wtorek, 22 września 2015

Causeway Coastal Route


Belfast opuściliśmy koło południa. Wyruszyliśmy na północ wzdłuż wybrzeża, od początku trzymając się brązowych tabliczek, informujących, że poruszamy się widokową trasą Causeway Coastal Route (tzw. trasą cudów wybrzeża Północnej Irlandii). Z racji tego, że zapowiadano deszcz i szarzyznę, kompletnie nie byliśmy przygotowani na pogodę (przezornie, wraz Mamą i Babcią zabrałyśmy kalosze, peleryny i kolorowe parasole;) lecz wyglądało na to, że chmury przestraszyły się naszego oręża). Im wyżej na północ mknęliśmy, tym bardziej słoneczko przygrzewało - znając jednak irlandzki klimat, woleliśmy nie zapeszać. Chwilami mieliśmy wrażenie, że znajdujemy się gdzieś na południu Europy. Kręta wąska droga nad samym morzem, skaliste wybrzeże, błękitne niebo, lazurowa woda oraz zielone łąki, tradycyjnie usiane białymi owcami;) W najpiękniejszych plenerach przystawaliśmy na krótkie przerwy i rozprostowywanie nóg. Nieziemska trasa! Popatrzcie sami!

Przebieg drogi Causeway Coastal Route (Belfast-Londonderry) i nasza trasa: Belfast - Zamek Carrickfergus - Przylądek Torr Head - Most wiszący Carrick a Rede Rope Bridge- Grobla Olbrzyma - Zamek Dunluce - miasteczko Coleraine - plaża w Downhill i świątynia Mussenden, ok 170km
Nasz pierwszy przystanek miał miejsce obok normańskiego zamku Carrickfergus. Zbudowano go nad samym brzegiem zatoki Belfast Lough jeszcze w XII wieku. Z racji swego strategicznego położenia, warownia wielokrotnie zmieniała właścicieli. Miała straszyć i zniechęcać a jednak przyciągała;)
Z jednej strony klify, z drugiej już tylko Morze Irlandzkie - na północ!
Tabliczki, którymi się kierowaliśmy:)
 Wyszło słońce i całej naszej ekipie natychmiast zachciało się opuścić auto, choć na chwilę i przystanąć na krótką przerwę (nieopodal miasteczka Ballygalley:))
widok na rybackie miasteczko, na horyzoncie jedno ze wzgórz Antrim
W takich właśnie okolicznościach przyrody wiodła nasza trasa:)
Z górki na pazurki;) Chwilami było naprawdę kręto i stromo!
Krajobrazy na każdym kroku nas zniewalały! To właśnie dla nich warto przejechać całe północne wybrzeże wyspy! Po drodze achy i ochy murowane!  Nie mogliśmy się napatrzeć:)
 Przylądek Torr Head - siedzimy na dachu opuszczonego domku. Za nami, a może raczej przed nami już tylko Wybrzeże Olbrzymów z wszystkimi jego cudami;)
Niegdyś ktoś miał taki widok z tego małego domku na wzgórzu:)
 jasne klify z piaskowca w pobliżu wiszącej kładki
Stąd do Szkocji już naprawdę niedaleko - rzut kamieniem!
Od parkingu do wiszącej kładki idzie się malowniczą trasą nad wapiennymi klifami około 1km. Za sam spacer płacić nie trzeba, tylko lepiej uprzedzić panią w kasie, że nie chcemy przechodzić przez most (nie da się oszukać, bo przy samym moście stoi kolejna pani i sprawdza bilety!). Przejście przez linowy most kosztuje niecałe 6 funtów. Czy warto? Teraz z perspektywy czasu myślę, że chyba nie. Warto na pewno przejść się do mostu a później, z punktu widokowego sobie na niego popatrzeć. Spacer po kładce trwa jakieś pół minuty (pani pospiesza gwizdkiem, nie można robić zdjęć bo czeka cała kolejka! Masówka). Wydajcie te 6 funtów na jakieś smaczne lokalne piwko w pubie;) 
Domek rybaka - już po drugiej stronie mostu:) Co ciekawe, na wysepce byliśmy świadkami zaręczyn, przyszły pan młody i para przyjaciół kompletnie dziewczynę zaskoczyli - był nawet szampan, szkoda że nie dla wszystkich, przebywających akurat na wyspie;)
Most z oddali wygląda naprawdę bajkowo! Niegdyś, raz do roku, w czasie połowów łososi, rybacy rozwieszali tu liny i deski między skałami. To właśnie tędy, między lądem a wyspą przepływały ryby w swej drodze na tarło. Jak to często bywa, kładka skomercjalizowała się i została oficjalną atrakcją. Przyciąga mnóstwo turystów i rodzin z dziećmi. Jak już pisałam, zawieszona jest w urokliwym miejscu nad lazurową (w słońcu) wodą. Ale czy warto za nią płacić?
Grobla Olbrzymów - byliśmy strasznie podekscytowani docierając do celu!:) To miejsce absolutnie jedyne w swoim rodzaju, prawdziwy cud natury! U pewnego chłopaka na blogu przeczytałam, że za każdym razem, kiedy docierał na groblę, padał deszcz. W hostelu w Belfaście dziewczyna też ostrzegała nas, że w tych rejonach to już raczej będzie wiało i padało. Szczerze mówiąc, to właśnie przez nich nastawiłam się na niepogodę. Niczego nie oczekiwałam. A tu taka niespodzianka;)
UWAGA ogłoszenie parafialne! Za wejście na Groblę Olbrzymów nic się nie płaci! Niestety bardzo wielu ludzi daje się oszukać. Otóż, w pobliżu grobli znajduje się wielkie, nowoczesne centrum turystyczne. Wchodząc na jego terytorium, człowiek od razu ma poczucie, że powinien zapłacić za wstęp. W rzeczywistości, cena 9 FUNTÓW obejmuje kawiarnie, sklepik, audioguide'a - kompletnie niepotrzebnego zresztą, parking, wc i tym podobne pierdoły. Nie dajcie się wrobić! Byliśmy świadkami, jak cała grupa Japończyków wychodzi z centrum informacji z zakupionymi biletami. Oczywiście, rozumiem, że Japończyków stać. Ale z drugiej strony czemu mają płacić, skoro nie muszą? Podejrzewam, że nie mieli pojęcia o darmowym wstępie. Zawsze staram się wyszukiwać takie kruczki przed odwiedzeniem danej atrakcji (natura skąpca czy mędrca;)), a już szczególnie przyrodniczej. A więc jak wejść na Groblę Olbrzymów za darmo? Należy ominąć centrum, skierować się lekko w prawą stronę i przejść przez parking, pod "wiaduktem". Tam znajduje się przystanek autobusowy. I tutaj wybór. Można iść dalej pieszo (ok 20 minut w jedną stronę) drogą w dół, aż na wybrzeże - prosto do grobli. Lub busem (1 funt w 1 stronę). 
Bazaltowe słupki sprzed 60 milionów lat...ta liczba mnie przerasta...
Niesamowite, że natura sama stworzyła coś tak abstrakcyjnego;)
Jest ich podobno 37 tysięcy! Ciekawe kto liczył i jak długo;)
To niezwykłe skupisko wulkanicznych graniastosłupów, zrobiło na nas wszystkich wielkie wrażenie. Spędziliśmy tam sporo czasu, by w pełni się nim nacieszyć. I te promienie słońca:)
Surrealistycznie, a jednak całkiem naturalnie...
Wspinać się czy nie wspinać na te "piszczałki organowe Giganta"???
To niepojęte i jednocześnie czarujące miejsce!
Czas jechać dalej, to jeszcze nie koniec na dziś!
Ruiny zamku Dunluce. Po tym jak w XVII w podczas sztormu zawaliły się kuchnie (runęły do morza wraz z kucharzami i posiłkiem, który akurat przygotowywali), zamek został opuszczony. Ciekawe, czy spotka go podobny los, jak nasz kościółek w Trzęsaczu... Czy fale zabiorą resztę? Czy zostanie tylko jedna ściana?
Na zachód słońca udaliśmy się na plażę w Downhill. Warto dodać, że na plaży tej, kręcono niektóre sceny z Gry o Tron (Melisandra i jej rytuały), kto ogląda, zrozumie moją ekscytację;)
widok na świątynię Mussenden z plaży
Trasa powrotna: Coleraine - The Dark Hedges - Armagh - Irlandia
Poranny spacer po miasteczku Coleraine, w którym nocowaliśmy.
centrum Coleraine
Panorama okolicy. Widok na zatokę Lough Foyle. Za nią irlandzkie (należące do republiki) hrabstwo Donegal czyli "już ta nasza Irlandia";)
Tymczasem, zmierzamy do świątyni Mussenden
Mówi się, że właściciel sąsiedniej rezydencji, Fryderyk August Harvey w 1785roku zbudował tę świątynię dla swojej kochanki;) A to ci romantyk. Dziś, w jej wnętrzu można zawierać śluby.
Rozpościera się stamtąd oszałamiający krajobraz - widok na jedną z piękniejszych plaż, jakie w życiu widziałam! To z niej podziwialiśmy zachód słońca poprzedniego wieczoru:)
Sielankowa i niespieszna wędrówka po klifach
Pokryty strzechą irlandzki dom w starym stylu
stylizowane wnętrza miały swój urok
The Dark Hedges - kolejny plener z Gry o Tron (The Kingsroad)
W drodze powrotnej na południe wyspy, zatrzymaliśmy się jeszcze w Armagh. To historyczne centrum religijne Irlandii. W 444r Święty Patryk założył tu pierwsze opactwo oraz biskupstwo (w miejscu obecnej katedry anglikańskiej). Miasteczko jest o tyle niezwykłe, iż stanowi biskupstwo jednocześnie dla katolików i protestantów.
Widok na okolicę z ogrodów katedry anglikańskiej.
pastelowe zdobienia w katedrze katolickiej
panorama Armagh - widok spod katedry katolickiej

Na tym zakończę relację z naszej wyprawy do Irlandii Północnej. Aż nie chce mi się wierzyć, że byliśmy tam ledwie 3 tygodnie temu. Zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy zobaczyć, a nawet więcej. Pogoda dopisała - czuliśmy się jak na południu Europy;) Zachłysnęliśmy się bogactwem, jakim prowincja Ulsteru dysponuje. Na każdym kroku czekała nas jakaś niespodzianka: klify, plaże, zielone wzgórza Antrim, zamki, kolory wody i nieba, kręte drogi widokowe. Chciałoby się wrócić w te strony, przejechać trasę jeszcze dokładniej - zaglądając się w każdą jej odnogę, przystając w każdym rybackim miasteczku. Może kiedyś nadarzy się okazja by poznać Wybrzeże Olbrzymów jeszcze lepiej. Nie możemy jednak narzekać. Przejechaliśmy znaczą część trasy Causwey Coastal Route, dotarliśmy na samą północ wyspy. I to wszystko naszą małą mazdą;) Mieliśmy szansę  przekonać się, na jakim szczeblu Irlandia republikańska i brytyjska są do siebie podobne i na jakim się różnią. Jeśli Causwey Coastal Route sprawiła mi tyle satysfakcji, zastanawiam się, jak będę się czuła, przemierzając Wild Atlantic Way po zachodnim wybrzeżu Irlandii;)

2 komentarze:

  1. Jak miło było powrócić do tych cudownych chwil podczas naszej wyprawy:) Niesamowite wrażenia,a nawet przygody(strajk samochodu po "rollercasterowych"zjazdach i podjazdach na przylądek Torr Head:)) oraz niespodzianki pałacowo-hotelowe..Tak wdzięcznie to opisujesz,chce się tam wrócić i znowu chłonąć magię irlandii jednej i drugiej...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zawsze cudowne zdjęcia! A widok z małego domku na wzgórzu mnie rozbroił :) Agata

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz