niedziela, 31 lipca 2016

Nie dla nas Wyspa Penang... Żegnamy Malezję


Drugiego dnia na Wyspie Penang wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Parku Narodowego Taman Negara Pulau Pinang. Postanowiliśmy zrobić krótki trekking do Plaży Małp - tam odpocząć, poplażować i wrócić z powrotem przez dżunglę (w sumie półgodzinnym marszem). Niestety, okazało się, że słynna (teoretycznie chroniona przez park) plaża jest w fatalnym stanie. Śmieci tyle, że nie było gdzie usiąść. Do tego brudna woda. Zmyliśmy się natychmiast. Nie tylko my zresztą - osoby, które spotkaliśmy po drodze również wydawały się zniesmaczone. Wyszliśmy z parku i poszliśmy szukać innego, czystego kąpieliska, co wbrew pozorom okazało się trudne!

piątek, 29 lipca 2016

Żywe murale z George Town

Krainy Herbaty udaliśmy się już prosto do miasteczka George Town, położonego w Cieśninie Malakka na Wyspie Penang, nieopodal lądu. Z racji tego, że w Internecie naczytałam się samych ochów i achów o tej kolonialnej mieścinie, z góry założyliśmy, że zostaniemy tam trzy pełne dni (już wcześniej wykupiliśmy miejscówki na późniejszy pociąg do Tajlandii, przez co sami się zablokowaliśmy, nie mogąc skrócić naszego pobytu w George Town). Przygotowując się przed wyjazdem merytorycznie, prześledziłam mnóstwo relacji z podróży po Malezji i niemal wszyscy, którzy tam zawitali, wychwalali Wyspę Penang pod niebiosa. My, osobiście mamy sporo zastrzeżeń...


Tymczasem skupmy się na samym George Town. Dla osób, które nie były w Luang Prabang w Laosie czy Hoi An w Wietnamie, miasteczko to wydać się może spełnieniem snów. Kolonialna zabudowa - pamiątka po Brytyjczykach, urozmaicona kuchnia (niektórzy uważają, że to raj dla podniebienia), street art w postaci dwuwymiarowych, niemal żywych murali i kilka zabytkowych, drewnianych molo zwanych jetty. Nie bez powodu, stara część miasta w 2008 roku została wpisana na Listę UNESCO. Z pewnością warto choć raz w życiu tu przyjechać i bez pośpiechu się powałęsać.

piątek, 22 lipca 2016

Wśród herbacianych wzgórz

Z Kuala Lumpur wyjechaliśmy wczesnym rankiem, kierując się na północny-wschód w stronę miasteczka Tanah Rata. W planach mieliśmy spacer wśród herbacianych wzgórz oraz herbatkę na plantacji BOH. Niestety, zaledwie po godzinie drogi, nasz autobus się zepsuł. A w zasadzie to posłuszeństwa odmówiła klimatyzacja (podobno), na co kierowca wszystkim podziękował i kazał opuścić pojazd (Była to nasza pierwsza awaria w Azji, w dodatku za dnia. Całkiem nieźle jak na setki kilometrów, które pokonaliśmy w Laosie, Wietnamie czy Kambodży). Jakimś cudem stało się to nie gdzieś po środku drogi, lecz na parkingu z toaletami, tuż przy stacji benzynowej. Po 2 godzinach oczekiwania, zamiast nowego środka transportu, podjechał mechanik i w 5 minut naprawił domniemaną szkodę. Osobiście uważamy, że naszemu kierowcy zachciało się przerwy w pracy, w związku z czym podkoloryzował sytuację i wymusił odpoczynek na zatłoczonym parkingu. Naprawdę, tak to wyglądało. Z pewnością sam potrafiłby naprawić tą klimę (jeśli w ogóle się popsuła) ale wybrał dwie godziny nicnierobienia w cieniu naszego autokaru. W ten sposób uziemił nas wszystkich... Witamy w Malezji. Ale i tak mogło być gorzej...


Później jechaliśmy już tylko wśród pięknych gór pokrytych dżunglą. Mimo wielu wąskich zakrętów (trasa piękna widokowo jednak nieciekawa dla osób cierpiących na chorobę lokomocyjną), nasz "pracowity" kierowca pragnął chyba jak najszybciej odbębnić swoje i ukończyć dzień pracy. W Tanah Rata szybciutko znaleźliśmy nocleg (hotel nazywał się bodajże Natasha) i poszliśmy na obiad. Znów zamówiliśmy różności do podziału:) Następnie ustawiliśmy się na krańcu miasteczka i zaczęliśmy łapać stopa. Po 10 minutach zabrały nas trzy muzułmańskie studentki...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Przystanek w Kuala Lumpur

Do stolicy Malezji dotarliśmy dopiero następnego popołudnia. Od początku nie zamierzaliśmy zbyt długo w niej zabawić, teraz jednak został nam już tylko jeden wieczór. W dodatku zaczęło lać. I to jak! Przywitała nas burza z piorunami. Zakwaterowaliśmy się w hostelu i ruszyliśmy w miasto. W strugach deszczu, wielkimi susami podbiegliśmy do najbliższej knajpy. Znaleźliśmy się w państwie, którego kuchnia podlega arabskim i hinduskim wpływom. I choć nie narzekałam we wcześniejszych krajach, bo kocham zarówno ryż jak i zupy, nagle okazało, że mamy tyle do wyboru! Usiedliśmy i nie mogliśmy się zdecydować;) W końcu, zamówiliśmy kilka hinduskich potraw w ciemno, do podziału. Do tego przepyszną mrożoną herbatę domowej roboty, gdyż piwo w Malezji (w Singapurze też) drogie jak cholera - najwyraźniej czekał nas tydzień zdrowej abstynencji;)

poniedziałek, 11 lipca 2016

W krainie czarów, czyli nocne wędrówki po Singapurze

Okazuje się, że istnieje takie miasto, które w nocy prezentuje się jeszcze wspanialej, niż za dnia. Dla nas takim okazał się Singapur. Już w dzień zachwycał nas na każdym kroku, jednak uwiódł nas dopiero po zachodzie słońca. Choć zmęczeni już trochę dziennym zwiedzaniem (wychodziliśmy rano i wracaliśmy późno w nocy), wieczorami spacerowaliśmy dalej, ile sił w nogach i nie mogliśmy się napatrzeć. Jeszcze tu, jeszcze tam. A na koniec koniecznie tam! Oczarowywały nas nowoczesne rozwiązania architektoniczne, które z wdziękiem harmonizowały z ciekawymi iluminacjami świetlnymi... Bo jeśli most, to tylko taki, który będzie przypominał model łańcucha DNA. Jeśli Muzeum Sztuki i Nauki, to z pewnością w kształcie kielicha kwiatu. Jeśli ogrody, to tylko te z futurystycznymi palmami. Nie dało się przejść obok nich obojętnie... Choć pociliśmy się strasznie, w dodatku w trybie całodobowym, muszę przyznać, że nawet to gorące, czyste i pachnące tropikalną roślinnością powietrze pasowało nam do idei Singapuru. Tak jakby i ono, zostało już wcześniej zaprojektowane i dopasowane do całości;)


Jeśli będziecie mieć kiedykolwiek możliwość zobaczenia Singapuru na własne oczy, nie wahajcie się. Jeśli wolicie naturę, plażę i palmy, ale będziecie w okolicy - nie dajcie się namawiać. Jeśli nadarzy się okazja choćby na jednodniowy stopover w Singapurze, wykorzystajcie tę szansę. To miasto/państwo inne niż wszystkie. Takich rozwiązań nie ma, i jeszcze długo nie będzie w Europie. Choć Singapurczycy to młody naród z króciutką historią, wyprzedzają nas, Europejczyków nie tylko pionierskimi budowlami, ale i dojrzałą świadomością w myśleniu o gospodarce, sądownictwie czy polityce. Moglibyśmy śmiało brać z nich przykład, lecz pewnie sporo czasu jeszcze upłynie, zanim zmieni się podejście i mentalność w naszym kręgu kulturowym. Tymczasem, zapraszam Was na nocny spacer po metropolii, w której czułam się chwilami, podobnie jak Alicja w krainie czarów;)

wtorek, 5 lipca 2016

Singapur, czyli o tym, jak porwała nas nowoczesność...

Jak będziecie w Azji, musicie koniecznie zobaczyć Singapur! - powiedział Ojciec przed naszym wyjazdem. No tośmy pojechali;) I choć z początku podchodziliśmy do  tej destynacji sceptycznie, nie zawiedliśmy się!  Nowoczesne miasta nigdy nas specjalnie nie interesowały. Wszystko zmieniło się w Singapurze (teraz marzą mi się Dubaj i Hong Kong.). Na miejscu czekała nas ogromna niespodzianka! Co za  metropolia! Co za klasa! Co za architektura! Wszystko przemyślane. Żadnych przypadkowych inwestycji. Nowoczesne innowacje przeplatające się z podrównikową roślinnością. Tak, jakby ktoś przeniósł Wiszące Ogrody Babilonu do czasów współczesnych! Do tego iluminacje świetlne jak z Avatara w Gardens by the Bay, ogromny tygiel kulturowy - liczący ponad 5 mln ludzi i surowe prawo, dzięki któremu wszystko trzyma się kupy...A całość powstała w 50 lat!


Budzik zadzwonił wcześnie rano w naszym ulubionym guesthousie w Bangkoku. Miejskim autobusem dotarliśmy na lotnisko Don Muang. Lot liniami Air Asia (40 euro za os.) trwał nieco ponad dwie godziny (to w końcu 1800 km!) i niemal cały przespaliśmy. Zmęczenie dawało się już ostro we znaki! Na lotnisku Changi przywitała nas ogromna duchota i raczej pochmurna pogoda. Wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy do dzielnicy Małe Indie, gdzie znajdował się nasz hostel Footprints. Na tamtą chwilę, była to najtańsza z opcji do spania:

piątek, 1 lipca 2016

Cytat na lipiec

„Daj dziewczynie odpowiednie buty, a podbije Świat.”
Marilyn Monroe

 Kompleks świątynny Angkoru, Kambodża