niedziela, 14 sierpnia 2016

Park narodowy Laem Son. Niebo na Ziemi. A my w nim;)

Trafiliśmy do raju. Tak się poczułam, gdy późnym popołudniem wyszłam na werandę naszego domku i spojrzałam na Morze Andamańskie (po niemal dobie w podróży i poszukiwaniach tego jedynego bungalowa, ucięliśmy sobie zasłużoną drzemkę). Tak, to bez wątpienia Niebo na Ziemi. Przed moimi oczami roztaczał się widok jak z folderu - nieco kiczowatego ale wciąż urzekającego - cichy szum fal, pomarańczowe promienie zachodzącego słońca i kilka osób spacerujących nad brzegiem. Choć w rzeczywistości okazał się nawet lepszy! Lepszy, bo prawdziwy. Znacie to uczucie, gdy spełnia się Wasze marzenie? Podobne do motyli w brzuchu tuż przed ważną randką;) Sen na jawie, który okazuje się rzeczywistością, a Ty podskakujesz jak dziecko przed wigilią. I właśnie w podskokach pobiegłam obudzić Maćka, żeby przypadkiem nie przegapił pierwszego zachodu słońca:)


Od początku wiedzieliśmy, że nasz ostatni tydzień podróży chcemy przeznaczyć na porządny odpoczynek. Wybraliśmy malutką tajską wyspę, o której dowiedziałam się od ciotki, i której współrzędnych geograficznych nakazano mi strzec, choćby mnie żywcem palili. Żartuję;) Kto był, skojarzy ze zdjęć lub dostał pocztówkę - super. Ale tutaj nazwy nie napiszę, obiecałam i już. Dlaczego? Bo coraz mniej takich kameralnych małych rajów, do których turystyka masowa jeszcze nie dotarła. Należy je chronić, by nie zostały zamienione w bestialskie kurorty! Zresztą, jeśli lubicie szaleć i imprezować, zanudzilibyście się na śmierć. Tu wszyscy chodzą wcześnie spać;)

W każdym razie, znaleźliśmy się w zasięgu parku narodowego Laem Son, słynącego z mangrowców, dzioborożców i orzeszków nerkowca. Zatoka w północno-zachodniej części wyspy stała się naszą ostoją. Moglibyśmy jej nie opuszczać, jednak czasem nachodziła nas ochota na spacer lub niezastąpiony tajski masaż;) Ze trzy razy wybraliśmy się też do miasteczka (dwie uliczki na krzyż), które stanowiło stolicę wyspy. Szło się około 20 minut, jedyną główną drogą o szerokości 2 metrów.
Ktoś pomyśli: ale nuda! Nieee. Właśnie tego potrzebowaliśmy po 6 tygodniach zwiedzania;)

Dziś nastawcie się raczej na tropikalne widoczki niż wartość merytoryczną posta;)
Nasza trasa: George Town, Malezja - Ranong, Tajlandia (ponad 700km). Kilkanaście godzin w pociągu (ze spaniem) do Chumphon, a potem jeszcze z 4h autobusem do Ranong.
Nasza hacjenda, tuż przy plaży:)
Pierwszy wieczór na wyspie - tuż po sjeście
I premierowy zachód słońca. Ciężko się nie zakochać!
Już zaraz zniknie..
 Współlokato Stefan;)
Bardzo leniwy poranek... Widok z werandy
Podczas tygodnia na wyspie, przyjęliśmy całkiem nową taktykę. Dość szybko chodziliśmy spać, ale i budziliśmy się wcześnie. Jak na nas. Jakoś miedzy 7 a 8 rano;)
Delektując się...
Plaża, dzika plaża:)
Już pierwszego dnia przykuły naszą uwagę. Z początku myśleliśmy, że to jakaś lokalna odmiana tukanów. Okazało się jednak, że to Dzioborożce - bardzo przyjazne stworzonka!
Latały wszędzie i nie mogliśmy oderwać od nich wzroku!
W drodze do miasteczka
Mijamy buddyjską świątynię
 Centrum miasteczka;)
Kilka knajpek, parę sklepików i kantor;)
Znów u siebie;) Jak mi brakuje tego widoku...
Mango sticky rice - soczyste mango i kleisty ryż w mleczku kokosowym
Idziemy odkryć północną plażę
Nie może być lepiej... Może?
Nasza ulubiona knajpka - tam jadaliśmy większość posiłków. Sympatyczna, niemal rodzinna atmosfera (po 2 dniach kojarzyliśmy już wszystkich i witaliśmy się ze stałymi bywalcami).
Arbuzika? Nieee. Kolega wolał mięsko;)
Czekając na zachód słońca
Kurczak Matsaman w sosie curry z mleczkiem kokosowym
Zachód słońca nad Morzem Andamańskim
Dla niektórych kiczowata pocztówka, dla mnie cudowne wspomnienie:)
W odwiedzinach na nowej plaży
Zagadka: cóż to za owoc? Już podpowiadam: to żaden owoc! Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób rosną orzeszki nerkowca? To te małe odstające dzyndzle. Reszta nie nadaje się do spożycia i poniewiera się po całej wyspie, fermentując specyficznym zapaszkiem...
A oto jak się je suszy, zanim trafią do torebki - tuż przy drodze
Palmowy wachlarz
Kolejnego dnia wypożyczyliśmy kajak i popłynęliśmy do końca naszej zatoki obejrzeć lasy namorzynowe. Znajduje się tam malutka wioseczka z rdzennymi mieszkańcami wyspy, jednak podobno teraz jest już mniej autentyczna i trochę skomercjalizowana.
Łodzie mieszkańców wioski
Przystanek wśród mangrowców
W powrotnej drodze trafiliśmy na wielką płyciznę...
i postanowiliśmy wysiąść z kajaka (te morskie są strasznie niewygodne)
Co jeszcze można robić na wyspie? Odpoczywać w kawiarence;)
Lub w hamaku - w cieniu naszej werandy;)
Podczas gdy inne psiaki leżały leniwie w cieniu drzew, ten tutaj, codziennie zażywał długiej kąpieli w morzu:) Co jakiś czas zabawnie podskakiwał, starając się dorwać jakąś rybę;)
Aj, cóż to była za niebiańska plaża...
Z wody nie chciało się wychodzić..
Ktoś ma ochotę na drzemkę?
Obiadek w naszej ulubionej knajpce
Idealna miejscówka do kontemplacji
Ostatni wieczór na wyspie
Jeszcze jedno spojrzenie na wyspę - tydzień minął zbyt szybko!
Czekając na motorówkę, która zabierze nas na ląd..
 Droga powrotna z Singapuru do Bangkoku - koniec trasy.

Uroczyście i z niemałym smutkiem zawiadamiam, iż był to ostatni post z naszej podróży po Azji Południowo-Wschodniej. Pobyt na wyspie okazał się wisienką na torcie i pozwolił nam naładować baterię przed powrotem do Irlandii. Już niebawem podsumowanie i kosztorys wyprawy. Zaglądajcie koniecznie!

6 komentarzy:

  1. Cudownie! Szczerze podziwiam przepiękne widoki i myślę, ze to idealny, zasłużony odpoczynek:)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Werciu :* Każdy, choć raz w życiu powinien się wybrać do raju!:)

      Usuń
  2. Nie ma to jak w raju...

    OdpowiedzUsuń
  3. A muszelki z tej wyspy dyndają na naszym drzewku w ogrodzie przypominając mi w ten chłodny pochmurny dzień,że gdzieś za morzami jest raj na ziemi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może niedługo też zdecydujecie się go odwiedzić? ;)

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz