wtorek, 5 lipca 2016

Singapur, czyli o tym, jak porwała nas nowoczesność...

Jak będziecie w Azji, musicie koniecznie zobaczyć Singapur! - powiedział Ojciec przed naszym wyjazdem. No tośmy pojechali;) I choć z początku podchodziliśmy do  tej destynacji sceptycznie, nie zawiedliśmy się!  Nowoczesne miasta nigdy nas specjalnie nie interesowały. Wszystko zmieniło się w Singapurze (teraz marzą mi się Dubaj i Hong Kong.). Na miejscu czekała nas ogromna niespodzianka! Co za  metropolia! Co za klasa! Co za architektura! Wszystko przemyślane. Żadnych przypadkowych inwestycji. Nowoczesne innowacje przeplatające się z podrównikową roślinnością. Tak, jakby ktoś przeniósł Wiszące Ogrody Babilonu do czasów współczesnych! Do tego iluminacje świetlne jak z Avatara w Gardens by the Bay, ogromny tygiel kulturowy - liczący ponad 5 mln ludzi i surowe prawo, dzięki któremu wszystko trzyma się kupy...A całość powstała w 50 lat!


Budzik zadzwonił wcześnie rano w naszym ulubionym guesthousie w Bangkoku. Miejskim autobusem dotarliśmy na lotnisko Don Muang. Lot liniami Air Asia (40 euro za os.) trwał nieco ponad dwie godziny (to w końcu 1800 km!) i niemal cały przespaliśmy. Zmęczenie dawało się już ostro we znaki! Na lotnisku Changi przywitała nas ogromna duchota i raczej pochmurna pogoda. Wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy do dzielnicy Małe Indie, gdzie znajdował się nasz hostel Footprints. Na tamtą chwilę, była to najtańsza z opcji do spania:

hostel wyjątkowo zarezerwowaliśmy sobie wcześniej, kosztował nas 13 euro za osobę za noc w 10-osobowym pokoju. Nie tak źle, prawda?;) Warunki bardzo przyzwoite, polecam! Co zabawne, był to nasz najdroższy nocleg na całej trasie;) Zostawiliśmy plecaki i z burczącymi brzuchami pobiegliśmy na lunch. No a później w miasto! W tym poście zobaczycie zdjęcia wyłącznie z dziennych spacerów po Singapurze, na nocne przyjdzie jeszcze czas;)

Nasza trasa: Bangkok-Singapur (ok 2h lotu)
 Lądujemy w Singapurze - właśnie tak mgliście i szaro było!
 Na lotnisku Changi można odpocząć na leżaku wśród zieleni;)
 Oto jak dumnie promuje się Singapur: Najlepszy model miasta przyszłości, Leśne Miasto lub też Państwo-Ogród z widokiem na Pacyfik:) Hasła te wcale nie mijają się z prawdą!
Pierwszy lunch: kaczka z ryżem i inne pyszności. Oczywiście, w Singapurze było nieco drożej niż w dotychczas odwiedzonych przez nas państwach Azji Południowo-Wschodniej. Za zupę płaciliśmy średnio 5 singapurskich dolarów (ok 3,5euro), za danie z mięsem 2-4 dolary więcej. Wystarczy jeść w tzw. foodcourtach (stołówkach), spać w hostelowym dormitorium lub na couchsurfingu i unikać wyspy Sentosa, a przetrwacie tu spokojnie kilka dni bez bankructwa - zdradzam przepis na niskobudżetowy Singapur;)
Zaczęliśmy od spaceru po Małych Indiach
Nie brakowało tam sklepów z kostiumami sari, kolorów i zapachów!
Na ulicach niemal sami Hindusi. Co ciekawe, kilka przecznic dalej zaczyna się dzielnica arabska i tam już całkiem inne klimaty. Niesamowite, jak to wszystko w Singapurze się łączy ze sobą.
To właśnie tam po raz pierwszy w życiu mieliśmy okazję zajrzeć do Hinduskiej Świątyni...
 Modlitwy i hinduskie obrządki
Stragan z kwiatami, które Hindusi składają w świątyniach jako ofiarę
Tymczasem, wchodzimy do dzielnicy arabskiej...
Popołudniowa herbatka;)
Meczet Sułtana, zwany bijącym sercem Muzułmanów
Napisy w 4 językach: angielskim, chińskim, malajskim i hinduskim.
Singapur słynie z ZAKAZÓW;) Prawo singapurskie różni się od prawa polskiego tym, że jest sprawiedliwe i egzekwowane. Kary zaś są niezwykle surowe - występuje tu grzywna pieniężna, więzienie, kara chłosty oraz kara śmierci. Przy drugim największym porcie świata to w zasadzie konieczność (co by się tam działo, gdyby mafia przejęła kontrolę?). Biada szmuglerom i dilerom. Kilka lat temu, niemieccy turyści zostali ukarani więzieniem i chłostą za wandalizm, a o tym tutaj.
Następnego dnia udaliśmy się do parku Mount Faber (I to właśnie tam po raz pierwszy zauważyłam węża! Nie w Laosie, nie w Kambodży tylko w sercu Singapuru. Ok, był też wąż w Wietnamie, ale płynął w fosie cytadeli w Hue, a to co innego, niż wąż pełzający!)
Żeby nie było, na wstępie do parku również zakazy;)
Co ciekawe, złapał nas tutaj ciepły, zenitalny deszczyk. Popadało jakieś 15 minut. W końcu znajdowaliśmy się już tylko 140km od równika, gdzie panuje wybitnie wilgotny klimat! 
Widok na singapurski Manhattan
 Dżungla w środku dżungli (miejskiej) - a wszystko tak pachniało!
 Na horyzoncie wyspa Sentosa, na którą dojechać można m.in kolejką linową. Polacy, których spotkaliśmy wieczór wcześniej w marinie, opowiadali, że trzeba mieć luźny tysiąc dolarów, żeby na wyspie poużywać;) Znajdują się tam m.in tematyczne parki rozrywek, wystawy, pokazy, musicale, Podwodny Świat.
 panorama Singapuru
 Orchidea - kwiat narodowy
 Babilon przyszłości;)
Wracamy do centrum podziwiając niebywałą architekturę. Po drodze mijamy też szpital, który wydawał się spełniać wszelkie marzenia, jakie na temat szpitali można by mieć;)
Docieramy do Chinatown, gdzie wciąż wiszą ozdoby po chińskim nowym roku. Wszędzie małpie akcenty! Nic dziwnego - miesiąc wcześniej, będąc w Laosie, wkroczyliśmy w Rok Małpy;)
Ale najpierw obiad w foodcourcie, a jakżeby inaczej;)
Przeszliśmy się wzdłuż wszystkich stoisk i tradycyjnie padło na zupy;) Kuchnia jest tu równie różnorodna, jak mniejszości narodowe.
 Przepyszna i pożywna - z nudlami, pierożkami won ton i tofu.
Rzadkie zestawienie - malutkie kamieniczki w chińskiej dzielny a tuż za nimi olbrzymie drapacze chmur. Taki właśnie jest Singapur - zaskakuje na każdym kroku! Przy czym wielkością ledwo dorównuje Warszawie.
Po lewej chińska pagoda, tuż za nią dzielnica mieszkalno-biznesowa
Dalej wędrujemy przez Chinatown
 Stara herbaciarnia w chińskim stylu
 Podałam już sposoby na tanie spanie i jedzenie w Singapurze, teraz czas na pamiątki. Wszędzie są  podobne (również jakościowo) ale najtańsze znajdziecie właśnie na targowisku w Chinatown.
 Żegnamy dzielnicę chińską i ruszamy w stronę Mariny
Zadzierając głowy wysoko do góry, podziwiamy niespotykane rozwiązania architektoniczne i przedzieramy się przez tutejsze downtown. A wszędzie czyściutko. Mucha nie siada!
Gdyby nie brak żółtych taksówek, można by pomyśleć, że to NYC;)
To, co najbardziej nam się podobało - wylewająca się z fikuśnych tarasów zieleń! Na każdym balkonie jakieś roślinki!
Merlion (Singa oznacza lwa,  Pura zaś rybę = singapura ) stanowi symbol państwa (wrzucam grafikę, bo akurat posiadam tylko nocne zdjęcie fontanny Merliona, które zobaczycie w następnym poście). źródło https://pl.pinterest.com/pin/74098356341679040/
Spacerujemy po Clarks Quay, historycznym bulwarze nadrzecznym, który jest obecnie najlepszą czyt. najdroższą i  najmodniejszą miejscówką na zakupy, drinka czy kolację. 
Nad rzeką o nazwie Singapur;) - już mogli inaczej ją nazwać...
Pierwszego wieczoru, wydawało się nam, że Singapur jest nieco wyludniony - niewiele osób i samochodów na ulicach. Prawdopodobnie siedzieli w pracy;) Oni wiedzą, że na sukces trzeba ciężko harować a nie brać zasiłki. Dopiero kolejnego wieczoru miasto okazało się bardziej żwawe. Mieszkańcy wyszli na ulicę - odpoczywali nad rzeką, spacerowali z rodzinami, czy też biegali na świeżym powietrzu (a to nie łatwe w tak przeraźliwą duchotę - przy niej klimat Bangkoku to pikuś)
 Spojrzenie na Clarks Quay z oddali
Wkraczamy do Marina Bay...
...a naszym oczom ukazuje się luksusowy hotel Marina Bay Sands. Na jego dachu znajduje się słynny basen Infinity Pool, z którego rozciąga się niewiarygodny widok na zabudowę miasta!
 O właśnie taki...;) Niestety, na basen wstęp mają wyłącznie hotelowi goście. Nam było dane jedynie (bezpłatnie dla wszystkich) popatrzeć na miasto z tarasu widokowego, z czego i tak się mocno ucieszyliśmy - oczywiście taras i basen są od siebie odgrodzone i ściśle kontrolowane. źródło http://www.nationalgeographic.fr/6441-comment-mieux-gerer-lexpansion-rapide-de-lurbanisation/
W następnym poście nocne - znacznie bardziej ekscytujące - spacery po Singapurze i niezapomniany spektakl świetlny w ogrodach przyszłości. Prawda jest taka, że to niewielkie państewko, dużo efektowniej prezentuje się właśnie po zachodzie słońca. Sami zobaczycie!

4 komentarze:

  1. Mogę tylko powiedzieć:zachwycające,cudowne miejsce!Piszę to jako osoba nielubiąca nowoczesnych klimatów-a jednak..! Singapur mnie oczarował i zmieniam swoje nastawienie- od tej chwili jestem fanką tego niesamowitego,wręcz bajkowego miejsca !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pakuje się i jadę na ten basen!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lecę z Tobą! Do zobaczenia w Infinity Pool! :D

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz