sobota, 14 maja 2016

Blask lampionów w Hoi An

Ciężko się oprzeć wdziękowi miasteczka Hoi An, znajdującego się w środkowym Wietnamie. To obowiązkowy przystanek wszystkich podróżników, podczas przemierzania kraju z północy na południe lub na odwrót. Trudno się dziwić! Spacerowanie po unikatowej starówce, składającej się na stare kupieckie domy z XVI wieku (ich fasady są żółte, okiennice zielone a wnętrza drewniane) oraz wąskie uliczki, za każdym razem sprawiało mi mnóstwo przyjemności! A jeśli dodać do tego blask kolorowych lampionów po zachodzie słońca, lokalne specjały kulinarne, pobliską plażę i fakt, że owe stare miasto oraz okoliczne ruiny My Son uratował, nikt inny, jak Polak!? Od początku wiedziałam, że musimy zatrzymać się tam na dłuższą chwilę, przynajmniej trzy dni! Tak też zrobiliśmy, po raz kolejny dając się ponieść wakacyjnej aurze...


Będąc w Hoi An, człowiek nieustannie ma ochotę przysiadać w niezliczonych knajpkach. Wśród starych kamieniczek, poukrywanych jest kilka, które można zwiedzać (wewnątrz mieszczą się malutkie muzea, domy rzemiosła i kultury, świątynie, pagody). I choć na starówkę obowiązuje bilet wstępu, opłata za 3 dni upajania się jej pięknem, wydaje się naprawdę symboliczna (około 4-5euro za osobę). Bilety sprawdzane są wyrywkowo, przez tajniaków;) Na upartego, wystarczy udać, że szuka się biletu w kieszeni, a oni nie wnikają i puszczają dalej - bez biletu nie wejdziecie jednak do sześciu historycznych obiektów, które wejściówka owa obejmuje. Kto czyta bloga regularnie wie, że jestem przeciwna wysokim opłatom za wstępy. Uważam jednak że kilka euro za trzy dni to nie wiele, w rozwijających się krajach Azji tym bardziej. Kupując bilet pomyślcie za to z  uśmiechem (i dumą) o Kazimierzu Kwiatkowskim, polskim konserwatorze zabytków, który powstrzymał władze miasta przed wyburzeniem starych budynków pod nowe osiedla mieszkalne:)


Choć miasteczko może wydać się niepozorne, posiada nietuzinkową historię i wielokulturowe tradycje. Powstało jeszcze za czasów Królestwa Champa, w IV wieku naszej ery, a wraz z jego rozwojem, stawało się coraz atrakcyjniejszą przystanią. Już wtedy zatrzymywało się tu wiele kupieckich statków. Z uwagi na swój, coraz bardziej liczący się w regionie port, w XVI w Hoi An zaczęło przyciągać handlarzy z różnych stron świata. Kupcy przybywali z Chin, Japonii, Syjamu, Indii, Portugalii, Holandii, Anglii oraz Francji. Wielu z nich w Hoi An osiadło i zostawiło po sobie architektoniczne ślady, które dziś możemy podziwiać, wałęsając się po mieścinie:)

Nasza lokalizacja - środkowy Wietnam
Nasza trasa: Hue - Hoi An (130km, ok 4h autobusem)
 Plan miasteczka Hoi An - obeszliśmy całe i to po kilka razy. Mieszkaliśmy 10 minut na północ od starówki (o wiele taniej). Pierwsze dwie noce spędziliśmy w hotelu Vinh Huy, trzecią w  hotelu obok, zaraz po lewej (w pokoju bez okien;)). Do dyspozycji mieliśmy baseny, z których nie skorzystaliśmy. Żadnego z nich jakoś szczególnie nie polecam, traktowaliśmy je wyłącznie jako miejsca do spania;)
Jedna z głównych ulic Hoi An
Nasz pierwszy wieczór nad rzeką Thu Bon
Od 1999 roku Hoi An znajduje się na Liście UNESCO
Jak zwykle, oddalamy się od turystycznego zgiełku
W ten sposób docieramy na klimatyczne targowisko (trzeba coś zjeść, a czytałam w sieci, że to właśnie tam jest najsmaczniej;))
 Specjalność miasteczka: Cao lầu, czyli rodzaj makaronu z wieprzowiną i zieleniną, w ciekawym sosie, tutaj posypany prażynkami
 Inne smakowitości na targu
 Przepyszne tofu!
 Banh Bao Vac, czyli białe pierożki, nadziewane (np. mięsem lub krewetkami) w kształcie róży - zjecie je tylko w Hoi An!
 Wiekowe okiennice:)
Pijemy piwko (tanie jak barszcz) i przyglądamy się ludziom...
Wewnątrz Muzeum Folkloru można przekonać się, jak wyglądało niegdyś życie ludzi w Hoi An
 Widok na rzekę
 muzealne patio
Co ciekawe, wieczorem z ulicznych głośników leciała muzyka!
Naprawdę, w Hoi An ciężko się nie zakochać! Było to drugie po Luang Prabang, najbardziej urokliwe miasteczko na naszej trasie. Z wielką chęcią kiedyś tam wrócę...
Zapada zmierzch...
Japoński Most z XVIII w (choć jego prototyp zbudowano w wieku XVI!) to zdecydowanie symbol Hoi An. Urokliwy, choć zatłoczony - osobiście wolałam uliczki i miejscowy targ;) Ufundowali go japońscy kupcy w czasach, gdy miasteczko stanowiło ważny port na Morskim Szlaku Jedwabnym. W jego wnętrzu kryje się niewielka świątynia buddyjska, przez co wyróżnia się on w skali światowej. Co ciekawe, mostek połączył dwie istniejące wówczas dzielnice: chińską i japońską.
Słońce zachodzi, a my udajemy się na kolację...
 Pierwsza kolacja - mięsko i owoce morza z grilla, pychotka!
 Co ciekawe, wszystko musieliśmy usmażyć sami, cała zabawa na tym polegała;)
Gdy tylko się ściemni, Hoi An zamienia się w krainę ze snów...
  Blask lampionów nadaje miejscu magiczny, niepowtarzalny klimat!
Co więcej, Hoi An słynie także z innych tradycji. Swoje zakłady ma tu wielu krawców i szewców (dziś niestety wszystko zostało skomercjalizowane i tylko kilka wytwórni może poszczycić się jakością swoich wyrobów; kosztują oczywiście odpowiednio więcej)
 Można tu zamówić dosłownie wszystko;)
 Spacerujemy nad rzeką, a zakochane pary puszczają lampiony na wodę...
 Hoi An nocą
Jeden z wielu sklepików z lampionami
Następnego dnia znów idziemy na targowisko:)
Tam życie płynie zwyczajnie, jak dawniej
Azjaci modlący się w jednej z buddyjskich świątyń
Nad rzeką za dnia
Pomnik Kazimierza Kwiatkowskiego w Hoi An :) Przypominam, że Kazik Odnowiciel przewodził także pracom konserwatorskim przy cytadeli w Huế oraz świątyniach My Son!
Znów się wałęsamy
 Za dnia jest równie urzekające jak i po zmierzchu
Widok na miasteczko z jednego z muzeów
(właśnie dlatego warto do któregoś wejść!)
Znając nas, jeszcze kiedyś odwiedzimy tę mieścinkę;)
 Na pożegnanie idziemy do kawiarenki na kawałek ciasta (ja wzięłam jogurtowo - marakujowe i nie pożałowałam)! Do tego mrożona kawka!

Tego wieczoru wsiedliśmy w autobus do pobliskiego miasta Da Nang, skąd mieliśmy samolot do Sajgonu. Zdążyliśmy jeszcze przyjrzeć się nowoczesnym mostom i paradzie żaglowców;)
 wieczorne Da Nang
Smoczy Most w Da Nang
 W drodze na lotnisko, nie obyło się bez fotki z napotkaną grupką przemiłych Azjatów. Sami nas zatrzymali i trochę sobie pogadaliśmy:)

4 komentarze:

  1. To miejsce jest po prostu cudowne!!! Kolorystyka starówki,klimat uliczek,bijący spokój i wschodny luzik miasteczka, przyprawiony polskim akcentem-tam koniecznie trzeba pojechać! Idealne miejsce na romantyczny wypad we dwoje..

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowite miejsce czas zatrzymał się tam setki lat temu, architektura i kolory uluczek powalają na kolana. Nastrój tam panujący jest nie do opisania .Miejsce do którego z przyjemnością wrócił bym również ,lecz na dłużej; -)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w zupełności!:) Dziękuję za komentarz:)

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz