czwartek, 1 grudnia 2016

Cytat na grudzień

"Nie bój się jutra! Niech jutro obawia się Ciebie!"
autor nieznany

Laos, okolice Luang Prabang

środa, 16 listopada 2016

Road trip po Andaluzji. Odwiedziny w Sewilli

Kiedy późnym wieczorem dotarliśmy do Sewilli, Ela z Manuelem i Rajsą (ich uroczą, roczną psinką) już na nas czekali. Nie widzieliśmy się od 2 lat, trzeba więc było się nagadać;) Spać oczywiście poszliśmy późno. Przez te wszystkie, mniej lub bardziej, oczekiwane spotkania i nadrabianie zaległości, stało się to standardem w czasie tej wyprawy;)


Następnego dnia, ruszyliśmy na eksplorację andaluzyjskiej stolicy. Z racji tego, że to czwarte, co do wielkości miasto Hiszpanii, postanowiliśmy zatrzymać się w Sewilli na trzy dni i stąd też zrobić mały wypad do Kadyksu. Z mieszkania naszych gospodarzy do słynnej katedry i centrum historycznego szło się jakieś 20 minut spacerkiem, który potraktowaliśmy jako świetną rozgrzewkę. W przypadkowym barze usiedliśmy na śniadanko - lokalne tosty, smaczna kawa i świeży sok z pomarańczy miały nas wzmocnić na najbliższe godziny. Ela obiecała, że

niedziela, 13 listopada 2016

Road trip po Andaluzji. Kameralnie w Kordobie

Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Z rana podjechaliśmy po Asię, która, jak już wcześniej wspominałam, postanowiła wybrać się z nami (taka okazja mogłaby się już nigdy nie powtórzyć!). Z niemałym smutkiem pożegnaliśmy w duchu Grenadę i obraliśmy kierunek na Kordobę.


Po raz kolejny zdecydowaliśmy się na mniej obleganą - widokową trasę z zamieram zatrzymania się po drodze w jakimś miłym miasteczku:) Ostatecznie zrobiliśmy nawet dwa przystanki - pierwszy w Alcala la Real z fortecą na wzgórzu, drugi w Baenie, gdzie napiliśmy się kawy.

środa, 9 listopada 2016

Road trip po Andaluzji. Daj się uwieść Grenadzie!

Następny dzień zapowiadał się jeszcze bardziej obiecująco. Przede wszystkim, rano obudziło nas słońce, które zasadziło nam po motywującym kopniaku w nasze, lubiące pospać zadki. Spakowaliśmy manatki, pożegnaliśmy Malagę i skierowaliśmy się na północny-wschód. Żeby nie tracić czasu, zapadła decyzja, że śniadanie upolujemy gdzieś po drodze.


Już sama jazda samochodem sprawiała nam dużo frajdy. Zrezygnowaliśmy nawet z autostrady. Droga wiła się wśród wzgórz i dolin rzecznych. Co kilkanaście kilometrów mijaliśmy białe, znane jedynie miejscowym mieścinki, a w radio leciały klimatyczne hiszpańskie przeboje:) W pogodnych nastrojach dojechaliśmy do celu.

Mówi się, że "kto nie widział Grenady, ten nic nie widział". Czy to nie przesada, myślałam?

poniedziałek, 7 listopada 2016

Road trip po Andaluzji. Startujemy z Malagi

Po czterech miesiącach intensywnej pracy sezonowej, doszliśmy do wniosku, że należy się nam porządny odpoczynek, a najlepiej jakaś przygoda. Bez większego namysłu, kupiliśmy bilet w jedną stronę do Malagi. Niech żyje spontan! Jedziemy zwiedzać Andaluzję i niech się dzieje co chce! Kiedy i jak wrócimy? Wyjdzie w praniu. Po raz pierwszy, zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu. Stwierdziliśmy, że w ten sposób zobaczymy znacznie więcej. W dodatku, dostaliśmy zaproszenie od koleżanki Eli- szczecinianki, która od niedawna na stałe mieszka w Sewilli:) Mimo, że do ostatniej chwili wahaliśmy się co do kolejności zwiedzania atrakcji, wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Pozostało zakupić przewodnik i przygotować się merytorycznie;)


Malaga przywitała nas wilgotną, ciepłą mżawką. Na szczęście, samochód na lotnisku wydano nam od ręki, dzięki specjalnemu voucherowi, załatwionemu wcześniej przez znajomą (nie posiadamy karty kredytowej, a karta płatnicza w przypadku wypożyczania auta nie załatwia sprawy). Poczułam ulgę, bo martwiłam się, czy opcja ta zadziała. Załadowaliśmy plecaki do bagażnika białego Polo, ustawiliśmy nawigację na pensjonat Calle Molino i pełni optymizmu ruszyliśmy ku nowym przygodom:) Znów doznaliśmy tego nieopisanego uczucia wolności. Brak daty powrotnej

wtorek, 1 listopada 2016

Cytat na listopad

"Gdy raz połknie się podróżniczego bakcyla, nie ma antidotum. Wiem, że będę szczęśliwie zainfekowany do końca moich dni." 
Michael Palin

jesienny Szczecin

środa, 12 października 2016

Nad pięknym modrym Dunajem . . .

Kolejne dni spędziliśmy z Anną i Gergely'em w Budapeszcie (z małym wypadem do Szentendre - miasteczka artystów). Naprzemiennie (wzięli trochę wolnego na nasz przyjazd, co było szalenie miłe, dziękujemy!:)) oprowadzali nas po stolicy, opowiadając ciekawostki i zabierając do knajpek z niedrogimi, smacznymi potrawami. Szczegóły gastronomiczne na samym dole;)


Dość szybko zrozumiałam, że pięć lat wcześniej, podczas studenckich ćwiczeń terenowych w stolicy Węgier, zwiedziliśmy naprawdę niewiele. Dopiero tym razem, z pomocą naszych drogich gospodarzy, mieliśmy szansę na dokładne poznanie i polubienie miasta. To zupełnie coś innego, niż kilkugodzinny maraton po głównych zabytkach (okropność, dziś bym tego nie zniosła!). Naprawdę, po węgierskim tygodniu w towarzystwie Anny i Gergely'a, nie chciało nam się opuszczać kraju naszych Bratanków! No i zaczął mi się marzyć Budapeszt w zimowej scenerii...;)


środa, 5 października 2016

Odwiedziny na Węgrzech

Zaproszenie na Węgry (od przyjaciół z Erasmusa) mieliśmy już od dawna, jednak wiecznie coś stawało nam na przeszkodzie i nie dawało zapuścić się w tamte strony. Na szczęście, wpadaliśmy na pomysł, by z Włoch do Polski wracać przez kraj naszych Bratanków - oczywiście z odpowiednio długim przystankiem!;) Z Anną nie widzieliśmy się już od 2 lat (od jej wizyty u nas w Polsce) i wprost nie mogłam doczekać się spotkania! Nadszedł czas na rewizytę;)


Jak się nietrudno domyślić, nasz pobyt na Węgrzech obfitował w długie rozmowy, częste degustacje (przepysznych, acz ciężkich) narodowych potraw oraz systematyczne (i wielokrotnie powtarzane) kieliszki palinki - a to przed, a to po posiłku. No i oczywiście zwiedzanie. Zwiedzania zabraknąć nie mogło, zwłaszcza, że mieliśmy do dyspozycji dwóch miejscowych przewodników;) Oboje spisali się na medal:)

sobota, 1 października 2016

Cytat na październik


"Turyści nie wiedzą gdzie byli, podróżnicy nie wiedzą gdzie będą"
Paul Theroux 

Miasteczko Szentendre, Węgry

PS To tak a propos kolejnego wyjazdu, który nawet dla nas samych wciąż pozostaje zagadką...

środa, 21 września 2016

Widokówki z Wenecji

Pobyt we Włoszech rozpoczęliśmy od 3 dni w Wenecji. Bo czemu by nie?;) Tyle już razy zwiedzaliśmy Bolonię, że tym razem kupiliśmy lot do Treviso. Jak to stwierdził Maciek: No w sumie Wenecję wypadałoby zobaczyć, zanim już całkiem zatonie;)

Tylko gdzie spać, by wyszło niedrogo!?


Zaczęło się szperanie w sieci, aż w końcu znaleźliśmy rozwiązanie - Camping Jolly! Chyba najtańsze możliwe noclegi, jeśli chodzi o Wenecję. Zakwaterowanie w namiocie (takim zamykanym na klucz, z 3 łóżkami w środku) wyniosło nas 7,5 euro za osobę za noc! Warunki, jak za tę cenę, fantastyczne - czysta pościel, łazienki z prysznicami, pralnia, możliwość przechowania bagażu w szafkach lub na recepcji (najlepiej weźcie swoją kłódkę), basen z leżakami oraz sklepik i bar na terenie campingu. Za dodatkową opłatą (jakieś 3 euro w 1 stronę), busiki, które zabiorą Was do laguny - kursują kilka razy dziennie, ostatni raz ok 18:00 (dlatego, najczęściej wracaliśmy jednak zwykłym autobusem miejskim). Baliśmy się trochę o chłód w ciągu nocy, ale trafiliśmy na ciepłe majowe dni. Gdyby ktoś chciał spać tu w innych porach roku niż lato, polecam zabrać śpiwór lub wybrać domki campingowe - mogą być nieco droższe. Camping Jolly polecamy!

poniedziałek, 12 września 2016

Kilka słów o tym, jak pożegnaliśmy Irlandię . . .

Azja nas rozpieściła. Już po kilku dniach od przylotu z Bangkoku, tęskniliśmy za jej ciepłem i smacznym jedzeniem. Na Zielonej Wyspie czuliśmy się coraz bardziej nieswojo. Mimo to, po miesiącu od wakacji, zapakowaliśmy manatki i zgodnie z planem, pojechaliśmy do Galway. Zaczęliśmy szukać pracy, mieszkania. Wciąż jednak coś nie grało. Patrzyliśmy na siebie jakimś dziwnym wzrokiem... Niepewnym krokiem, wyszliśmy na przeciw Melancholii.

Czy na pewno tego chcemy?  

poniedziałek, 5 września 2016

Azja od kuchni

Mówi się, że do Azji można jeździć dla samej kuchni. Fakt. To prawdziwy raj dla smakoszy! Sama, będąc życiowym głodomorem, czułam się w Azji jak ryba w wodzie. Na każdym kroku tyle pyszności, a wszystko niedrogie i bardzo zdrowe (codzienne zwiedzanie w połączeniu z azjatyckimi posiłkami zaowocowało grupowym zrzuceniem paru kilo)! Podobnie jak miejscowi oraz większość przyjezdnych, żywiliśmy się na ulicy w ruchomych garkuchniach. Tu się nie ma czego bać. Żadne z nas niczym się nie zatruło (choć podobno niektórzy przechodzą na początku krótkie zatrucie pokarmowe, co wynika ze zmiany diety z europejskiej na azjatycką). Wystarczy, że będziecie jadać tam, gdzie siedzi wielu miejscowych - to gwarancja jakości i reklama sama w sobie!

piątek, 2 września 2016

Mieszkańcy Azji, których spotkaliśmy w drodze

Uśmiechnięci, pokojowo nastawieni, serdeczni, pomocni, ciekawscy, wierzący, skromni... Podczas podróży po Azji Południowo-Wschodniej, spotkani w drodze mieszkańcy, na każdym kroku pozytywnie nas zaskakiwali. Mamy z nimi jedynie miłe wspomnienia. Ani razu nie wydarzyło się nic niepokojącego. Żadnych przykrych, czy też niebezpiecznych sytuacji. Ani razu się nie zawiedliśmy! To ludzie, których już zawsze wspominać będę z uśmiechem na ustach i jeśli wrócę w tamte strony, to między innymi dla nich:)

czwartek, 1 września 2016

Cytat na wrzesień

"Musimy szczęściu bardzo pomagać, aby chciało żyć razem z nami - wtedy będzie naszym wiernym przyjacielem i nie zawiedzie nas w żadnym okresie. Bo szczęście to nie dar boży, to siła przebicia każdego człowieka, zrodzona z jego chęci i ciekawości życia. Z jego wysiłku. Jeżeli człowiek naprawdę czegoś chce, to na pewno to osiągnie."
Tony Halik
Ferrara, Włochy

środa, 31 sierpnia 2016

Strach przed podróżą

Ludzie myślą, że jak ktoś dużo podróżuje, to niczego się nie boi. Och, jakżebym chciała być taka odważna! Gdybyście wiedzieli, jak przerażające myśli kotłują mi się w głowie przed każdą wyprawą...  Zastanawiałam się nad tym ostatnio i wygląda na to, że boję się absolutnie wszystkiego...

środa, 17 sierpnia 2016

Spełnione marzenie o Azji - podsumowanie wyprawy

O podróży tej marzyłam od wielu lat. Już od dzieciństwa, bardziej ciągnęło mnie na Wschód, niż na Zachód (co nie oznacza jednak, że i o tym drugim kierunku nie marzę:)). Pomysł pojawił się spontanicznie w marcu ubiegłego roku. Siedziałam znudzona w pracy i fantazjowałam o dalekich zakątkach świata (zdarza mi się to notorycznie), aż nagle przyszła myśl:  

Czas wyrwać się gdzieś dalej, poza Europę! Najlepiej w stronę Wietnamu! 

 Hanoi

Maciek zgodził się bez oporów i wstępnie wyznaczyliśmy datę na późną jesień lub zimę następnego roku - kiedy w tamtych rejonach panuje pora sucha. Od tej chwili, większość pieniędzy zarobionych na emigracji odkładaliśmy właśnie na ten, jakże szczytny cel (na szczęście, w Irlandii łatwiej się oszczędza), a i do pracy chodziło się jakby przyjemniej;) Zaproponowaliśmy wyjazd znajomym, którzy zgodzili się z radością. No to jedziemy w czwórkę! Gdzie tam, nawet w piątkę!

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Money, money, money...czyli co, gdzie i za ile?!

Rozkład i kosztorys wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej:

Termin: 2 lutego - 19 marca (prawie 7 tygodni)
*Wyjazd odbyliśmy w porze suchej
** Wycieczka typowo backpackerska, nastawiona na częste przemieszczanie się; każdy zabrał po niedużym plecaku (podręcznym, by zbyt wiele nie dźwigać)

Ilość dni na miejscu: 44
*Z tego 35 dni zwiedzania oraz 1 dzień plażowania w Wietnamie, 1 w Malezji  i 7 w Tajlandii

Odwiedzane po kolei kraje i ilość spędzonych dni w każdym z nich: Tajlandia (4) - Laos- (10) - Wietnam (10) - Kambodża (3) -Tajlandia (1) - Singapur (2) -Malezja (6) -Tajlandia (8)

Przybliżona ilość kilometrów przebytych drogą lądową: 6000

Koszt biletów lotniczych: 550 euro na osobę w 2 strony (ale z Polski da się nawet od 400 euro)
* Przeloty na trasie:  Dublin - Londyn - Bangkok - Londyn - Dublin
** Linie British Airways (ok 13h w podróży w jedną stronę). Linie oceniamy na 3/5.

Średnia dzienna ilość wydatków na parę: 60 euro (nocleg, posiłki, transport, zakupy, przyjemności)
*Z tego, co porównywałam w Internecie, wydawałoby się, że żyliśmy na "bogato". Czy ja wiem? Naszym zdaniem, żyliśmy oszczędnie (chociaż nie biednie) i rozsądnie.
  
Średnie koszta noclegu: Od 3,5 euro na osobę za noc (koszt pokoju dwuosobowego to np 7-8euro; trzyosobowego to np 12 euro). Najdrożej na trasie wyszedł nas nocleg w Singapurze: 13 euro na osobę za noc w 10-osobowym dormitorium. Za bungalow na wyspie płaciliśmy nieco więcej, niż za spanie na lądzie: 17 euro na 2 osoby za noc. Noclegów szukaliśmy na bieżąco, pytając w hostelach oraz w pokojach gościnnych. Z wyprzedzeniem zarezerwowaliśmy jedynie nocleg w Singapurze.

Money, money, money...

Średnie koszta posiłków: 25 euro na parę dziennie (w tym przekąski, owoce i napoje: piwo, koktajle owocowe, których aż grzech nie pić). Ceny dań w knajpkach na tajskiej wyspie (podczas tygodnia relaksu) były średnio o 2-3 euro droższe niż na lądzie.

 Zupa w ulicznej garkuchni to wydatek 1-1,5 euro (w Singapurze 4 euro)

Transport
*Uśrednione koszta transportu wrzuciłam do kategorii inne. Pokonywaliśmy krótsze i dłuższe trasy. Ciężko to spamiętać. Zdarzało, że za przejazd nocnym pociągiem (kuszetką) płaciliśmy 18 euro. Innym razem za równie długi odcinek, jednak przebyty za dnia, płaciliśmy 2-3 euro.
** Najczęściej poruszaliśmy się autobusami (z czego 3 razy nocnymi, z leżankami), busikami/vanami lub pociągami (w Tajlandii oraz krótki odcinek w Malezji)
***Aż 8 razy - w kilku krajach - wypożyczyliśmy skuter (za wszelkie awarie płaciliśmy z własnej kieszeni) i tylko 1 raz wynajęliśmy rowery (Tajlandia)
**** W sumie 2 razy odbyliśmy rejsy statkami wycieczkowymi (podczas krótkich wycieczek fakultatywnych w Wietnamie), płynęliśmy też promem, jeden raz łodziami (Wietnam). Kilka razy skorzystaliśmy z taksówek wodnych (Bangkok, Luang Prabang). Dwa razy pływaliśmy kajakiem;)
***** Kilka razy jechaliśmy autostopem: pięć krótkich odcinków w Cameron Highlands w Malezji oraz dwie krótkie przejażdżki w Tajlandii (w drodze na dworzec kolejowy). 
****** W Bangkoku korzystaliśmy z metra i kolejki miejskiej Sky Train, jednak najczęściej poruszaliśmy się tuk-tukami (po negocjacjach 2,5 euro za 5 km - wg opinii w sieci to najbardziej sprawiedliwa stawka)
******* Trzy razy skorzystaliśmy z przelotów regionalnych

 Pawilon słoni w okolicy miasteczka Ayutthaya
 Ruch uliczny w Azji

Inne uśrednione wydatki dzienne: 27 euro na parę (masaże, pamiątki, przejazdy, zakupy, wstępy do atrakcji)
*Najdroższy bilet - do Świątyń Angkoru - kosztował nas 20 euro/osobę/1 dzień. (Warto!)
**Kolejny drogi wstęp - do pałacu królewskiego w Bangkoku kosztuje 12 euro/osobę (Nie warto!)
*** Reszta wstępów oscylowała w granicach 0,5 do 5 euro, gdzie 5 to było już naprawdę sporo
**** Ceny za tajski masaż zaczynają się od 5 euro za godzinę 

Koszta dodatkowe:
1. Wizy
Laos 31$
Wietnam 50$  (w tym promesa)
Kambodża 35$

 wizy

2. Nadprogramowe przeloty regionalne
Vientian - Hanoi (105 euro na osobę) Vietnam Airlines
Da Nang - Sajgon (40 euro na osobę) Jetstar Airines
Bangkok - Singapur (45 euro na osobę) AirAsia Airlines

Waluta:
*bahty w Tajlandii
*kipy w Laosie
*dongi w Wietnamie
*riele oraz $ w Kambodży
*dolary singapurskie w Singapurze
*ringgity w Malezji

Szczepienia:
Do odwiedzonych krajów szczepienia były jedynie zalecane, nie obowiązkowe. Byliśmy szczepieni już na WZW typu B, błonicę i tężec. 2 tygodnie przed wyjazdem szczepiłam się dodatkowo na WZW typu A (pierwsza dawka 200 zł, drugą przyjmuje się po pół roku - znów 200 zł, co daje wówczas ochronę do końca życia), Maciek nie chciał. Szczepienie na dur brzuszny było akurat niedostępne, zarówno w Polsce jak i Niemczech, być może i na nie bym się zdecydowała.

Ciekawostka:
Ceny w Laosie i Kambodży były nieco wyższe niż w Tajlandii.
Najtańszy z odwiedzonych krajów: Tajlandia
Najdroższy z odwiedzonych krajów: Singapur

 Laotańskie kipy

Suma wszystkich wydatków na parę za 7 tygodni w podróży (w tym przeloty):

4 000 euro 

Wskazówka: przy każdej większej podróży warto korzystać z aplikacji na telefon Trabee Pocket. Maciek (mój osobisty księgowy) zapisywał w niej wszystkie nasze wydatki (w kategoriach: nocleg, transport, zakupy, pożywienie oraz inne), które same się sumowały. Dzięki temu mieliśmy pełną kontrolę nad budżetem, którym trudniej zarządzać przy długim pobycie i szybkim tempie zwiedzania.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Park narodowy Laem Son. Niebo na Ziemi. A my w nim;)

Trafiliśmy do raju. Tak się poczułam, gdy późnym popołudniem wyszłam na werandę naszego domku i spojrzałam na Morze Andamańskie (po niemal dobie w podróży i poszukiwaniach tego jedynego bungalowa, ucięliśmy sobie zasłużoną drzemkę). Tak, to bez wątpienia Niebo na Ziemi. Przed moimi oczami roztaczał się widok jak z folderu - nieco kiczowatego ale wciąż urzekającego - cichy szum fal, pomarańczowe promienie zachodzącego słońca i kilka osób spacerujących nad brzegiem. Choć w rzeczywistości okazał się nawet lepszy! Lepszy, bo prawdziwy. Znacie to uczucie, gdy spełnia się Wasze marzenie? Podobne do motyli w brzuchu tuż przed ważną randką;) Sen na jawie, który okazuje się rzeczywistością, a Ty podskakujesz jak dziecko przed wigilią. I właśnie w podskokach pobiegłam obudzić Maćka, żeby przypadkiem nie przegapił pierwszego zachodu słońca:)


Od początku wiedzieliśmy, że nasz ostatni tydzień podróży chcemy przeznaczyć na porządny odpoczynek. Wybraliśmy malutką tajską wyspę, o której dowiedziałam się od ciotki, i której współrzędnych geograficznych nakazano mi strzec, choćby mnie żywcem palili. Żartuję;) Kto był, skojarzy ze zdjęć lub dostał pocztówkę - super. Ale tutaj nazwy nie napiszę, obiecałam i już. Dlaczego? Bo coraz mniej takich kameralnych małych rajów, do których turystyka masowa jeszcze nie dotarła. Należy je chronić, by nie zostały zamienione w bestialskie kurorty! Zresztą, jeśli lubicie szaleć i imprezować, zanudzilibyście się na śmierć. Tu wszyscy chodzą wcześnie spać;)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Cytat na sierpień

"Między początkiem, a końcem podróży jest tylko niezaspokojona pasja"
 Droga do Mistrzostwa

 Jaskinia Tham Phu Kham w okolicy Vang Vieng, Laos

niedziela, 31 lipca 2016

Nie dla nas Wyspa Penang... Żegnamy Malezję


Drugiego dnia na Wyspie Penang wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do Parku Narodowego Taman Negara Pulau Pinang. Postanowiliśmy zrobić krótki trekking do Plaży Małp - tam odpocząć, poplażować i wrócić z powrotem przez dżunglę (w sumie półgodzinnym marszem). Niestety, okazało się, że słynna (teoretycznie chroniona przez park) plaża jest w fatalnym stanie. Śmieci tyle, że nie było gdzie usiąść. Do tego brudna woda. Zmyliśmy się natychmiast. Nie tylko my zresztą - osoby, które spotkaliśmy po drodze również wydawały się zniesmaczone. Wyszliśmy z parku i poszliśmy szukać innego, czystego kąpieliska, co wbrew pozorom okazało się trudne!

piątek, 29 lipca 2016

Żywe murale z George Town

Krainy Herbaty udaliśmy się już prosto do miasteczka George Town, położonego w Cieśninie Malakka na Wyspie Penang, nieopodal lądu. Z racji tego, że w Internecie naczytałam się samych ochów i achów o tej kolonialnej mieścinie, z góry założyliśmy, że zostaniemy tam trzy pełne dni (już wcześniej wykupiliśmy miejscówki na późniejszy pociąg do Tajlandii, przez co sami się zablokowaliśmy, nie mogąc skrócić naszego pobytu w George Town). Przygotowując się przed wyjazdem merytorycznie, prześledziłam mnóstwo relacji z podróży po Malezji i niemal wszyscy, którzy tam zawitali, wychwalali Wyspę Penang pod niebiosa. My, osobiście mamy sporo zastrzeżeń...


Tymczasem skupmy się na samym George Town. Dla osób, które nie były w Luang Prabang w Laosie czy Hoi An w Wietnamie, miasteczko to wydać się może spełnieniem snów. Kolonialna zabudowa - pamiątka po Brytyjczykach, urozmaicona kuchnia (niektórzy uważają, że to raj dla podniebienia), street art w postaci dwuwymiarowych, niemal żywych murali i kilka zabytkowych, drewnianych molo zwanych jetty. Nie bez powodu, stara część miasta w 2008 roku została wpisana na Listę UNESCO. Z pewnością warto choć raz w życiu tu przyjechać i bez pośpiechu się powałęsać.

piątek, 22 lipca 2016

Wśród herbacianych wzgórz

Z Kuala Lumpur wyjechaliśmy wczesnym rankiem, kierując się na północny-wschód w stronę miasteczka Tanah Rata. W planach mieliśmy spacer wśród herbacianych wzgórz oraz herbatkę na plantacji BOH. Niestety, zaledwie po godzinie drogi, nasz autobus się zepsuł. A w zasadzie to posłuszeństwa odmówiła klimatyzacja (podobno), na co kierowca wszystkim podziękował i kazał opuścić pojazd (Była to nasza pierwsza awaria w Azji, w dodatku za dnia. Całkiem nieźle jak na setki kilometrów, które pokonaliśmy w Laosie, Wietnamie czy Kambodży). Jakimś cudem stało się to nie gdzieś po środku drogi, lecz na parkingu z toaletami, tuż przy stacji benzynowej. Po 2 godzinach oczekiwania, zamiast nowego środka transportu, podjechał mechanik i w 5 minut naprawił domniemaną szkodę. Osobiście uważamy, że naszemu kierowcy zachciało się przerwy w pracy, w związku z czym podkoloryzował sytuację i wymusił odpoczynek na zatłoczonym parkingu. Naprawdę, tak to wyglądało. Z pewnością sam potrafiłby naprawić tą klimę (jeśli w ogóle się popsuła) ale wybrał dwie godziny nicnierobienia w cieniu naszego autokaru. W ten sposób uziemił nas wszystkich... Witamy w Malezji. Ale i tak mogło być gorzej...


Później jechaliśmy już tylko wśród pięknych gór pokrytych dżunglą. Mimo wielu wąskich zakrętów (trasa piękna widokowo jednak nieciekawa dla osób cierpiących na chorobę lokomocyjną), nasz "pracowity" kierowca pragnął chyba jak najszybciej odbębnić swoje i ukończyć dzień pracy. W Tanah Rata szybciutko znaleźliśmy nocleg (hotel nazywał się bodajże Natasha) i poszliśmy na obiad. Znów zamówiliśmy różności do podziału:) Następnie ustawiliśmy się na krańcu miasteczka i zaczęliśmy łapać stopa. Po 10 minutach zabrały nas trzy muzułmańskie studentki...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Przystanek w Kuala Lumpur

Do stolicy Malezji dotarliśmy dopiero następnego popołudnia. Od początku nie zamierzaliśmy zbyt długo w niej zabawić, teraz jednak został nam już tylko jeden wieczór. W dodatku zaczęło lać. I to jak! Przywitała nas burza z piorunami. Zakwaterowaliśmy się w hostelu i ruszyliśmy w miasto. W strugach deszczu, wielkimi susami podbiegliśmy do najbliższej knajpy. Znaleźliśmy się w państwie, którego kuchnia podlega arabskim i hinduskim wpływom. I choć nie narzekałam we wcześniejszych krajach, bo kocham zarówno ryż jak i zupy, nagle okazało, że mamy tyle do wyboru! Usiedliśmy i nie mogliśmy się zdecydować;) W końcu, zamówiliśmy kilka hinduskich potraw w ciemno, do podziału. Do tego przepyszną mrożoną herbatę domowej roboty, gdyż piwo w Malezji (w Singapurze też) drogie jak cholera - najwyraźniej czekał nas tydzień zdrowej abstynencji;)

poniedziałek, 11 lipca 2016

W krainie czarów, czyli nocne wędrówki po Singapurze

Okazuje się, że istnieje takie miasto, które w nocy prezentuje się jeszcze wspanialej, niż za dnia. Dla nas takim okazał się Singapur. Już w dzień zachwycał nas na każdym kroku, jednak uwiódł nas dopiero po zachodzie słońca. Choć zmęczeni już trochę dziennym zwiedzaniem (wychodziliśmy rano i wracaliśmy późno w nocy), wieczorami spacerowaliśmy dalej, ile sił w nogach i nie mogliśmy się napatrzeć. Jeszcze tu, jeszcze tam. A na koniec koniecznie tam! Oczarowywały nas nowoczesne rozwiązania architektoniczne, które z wdziękiem harmonizowały z ciekawymi iluminacjami świetlnymi... Bo jeśli most, to tylko taki, który będzie przypominał model łańcucha DNA. Jeśli Muzeum Sztuki i Nauki, to z pewnością w kształcie kielicha kwiatu. Jeśli ogrody, to tylko te z futurystycznymi palmami. Nie dało się przejść obok nich obojętnie... Choć pociliśmy się strasznie, w dodatku w trybie całodobowym, muszę przyznać, że nawet to gorące, czyste i pachnące tropikalną roślinnością powietrze pasowało nam do idei Singapuru. Tak jakby i ono, zostało już wcześniej zaprojektowane i dopasowane do całości;)


Jeśli będziecie mieć kiedykolwiek możliwość zobaczenia Singapuru na własne oczy, nie wahajcie się. Jeśli wolicie naturę, plażę i palmy, ale będziecie w okolicy - nie dajcie się namawiać. Jeśli nadarzy się okazja choćby na jednodniowy stopover w Singapurze, wykorzystajcie tę szansę. To miasto/państwo inne niż wszystkie. Takich rozwiązań nie ma, i jeszcze długo nie będzie w Europie. Choć Singapurczycy to młody naród z króciutką historią, wyprzedzają nas, Europejczyków nie tylko pionierskimi budowlami, ale i dojrzałą świadomością w myśleniu o gospodarce, sądownictwie czy polityce. Moglibyśmy śmiało brać z nich przykład, lecz pewnie sporo czasu jeszcze upłynie, zanim zmieni się podejście i mentalność w naszym kręgu kulturowym. Tymczasem, zapraszam Was na nocny spacer po metropolii, w której czułam się chwilami, podobnie jak Alicja w krainie czarów;)

wtorek, 5 lipca 2016

Singapur, czyli o tym, jak porwała nas nowoczesność...

Jak będziecie w Azji, musicie koniecznie zobaczyć Singapur! - powiedział Ojciec przed naszym wyjazdem. No tośmy pojechali;) I choć z początku podchodziliśmy do  tej destynacji sceptycznie, nie zawiedliśmy się!  Nowoczesne miasta nigdy nas specjalnie nie interesowały. Wszystko zmieniło się w Singapurze (teraz marzą mi się Dubaj i Hong Kong.). Na miejscu czekała nas ogromna niespodzianka! Co za  metropolia! Co za klasa! Co za architektura! Wszystko przemyślane. Żadnych przypadkowych inwestycji. Nowoczesne innowacje przeplatające się z podrównikową roślinnością. Tak, jakby ktoś przeniósł Wiszące Ogrody Babilonu do czasów współczesnych! Do tego iluminacje świetlne jak z Avatara w Gardens by the Bay, ogromny tygiel kulturowy - liczący ponad 5 mln ludzi i surowe prawo, dzięki któremu wszystko trzyma się kupy...A całość powstała w 50 lat!


Budzik zadzwonił wcześnie rano w naszym ulubionym guesthousie w Bangkoku. Miejskim autobusem dotarliśmy na lotnisko Don Muang. Lot liniami Air Asia (40 euro za os.) trwał nieco ponad dwie godziny (to w końcu 1800 km!) i niemal cały przespaliśmy. Zmęczenie dawało się już ostro we znaki! Na lotnisku Changi przywitała nas ogromna duchota i raczej pochmurna pogoda. Wsiedliśmy w busa i pojechaliśmy do dzielnicy Małe Indie, gdzie znajdował się nasz hostel Footprints. Na tamtą chwilę, była to najtańsza z opcji do spania:

piątek, 1 lipca 2016

Cytat na lipiec

„Daj dziewczynie odpowiednie buty, a podbije Świat.”
Marilyn Monroe

 Kompleks świątynny Angkoru, Kambodża

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Pożegnanie z Kambodżą. Kierunek Bangkok!

Pierwszy miesiąc przeminął z wiatrem. Jak to w życiu bywa. Zatoczyliśmy koło, a może raczej utkaliśmy przygodami wielką pętlę;) Tylu ludzi na naszej trasie, tyle egzotycznych widoków, tyle przeżyć! Ale na całkowite podsumowanie przyjdzie czas. Tymczasem, Mirek wyjechał, a my zostaliśmy sami. Nagle zrobiło się pusto i cicho, z początku bardzo dziwnie!;) Znów dotarło do nas, jak szybko mijają dni. Co za szczęście, że czekały nas jeszcze 3 tygodnie wakacji...

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Angkor. Miasto świątyń

Ciężko opisać coś, co zostało opisane już tyle razy. Zawsze mam problem z tymi najbardziej popularnymi miejscami (to samo było z Zatoką Ha Long, Paryżem). Nikt nie chce zanudzać czytelnika oklepanymi frazesami. Każdy kto widział (jeśli nie na żywo, to choćby na zdjęciach), ten wie, że piramidy w Gizie, Akropol w Atenach czy Angkor Wat w Kambodży robią wrażenie.To cuda architektoniczne, które nie bez powodu zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Zabytki, które przetrwały stulecia, a nawet tysiąclecia...

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Osiedle na palach nad Jeziorem Tonle Sap

Do Siem Reap dojechaliśmy o świcie. Jakimś cudem, dosyć szybko udało nam się znaleźć kameralny hotelik, prowadzony przez khmerską rodzinę (w pobliżu centrum i w przyzwoitej cenie za duży pokój z łazienką). Odrobinę się zdrzemnęliśmy, odświeżyliśmy i poszliśmy na śniadanie ustalić plan dnia.
To jasne, że naszym głównym celem podczas pobytu w Siem Reap były świątynie Angkoru.  Niedziela jednak nie sprzyjała spokojnemu zwiedzaniu, gdyż oznaczała jeszcze większe tłumy. Na szczęście, dysponowaliśmy dodatkowym (zapasowym;)) dniem. Postanowiliśmy zatem niedzielę przeznaczyć na przejażdżkę skuterami po okolicy, a poniedziałek na Miasto Świątyń.


Niedaleko miasteczka Siem Reap, znajduje się Tonle Sap, największe jezioro na Półwyspie Indochińskim. Jego powierzchnia oraz głębokość zmieniają się znacznie (nie każdy wie, że jego powierzchnia w porze suchej wynosi 2500 km2, natomiast tuż po porze deszczowej aż 16000 km2!) w zależności od pory roku. Ponadto, jezioro i jego okolice zamieszkiwane jest przez osadników, którzy na wysokich (nie spodziewałam się nawet, że aż tak wysokich), drewnianych palach wznoszą całe wioski. Takich osiedli na wodzie, usytuowanych dookoła jeziora Tonle Sap, można spotkać całe mnóstwo. Stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy tak blisko, musimy je zobaczyć! Zwłaszcza, że od 1997 roku obszar jeziora stanowi rezerwat biosfery UNESCO. W przewodniku wyczytałam o okolicznych wioskach (do godziny drogi od Siem Reap) i klamka zapadła. Jedziemy do Kampong Khleang!

piątek, 3 czerwca 2016

Upalny dzień w Phnom Penh

Przekraczanie granicy pomiędzy Wietnamem a Kambodżą odbyło się całkiem bezstresowo. Wszystkim pasażerom z formalnościami pomagał przydzielony na tę trasę opiekun (podobno zawsze odbywa się to w ten sposób, jeśli wykupicie przejazd w wietnamskim biurze Sinh Tourist). Tuż za granicą, już po stronie khmerskiej, wysadzili nas na przerwę w stołówce z paskudnym jedzeniem (najsłabszym jakie jedliśmy podczas wyprawy). Pewnie zatrzymuje się tam większość autokarów, które transportują przez granicę podróżujących. Dlatego szczerze ostrzegam i odradzam. Przejdźcie na drugą stronę ulicy a zobaczycie całkiem zwyczajny bar. Założę się, że zjedlibyśmy tam przepyszną zupę... Kolejna nauczka: nawet szans nie dawać turystycznym knajpom!

środa, 1 czerwca 2016

Cytat na czerwiec

„Widzieć świat i niebezpieczeństwa. Patrzeć ponad murami, znajdować się i czuć. To sens życia” 

cytat z filmu Sekretne Życie Waltera Mitty

Ravenna, Włochy

środa, 18 maja 2016

Sajgon i Delta Mekongu. Pożegnanie z Wietnamem

Naszym ostatnim przystankiem w Wietnamie był Sajgon, zaś ostatnią atrakcją wycieczka na Deltę Mekongu (jakoś sporo rejsów odbyliśmy w tym Wietnamie;)). Wykupiliśmy go jeszcze w Hoi An w biurze Sinh Tourist (koszt 10$ za osobę). Tym razem, postawiliśmy na opcję typowo komercyjną. Niestety nie zostało nam wystarczająco czasu, by planować coś na własną rękę (czy też ryzykować, że coś nie wypali lub z czymś nie zdążymy). Następnego dnia mieliśmy (opłacony już) autobus do stolicy Kambodży, Phnom Penh. Nasz pobyt w Wietnamie skończył się zdecydowanie zbyt szybko, podobnie jak ten w Laosie (te dwa kraje szczerze nas oczarowały, więc było do przewidzenia, że ostatniego dnia będzie nam trochę smutno). Postanowiliśmy jednak cieszyć się do samego końca!

poniedziałek, 16 maja 2016

Skuterami do świątyń Mỹ Sơn

Będąc przez kilka dni w Hoi An, postanowiliśmy zrobić sobie wypad do pobliskich ruin dawnego sanktuarium Mỹ Sơn. Nazwa ta oznacza Piękną Górę i rzeczywiście, świątynie znajdują się u stóp wzgórza, które podczas naszych odwiedzin, raz po raz wyłaniało się zza chmur. Między IV a XIII wiekiem naszej ery, ziemie te należały do Królestwa Champa (jego zasięg obejmował środkową i południową część dzisiejszego Wietnamu). Chamowie wyznawali hinduizm i żyli w zgodzie z kulturą hinduską. W tamtym okresie, sanktuarium Mỹ Sơn, zwane niekiedy Małym Angkorem, stanowiło niezwykle ważny ośrodek polityczno-religijny (choć przez swój rozmiar może wydawać się mało prestiżowe, w środowisku archeologów porównywane jest do takich  kompleksów świątynnych jak Borobudur w Indonezji, Bagan w Birmie, czy też Ayutthaya w Tajlandii).


Do kompleksu Mỹ Sơn wybraliśmy się na skuterach. Jak zwykle! Poza jedzeniem, nic nie sprawiało mi w Azji większej radości, niż śmiganie na jednośladach!;)

sobota, 14 maja 2016

Blask lampionów w Hoi An

Ciężko się oprzeć wdziękowi miasteczka Hoi An, znajdującego się w środkowym Wietnamie. To obowiązkowy przystanek wszystkich podróżników, podczas przemierzania kraju z północy na południe lub na odwrót. Trudno się dziwić! Spacerowanie po unikatowej starówce, składającej się na stare kupieckie domy z XVI wieku (ich fasady są żółte, okiennice zielone a wnętrza drewniane) oraz wąskie uliczki, za każdym razem sprawiało mi mnóstwo przyjemności! A jeśli dodać do tego blask kolorowych lampionów po zachodzie słońca, lokalne specjały kulinarne, pobliską plażę i fakt, że owe stare miasto oraz okoliczne ruiny My Son uratował, nikt inny, jak Polak!? Od początku wiedziałam, że musimy zatrzymać się tam na dłuższą chwilę, przynajmniej trzy dni! Tak też zrobiliśmy, po raz kolejny dając się ponieść wakacyjnej aurze...


Będąc w Hoi An, człowiek nieustannie ma ochotę przysiadać w niezliczonych knajpkach. Wśród starych kamieniczek, poukrywanych jest kilka, które można zwiedzać (wewnątrz mieszczą się malutkie muzea, domy rzemiosła i kultury, świątynie, pagody). I choć na starówkę obowiązuje bilet wstępu, opłata za 3 dni upajania się jej pięknem, wydaje się naprawdę symboliczna (około 4-5euro za osobę). Bilety sprawdzane są wyrywkowo, przez tajniaków;) Na upartego, wystarczy udać, że szuka się biletu w kieszeni, a oni nie wnikają i puszczają dalej - bez biletu nie wejdziecie jednak do sześciu historycznych obiektów, które wejściówka owa obejmuje. Kto czyta bloga regularnie wie, że jestem przeciwna wysokim opłatom za wstępy. Uważam jednak że kilka euro za trzy dni to nie wiele, w rozwijających się krajach Azji tym bardziej. Kupując bilet pomyślcie za to z  uśmiechem (i dumą) o Kazimierzu Kwiatkowskim, polskim konserwatorze zabytków, który powstrzymał władze miasta przed wyburzeniem starych budynków pod nowe osiedla mieszkalne:)

czwartek, 12 maja 2016

Zakazane Purpurowe Miasto

Po wesołych przygodach w prowincji Ninh Binh, ruszyliśmy dalej na południe, aż do środkowego Wietnamu. Żeby nie tracić czasu, znów wsiedliśmy w nocny autokar (z leżankami), dzięki czemu już nad ranem spacerowaliśmy po cytadeli w mieście, które przez krótki okres czasu stanowiło stolicę kraju. Nie miałam jeszcze okazji być w Zakazanym Mieście w Pekinie, a tu nagle okazało się, że będziemy zwiedzać Zakazane Purpurowe Miasto w Huế. Czemu nie!?


Warto zwrócić uwagę na fosę i potężne wały (2km x 2km), którymi otoczone zostały cesarskie posiadłości. Wewnątrz wałów znajdują się wysokie (na 6,5m) i grube mury, za nimi zaś całkiem inny świat. Wystarczy przejść przez jedną z bram, by przenieść się w przeszłość, na dwór dynastii Nguyen. Tuż za nią, ujrzycie pierwszy, zewnętrzny dziedziniec, który prowadzi do pagód i obiektów sakralnych. Dalej w głębi, znajdziecie dziedziniec wewnętrzny oraz pawilony, należące do cesarza, jego matki, dzieci i konkubin. Tutaj już niewielu śmiertelników miało wstęp, jedynie najbardziej zaufani służący (eunuchowie)...

wtorek, 10 maja 2016

Łodziami wśród gór, czyli niedziela po wietnamsku

Po dwóch dniach spędzonych w zatoce Ha Long, wyjechaliśmy wypoczęci i zadowoleni. Wszystko szło zgodnie z planem, a naszym kolejnym celem były malownicze góry w prowincji Ninh Binh. 


Zaczęło się od pewnej fotografii, na którą całkiem przypadkowo natrafiłam w necie. Zdjęcie przedstawiało malowniczą dolinę - lekko meandrującą rzekę, otuloną złotymi polami. Po obu jej stronach widniały majestatyczne, porośnięte zielenią góry. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia i wiedziałam, że będąc kiedyś w Wietnamie, muszę cuda te zobaczyć!

sobota, 7 maja 2016

Kadry z Zatoki Ha Long

Tyle już napisano o Zatoce Lądującego Smoka, że chyba nie ma sensu za bardzo się rozpisywać. Zapewne, kiedy słyszycie nazwę Ha Long, oczami wyobraźni widzicie turkusową wodę, utkaną setkami wapiennych wysp o rozmaitych kształtach. Jedno jest pewne, to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Niezaprzeczalny cud natury - pomnik przyrody, który ku własnemu nieszczęściu, znajduje się w pobliżu najważniejszego wietnamskiego portu, Hajfongu. Co w przyszłości grozi zatoce i jej mieszkańcom, nietrudno się domyślić. Chyba, co niektórzy zapomnieli, że to wyjątkowe miejsce już w 1994 roku trafiło na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i powinno podlegać całkowitej ochronie. Wielka szkoda, że w dzisiejszych czasach ponad wszelkimi wartościami stoją pieniądze...

piątek, 6 maja 2016

Chill out w Zatoce Ha Long

Naszym kolejnym przystankiem po Hanoi, była Cat Ba, jedna z niewielu zaludnionych wysp, która leży w obrębie Zatoki Ha Long. Zamierzaliśmy zatrzymać się tam na co najmniej dwa dni, odpocząć i nacieszyć się okoliczną przyrodą oraz oczywiście samą Zatoką:)

Na miejsce pragnęliśmy dostać się możliwie najtańszym i najszybszym sposobem. Maciej, nasz główny nawigator, wynalazł w Internecie tzw. pakiet combo, który wykupiliśmy w Hanoi (na dworcu) w biurze Huang Long. Obejmował on autokar do Hajfongu, stamtąd rejs na docelową wyspę a następnie przejazd busem do miasteczka Cat Ba. Transport sprawnie zorganizowany. Świetna sprawa i to za jedyne 10 euro od osoby. Choć dystans który mieliśmy pokonać to około 150 km,  nasza podróż trwała jakieś 5 godzin. Na miejsce dotarliśmy dopiero około 14-tej.


Co ważne, na blogu pewnego Amerykanina, znaleźliśmy recenzję przytulnego hoteliku i właśnie w nim postanowiliśmy się zatrzymać. Strzał w dziesiątkę! W Ali babie ugościli nas jak rodzinę!

wtorek, 3 maja 2016

Serce Wietnamu bije w Hanoi

Nadszedł wreszcie wyczekiwany dzień, kiedy po wszystkich laotańskich perypetiach i przygodach (które teraz bardzo mile wspominamy!), wsiedliśmy na pokład samolotu Vietnam Airlines. Podróż trwała ledwo godzinę, a my w duchu dziękowaliśmy losowi, że ominęła nas uciążliwa przeprawa autokarem przez góry (drogą lądową jechalibyśmy minimum 24h). Hanoi, zwane przez wielu Paryżem Wschodu, przywitało nas zachmurzonym niebem oraz dużo niższymi temperaturami (w dzień ok 17-19 stopni). Od dawna byliśmy przygotowani, że wylądujemy w innej strefie klimatycznej (Wietnam rozciąga się na ok 1800 km z północy na południe, stąd też zahacza o kilka stref klimatycznych), więc nie zamierzaliśmy się tym zamartwiać. To tylko na kilka dni, niedługo znów ruszymy na Południe. Tymczasem, dotarliśmy do wymarzonego Wietnamu i tylko to się liczyło!;)

niedziela, 1 maja 2016

Cytat na maj

"Odcięty od świata, cierpiałem pragnienie i chłód, ryzykowałem życie. Nie bałem się trudności i wysiłku. Żyłem pełną piersią. Niczego nie żałuję, niczego nie chciałbym zmienić. I nadal nie mam dosyć."
Jacek Pałkiewicz
Uliczka w Hanoi, Wietnam

wtorek, 26 kwietnia 2016

Wientian i PN Phou Khao Khouay. Pożegnanie z Laosem

Ponownie wróciliśmy do stolicy Laosu. Kończyły się obchody Chińskiego Nowego Roku, a my wreszcie mieliśmy załatwić wizę lądową do Wietnamu. Okazało się jednak, że nie ma szans, by w ambasadzie wydano nam ją w ciągu kilku godzin. Musielibyśmy czekać kolejnych kilka dni, co znów skróciłoby nam pobyt w Wietnamie. Nie mogliśmy (i nie chcieliśmy) sobie na to pozwolić, więc postanowiliśmy polecieć do Hanoi samolotem (co oczywiście kosztowało nas więcej ale za to ominęła nas 24h podróż autokarem;)). Raz się żyje. Zaaplikowaliśmy o promesę na wizę lotniczą, przelaliśmy odpowiednią sumkę i kupiliśmy możliwie najtańsze bilety.
Pozostawało tylko jedno zasadnicze pytanie - co będziemy robić w Wientianie przez następne 3 dni!?

sobota, 23 kwietnia 2016

Wycisnąć Vang Vieng jak cytrynę!

Jak już pisałam, pobyt w Laosie mocno nam się wydłużył i i chcąc nie chcąc, w drodze powrotnej z Luang Prabang do Wientianu (wciąż planowaliśmy oblężenie wietnamskiej ambasady), postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedno miasteczko. I choć nastawieni byliśmy sceptycznie (Vang Vieng to laotańska imprezownia, która słynie przede wszystkim z zakrapianego spływu na oponach), pragnęliśmy jak najlepiej wykorzystać dni, które L(a)os ofiarował nam w prezencie;)


Nie było tak źle, gdyż Vang Vieng szczyci się zachwycającym otoczeniem - położone nad rzeką, wśród niesamowitych azjatyckich gór, które kryją wiele niespodzianek w postaci grot i wodospadów. I może balangami do białego rana nie byliśmy specjalnie zainteresowani (bo wieczorami padaliśmy na twarz po całym dniu wrażeń), ale dlaczego by nie zgłębić okolic? Klamka zapadła. Bez skuterów się nie obędzie. Wyciśniemy z Vang Vieng wszystko, co najlepsze!

piątek, 15 kwietnia 2016

Za Mekongiem. Popołudnie w laotańskim zaścianku

Jedno z moich ulubionych wspomnień z Luang Prabang, to przeprawa przez Mekong do wioski po sąsiedniej stronie. Byliśmy strasznie ciekawi tego, co zastaniemy na drugim brzegu. Wsiedliśmy na prom (a raczej pływającą kładkę) i popłynęliśmy się przekonać...

środa, 13 kwietnia 2016

Laos - skuterami nad wodospady Kuang Si

Podczas naszego kilkudniowego pobytu w Luang Prabang, postanowiliśmy wybrać się nad wodospady Kuang Si, które znajdują się jakieś 30 kilometrów od miasteczka w zielonym tropikalnym lesie. Już sama przejażdżka na jednośladzie i ciepły wiatr we włosach sprawiły nam mnóstwo frajdy! Po tym dniu, od skuterów niemal się uzależniliśmy;) Nie ma to jak swoboda ruchu!


Wodospad jak wodospad. W Królestwie Miliona Słoni odwiedziliśmy ich kilka. W upalne dni stanowiły doskonałą alternatywę dla morza, do którego Laos nie ma dostępu. Po wejściu do parku, pierwsze co dostrzegacie,to centrum ochrony niedźwiadków azjatyckich. Następnie, nieco dalej ujrzycie turkusowe groble (podobne do chorwackich Jezior Plitwickich), w których moczą się i wygłupiają turyści (robiąc przy tym sporo hałasu). Idąc wyżej, miniecie romantyczne lazurowe kaskady, którym kolor nadaje trawertyn (wapienna skała osadowa). Wszystko to, zwieńczone 60-metrowym spadem, który można obejść ścieżką, prowadzącą przez dżunglę. Podobno w czasie pory deszczowej efekt jest znacznie lepszy! Widoki, śpiew ptaków i zapach przyrody wynagradzają lekką zadyszkę. Zdecydowanie warto się wybrać nad Kuang Si, tylko niech nie przerażą Was tłumy ludzi, napalonych na skoki do wody;)

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Luang Prabang. Idylla w Królestwie Miliona Słoni

Po całonocnej podróży sleeperem przez Laos (tym razem mocno nas wytrzęsło, laotańskie drogi pozostawiają wiele do życzenia), nad ranem zajechaliśmy do Luang Prabang, świętego miasta mnichów. Przywitał nas chłód, mgła, wilgoć i jakaś taka, mało zachęcająca szarość. Wywlekliśmy plecaki z autokaru i ruszyliśmy szukać jakiegoś lokum...


Zaraz po tym jak się odświeżyliśmy,  udaliśmy się do konsulatu i ręce całkiem nam opadły. Problemy z wizą do Wietnamu nie chciały nas opuścić. Tak jak pisałam wcześniej, wizę lądową mogliśmy załatwić dopiero za ponad tydzień, natomiast promesa i wiza lotnicza (plus bilet) wychodziły zbyt drogo. Nie stanowiłoby to wszystko aż takiego kłopotu (zmienilibyśmy trasę i tyle), gdyby nie fakt, że za 2 dni w Hanoi miał czekać na nas Luka - jeszcze jeden towarzysz tej wyprawy. Nie było zadowalającego wyjścia z tej sytuacji. Zapadła smutna decyzja - musimy się rozdzielić...

piątek, 1 kwietnia 2016

O tym jak w Laosie zakpił z nas podstępny Los...

Co za ironia, że piszę tego posta w Prima Aprilis (wtedy w Laosie marzyło się nam, żeby to wszystko okazało się jedynie głupim żartem)... Po całkiem wygodnej nocce w kuszetce (trochę kołysało ale na szczęście w ten przyjemny sposób:)), dotarliśmy do granicy z Laosem. Wysiedliśmy na stacji w Nong Khai i bez trudu przeszliśmy odprawę paszportową (czyli formalnie opuściliśmy Tajlandię), po czym zapakowaliśmy się z plecakami do kolejnego pociągu. W ten właśnie sposób, tocząc się po słynnym Moście Przyjaźni, przekroczyliśmy rzekę Mekong a tym samym granicę Tajlandii z Laosem. Jeszcze tylko formalności wizowe... 
Po tym, czego się naczytaliśmy, byliśmy pełni obaw. Niepotrzebnie! Co prawda wypełnianie wszystkich dokumentów zajęło nam ponad godzinę, jednak celnicy nie sprawiali żadnych problemów (do uzyskania wiz na przejściu granicznym potrzebne są: ważny paszport, zdjęcie paszportowe, dwa wypełnione formularze i 31 dolarów). Chwilę później byliśmy już oficjalnie w Laosie!:)


Następnie złapaliśmy minivana do centrum stolicy (oczywiście najpierw musieliśmy się ostro potargować z kierowcą;)) Wientian, w którym mieszka niecałe 700 tysięcy mieszkańców, skojarzył się nam raczej z prowincjonalnym miasteczkiem, niż stolicą państwa. Na ulicach cicho i spokojnie. Gdzieniegdzie buddyjska świątynia, turystów niewielu. Ruszyliśmy pędem na jakieś śniadanie:) Trzeba było szybko ogarnąć wizę do Wietnamu i zorganizować transport do Luang Prabang. Nie planowaliśmy zostawać tu zbyt długo. Najważniejszy był Wietnam... Jednak los bywa przewrotny i postanowił zaśmiać się nam prosto w twarz;) Wszystko się skomplikowało. Żeby nie było zbyt łatwo!

Cytat na kwiecień

"Dlatego podróżowanie niczemu nie służy. Jeśli ktoś nie ma nic w środku, nie znajdzie też nic na zewnątrz. Daremnie szukać po świecie czegoś, czego nie można odnaleźć w sobie"
Tiziano Terzani
Dżungla w Laosie

wtorek, 29 marca 2016

Dawna potęga Syjamu

Po trzech dniach spędzonych w Bangkoku i sprawnej aklimatyzacji, przyszedł czas by ruszyć dalej na północ, w stronę granicy z Laosem. Najpierw jednak postanowiliśmy zatrzymać się w dawnej stolicy Królestwa Syjamu (ówczesnej Tajlandii), którą aż szkoda byłoby ominąć, zważywszy, że leżała na naszej trasie. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wielkim i znaczącym miastem była niegdyś Ayutthaya. W XVII wieku liczyła sobie aż milion mieszkańców, czyli dwa razy więcej niż ówczesny Londyn! Dzisiejszy kompleks, składa się z sześciu (głównych) świątyń, zbudowanych na przełomie XIV/XV wieku w stylu khmerskim. Niestety, najazd Birmańczyków, który miał miejsce w XVIII wieku, przyniósł kres potężnemu królestwu.


Nie wiem czy najszybciej (dystans 80 km pociąg pokonuje przez jakieś 2,5h) ale zdecydowanie niedrogo jest dojechać do Ayutthaji z dworca Hua Lamphong w  Bangkoku. Co ciekawe, na stacji znajduje się specjalne biuro dla obcokrajowców z obsługą świetnie zorientowaną w połączeniach oraz dobrze mówiącą w języku angielskim.

środa, 23 marca 2016

Rozbuchany Bangkok

Z uwagi na niski koszt połączeń lotniczych Europy z Bangkokiem, naszą barwną podróż po Azji Południowo-Wschodniej rozpoczęliśmy właśnie od stolicy Tajlandii. To świetna baza wypadowa i jednocześnie największy węzeł komunikacyjny w regionie. Choć z początku Bangkok nie był dla nas przystankiem priorytetowym, szybko porwał nas w swój wir, a później przyciągał jak magnes. To chyba jedyne wielkie miasto, które nie przytłoczyło nas, gdyż emanuje sielskością! Z radością do niego wracaliśmy (spędziliśmy tam w sumie 5 dni podczas 3 krótkich pobytów). Już przy pierwszym powrocie, czuliśmy się w Bangkoku jak u siebie. BANGKOK - jaki on jest?!

niedziela, 20 marca 2016

Dziwny jest ten świat

Wsiadasz na pokład samolotu około 12:00 w południe i zaledwie trzynaście godzin później wysiadasz, po południu koło 18:00. Startujesz w słońcu, wśród palm i pachnącego, nieco lepkiego powietrza, lądujesz wśród chmur, w szaroburym Londynie. Wsiadasz - widno i gorąco (ponad 35stopni), wysiadasz - znów widno, ale wietrznie i chłodno (ok 10 stopni). Twój mózg świruje.  Masz wrażenie, że startujesz na jednej planecie, a lądujesz na całkiem innej. Wiem, że w dzisiejszym, rozwiniętym świecie wszystko to jest oczywistą oczywistością, ale wczoraj, w powietrzu, te 10 tysięcy metrów nad ziemią, zastanawiałam się, jakby wyglądało nasze życie, gdyby nie było samolotów. Pewnie, do Bangkoku, płynęlibyśmy przez kilka tygodni jakimś parostatkiem, a może zdecydowalibyśmy się na pociąg. Podróż koleją przez całą Azję, z pewnością byłaby jeszcze bardziej fascynująca, ale już niekoniecznie dla każdego dostępna. Może nie moglibyśmy wówczas sobie na nią pozwolić, a może nie moglibyśmy na tak długo wyjechać..

wtorek, 1 marca 2016

Cytat na marzec

"Nadchodzi taki dzień, że wszystko układa się w jedną całość. W końcu uświadamiasz sobie, że szczęście jest wyborem. To ty piszesz radosny scenariusz, tworzysz własną ścieżkę i kreujesz nowe możliwości. Jesteś wart tyle, ile wiesz o swojej sile. Znajdujesz odwagę, by zadawać pytania i wyrazić to, czego naprawdę pragniesz. Dostrzegasz piękno i ogrom świata. Widzisz że stoi on przed Tobą otworem i czeka na odkrycie. Podnosisz się i rozpoczynasz życie marzeniami. Nareszcie stajesz się całkowicie wolny..."
Nadia vs. the World

poniedziałek, 1 lutego 2016

Cytat na luty

"Nie ma nic piękniejszego niż chwile przed podróżą, chwile, gdy jutrzejszy horyzont przychodzi nas odwiedzić i dać nam swoje obietnice"
Milan Kundera
Plaża Curracloe w Irlandii

niedziela, 31 stycznia 2016

Azjatycka przygoda wzywa!

Odliczałam miesiące (bilety mamy od sierpnia), odliczałam tygodnie, odliczałam dni a teraz odliczam już tylko godziny. Do naszego wyjazdu pozostało ich nieco ponad 48. Wciąż nie mogę w to uwierzyć! Zawsze marzyłam, by odejść z pracy (najpierw uzbierać fundusze;)), zostawić wszystko i wyruszyć gdzieś daleko. By nie być skrępowanym urlopami. By poczuć smak wolności. By podróżować dla samego podróżowania. By być w drodze. By zaznać całkiem innej egzotyki i lepiej wczuć się w atmosferę danego miejsca. By nie musieć (aż tak) się spieszyć. By odpocząć na rajskiej wyspie.  By odkrywać azjatyckie smaki! Te marzenia mają się niebawem spełnić... 

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Podsumowania roku 2015 nie będzie!

W tym roku postanowiłam nie pisać podsumowania roku ubiegłego;) Wbrew zwyczajowi, który chyba już na dobre zapanował w świecie blogerów. Dlaczego!? A bo niedawno, a dokładniej w listopadzie, opublikowałam już bilans z pierwszego roku na emigracji i zbyt wiele rzeczy by się pokrywało. Nie chciałabym się powtarzać i Was zanudzać. Zwłaszcza, że od owego rozrachunku niewiele się zmieniło... 

piątek, 1 stycznia 2016

Cytat na styczeń

"Najważniejsze, gdy dociera się do końca jednej drogi, to dostrzec początek następnej"
Piotr Milewski
 
W związku z podjętymi postanowieniami, w nowym roku zarys całkiem nowej drogi dostrzegam niezwykle wyraźnie:) Czeka nas wiele przygód i zmian,  na które już nie mogę się doczekać! W 2016 wszystkim Czytelnikom bloga życzę zdrowia, pogody ducha i odwagi do spełniania marzeń! Nie zwlekajcie!;)

dwa lata temu na Sycylii, Marzamemi (czas pędzi!)