówce w stronę Zamku Bran, z kartonem w ręku i kciukiem wystawionym w górę. Jak kiedyś!;)


Zbyt długo nie postaliśmy. Kilka minut uśmiechania się do mijających nas samochodów i znów mknęliśmy przed siebie. Trafiliśmy na całkiem sensownego kierowcę, który przez 30km opowiadał nam ciekawostki o regionie i kraju. Podwiózł nas pod samą warownię, która jak się szybko okazało, do kameralnych nie należała. Wokół niewielkiej, upiększonej wieżyczkami i basztami twierdzy, roiło się aż od turystów, straganów i pensjonatów (przypominających te z naszych polskich Karkonoszy). Wokół nas malownicze Karpaty, lokalne domki też niczego sobie. Ale nie. W takim hałasie i tłumie zwiedzać nie będziemy. Postanowiliśmy poszukać miejscówki "z widokiem" i właśnie tam wypić nasze pierwsze na tej wycieczce i jakże zasłużone wino, w które wcześniej nie omieszkaliśmy się zaopatrzyć;) Idąc podzamczem, zauważyliśmy biały krzyż, ustawiony samotnie na wzgórzu po drugiej stronie potoku. Nagle cel wydał się oczywisty. Szybka wspinaczka, mała zadyszka i już siedzieliśmy, niemal jak na tronie z widokiem na XIV - wieczny zamek domniemanego Draculi;)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Pierwszy dzień w Rumunii. Bukareszt

Z racji połączenia lotniczego, zwiedzanie Rumunii rozpoczęliśmy od stolicy. Stolicy, która niestety w ostatnim stuleciu wiele wycierpiała (trzęsienia ziemi, II wojna światowa oraz szaleństwa architektoniczne komunisty Ceauşescu), przez co nie rzuca na kolana swoich gości, a poznawanie jej nieoczywistych uroków wymaga od przyjezdnych dużych pokładów cierpliwości.


Postanowiliśmy dać jej szansę i na piechotę zeszliśmy sporą część centrum oraz garść uliczek starego miasta, którym jakimś cudem udało się przetrwać. W trakcie spaceru napatoczyło się nawet kilka urokliwych zakątków i secesyjnych kamienic, jednak w ogólnym rozrachunku, czegoś nam zabrakło. Bukareszt sprawiał wrażenie miasta chaotycznego. W dodatku, na każdym kroku napotykaliśmy maszkarony architektury radzieckiej. Teraz rozumiemy, dlaczego Węgrzy tak strasznie denerwują się, kiedy ich reprezentacyjny i pełen elegancji Budapeszt zostaje pomylony z (nie daj Boże!) niezgrabnym Bukaresztem. Do pociągu w stronę Braszowa zapakowaliśmy się z niemałą ulgą. Stwierdziliśmy, że miasto nie zachęciło nas, by wrócić do niego w przyszłości.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Cytat na sierpień

"Jesteśmy w środku Transylwanii, to jest Rumunia, tu można spodziewać się wszystkiego i mieć wszystko, czego się zapragnie."  

Michał Kruszona, Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła

Nasz nocleg na dziko w okolicy Rimetei, Rumunia

poniedziałek, 31 lipca 2017

Garść ciekawostek z Rumunii

Mija właśnie tydzień, jak wróciliśmy z wyprawy po Transylwanii. Niełatwo było zaaklimatyzować się na powrót w szczecińskiej rzeczywistości, ale proszę - oto jestem i zaczynam pisać! Zaległości mam potężne, a ostatnimi czasy, coraz trudniej siadać mi do kompa po ośmiu godzinach spędzonych przy biurku w pracy. Trochę zajmie nim nadrobię zaległości.

Rumunia bardzo pozytywnie nas zaskoczyła (może dlatego, że tyle tam pamiątek po Węgrach, których tak lubimy?;)) i muszę przyznać, dawno tak nie odpoczęliśmy (z własnej woli nie wzięłam żadnego z telefonów i z czystą świadomością odcięłam się od codzienności, swoją drogą każdemu polecam taki detox). Z wielkim sentymentem wspominamy autostopowe przygody, spanie na dziko w bajkowych sceneriach, wszechobecne Karpaty, średniowieczne miasteczka, urokliwe zamczyska, uśmiechniętych ludzi, smaczne jedzonko i ichniejszą, sielską rzeczywistość. Co zabawne, osoby postronne i znajomi bardzo się dziwili, kiedy pytali dokąd jedziemy lub skąd wracamy:

"Gdzie byliście!? W Rumunii?! A co tam jest ciekawego do oglądania!?"

Cudowna Sighisoara
No jak to co?! Mnóstwo (jak w każdym innym kraju) - odpowiadaliśmy i odpowiadamy po dziś dzień. Znalazłam cytat, że ludzie dzielą się na tych, którzy Rumunię kochają i na tych, którzy nigdy w niej nie byli. Sporo w tym prawdy. My i tak objechaliśmy ledwie jej fragment, zostawiając za plecami przełom Dunaju, Góry Maramuresz i Bukowinę... Wrócimy w przyszłości. Póki co, proponuję Wam garść ogólnych ciekawostek i naszych spostrzeżeń z Rumunii:)

sobota, 1 lipca 2017

Cytat na lipiec

"Nie odkładaj marzeń, odkładaj na marzenia!"
ktokolwiek rzekł te słowa, wiedział co mówi;)

Jezioro Ciche, Brodnicki Park Krajobrazowy

PS A już za 10 dni kolejna wyprawa! Przebieram nogami;)

wtorek, 27 czerwca 2017

Ekspresowy wypad na Dolny Śląsk, czyli majówka 2017

Bardzo chcieliśmy się gdzieś wyrwać w tym roku na majówkę, pogoda zaś upierdliwie postanowiła pokrzyżować nam szyki. Zresztą nie tylko nam, chyba większości Polakom. Wyszła z tego dziwaczna wyprawa, która trwała, zaledwie 48 godzin, z czego około 18 spędziliśmy w pociągach. Wyruszyliśmy wcześnie rano w sobotę i wróciliśmy w nocy, z niedzieli na poniedziałek. W gruncie rzeczy wszystko się udało, po prostu z przyczyn niezależnych, wypad skróciliśmy do minimum. Ale może zacznę od początku...


Późnym sobotnim popołudniem, po dwóch przesiadkach i wielu godzinach czytania w trzech różnych pociągach (już nawet ta część wyprawy była niezwykle przyjemna), dotarliśmy do Świebodzic Śląskich. W przydrożnym Tesco zaopatrzyliśmy się w szeroko pojęty prowiant i ruszyliśmy w kierunku Książańskiego Parku Krajobrazowego.  

Chcieliśmy:
1. Spędzić noc w Książańskim Parku Krajobrazowym
2. Nie dać się złapać ani ukarać
3. Przetrwać i nie zamarznąć
4. Napić się piwka Książ z widokiem na Zamek Książ
5. Odwiedzić któryś z Kościołów Pokoju

To, co wydawałoby się banalne, okazało się wyzwaniem. Nie zdążyliśmy jeszcze rozbić namiotu, a już zaczęło padać. W nocy temperatura spadła do zera. Jakimś cudem zasnęłam. Śnił mi się barwny orszak królewski, który wraz z całą świtą i strażą Książańskiego Parku Krajobrazowego, odkrył naszą nielegalną miejscówkę i przymaszerował, by w imieniu Boga, Honoru i Ojczyzny, zgarnąć nas do aresztu. A co tam. Koło 5:00 obudził nas głośny świergot ptaków. Nie chciało nam się dłużej spać. Podziwiając wschód słońca nad zamkiem Książ, wsunęliśmy po mielonce turystycznej z chlebem (podskakując przy tym z zimna jak jakieś dziwolągi), zapakowaliśmy wilgotne manatki i rozpoczęliśmy poranny trekking Wąwozem Rzeki Pełcznicy (rezerwat przyrody Przełomy pod Książem koło Wałbrzycha). 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Maroko - moje TOP 5

Pomyślałam sobie, że zanim ostatecznie pożegnamy się na blogu z Marokiem, napiszę jeszcze jednego posta. Chciałabym przedstawić Wam swoje subiektywne TOP 5 marokańskich destynacji, które absolutnie podbiły nasze serca! Odwiedzając je, macie szansę poczuć kwintesencję tego niezwykle barwnego, egzotycznego kraju. Ja się zakochałam i pragnę prędko wrócić, by odkryć jego południowo-wschodnie kresy, a wówczas, być może, zaktualizuję poniższą listę...

1. Medyna Fezu, w której czuliśmy się, niczym na planie filmu z czasów Chrystusa. Tyle, że wszystko było autentyczne. Po prostu rzeczywistość do dziś tak tam wygląda. Wąskie, pokręcone niczym skorupa ślimaka uliczki, sklepiki z rękodziełem i pamiątkami, widokowe kawiarenki na dachach, specyficzne zapachy dolatujące z garbarni, okrzyki mieszkańców, śmiech dzieciaków, nawoływanie muezina, gdakanie kur, jeden wielki rozgardiasz. Atmosferę tę zdecydowanie warto poczuć na własnej skórze!


2. Odwiedziny w Kazbie Amridil to było coś absolutnie nieoczekiwanego w naszej podróży. I może właśnie dlatego z taką przyjemnością wspominamy nasz 7-kilometrowy trekking przez daktylowo-palmową Oazę Skoura. Tutaj, na prowincji, poznaliśmy zupełnie inną twarz Maroka. Prawie, jakbyśmy przenieśli się do saharyjskiej części mojej ukochanej powieści "W pustyni i w puszczy", kiedy Staś i Nel wędrowali przez Egipt i Sudan...


3. Ksar Ait Bin Haddou i Studio Filmowe Atlas - z jednej strony tradycyjna gliniana architektura saharyjska, z drugiej plenery znanych hollywoodzkich produkcji. Spełnienie marzeń!

Ksar Ait Bin Haddou
Studio Filmowe Atlas

 4. Słyszę Essaouira i myślami natychmiast przenoszę się do nad-oceanicznego miasteczka. Idę przez medynę o pastelowych kolorach, słyszę szum fal, zgiełk portu i krzyki mew. Stojąc na jednej z wież twierdzy Mogadoru, czuję delikatny powiew wiatru i słony zapach Atlantyku. Przypatruję się rybakom, pochłoniętych pracą na błękitnych łodziach. Delektuję się opieszałą aurą wietrznego miasta, zajadając ze smakiem świeże ostrygi.


5. Rabat, czyli niedoceniana przez przyjezdnych stolica marokańskiego królestwa. Miasto, w którym nowoczesność miesza się z tradycjami. Zauważyliśmy, że tylko część mieszkanek Rabatu zasłania głowy chustami. Odwiedziliśmy kameralną medynę, w której nie spotkaliśmy żadnych turystów. Najbardziej zachwyciła nas jednak, położona na cyplu, kazba Al-Udaja.


piątek, 16 czerwca 2017

Marokańczycy, których spotkaliśmy w drodze...

Dzisiaj zapraszam Was do galerii barwnych kadrów, z mieszkańcami Maroka w roli głównej:)

 Chefchouen
 Wnuczka swojego dziadka
Dziadkowe dysputy przy herbatce
Mieszkaniec Chefchouen w tradycyjnym stroju
W przerwie między modlitwami
Rodzinny spacer po medynie
Fez
Rzemieślnik z Fezu
Gorzki los pracownika garbarni
U bram medyny
Zakupy i ploteczki
Zaduma w meczecie
Zgiełk w uliczkach Fezu
 Podglądając mieszkańców z góry
 Mąż i jego żony
Zbawienny cień
Sprzedawca lokalnych słodkości

Meknes
Męskie sprawy
Zaciekawiona
Połowy na placu
 Rabat
 Zakochani w Rabcie
Elegancki rybak ze stolicy
Strażnik tajemnic muazoleum
 W turkusach jej do twarzy

Marrakesz
Tradycyjni nosiwodowie
W pośpiechu
"Witajcie w Marrakeszu!"
"Z drogi śledzie!"
Poszanowanie tradycji
Essaouira
Zamyślona dama
Sprzedawca ostryg
Chwila spokoju
W pracy

Zaprzyjaźniony sprzedawca soku z trzciny cukrowej
 Sklepikarz z Essaouiry
 Budowniczowie kutrów
W poszukiwaniu złotej rybki
 Chyba jakaś większa ryba...
 Męski świat
Kumple na śmierć i życie
 Handlarz dywanów
 Marokańska rodzinka
 Na plecach u mamy przez świat
W garkuchni najsmaczniej
Owoce morza
Dzieciaki znad oceanu
Rybacy z Essaouiry
 Cisza przed burzą?
W oczekiwaniu na zachód słońca
Handlarz oliwek (najlepszych, jakie kiedykolwiek jedliśmy)
Machid, z którym wybraliśmy się na miętową herbatkę
 Sielsko i błogo
 Mewka znad Atlantyku

Ouarzazate i okolice
Przewodnik Studia Filmowego Atlas
Koleżanki z Ait Bin Haddou
W drodze do meczetu
Przyjaciółki o zachodzie słońca
Busem z miejscowymi
Idąc przez oazę
Powrót ze szkoły