poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Trekking na Księżycu


W jednym z moich przewodników przeczytać można, iż kraina Burren to obszar jedyny w skali Europy. Jeszcze w XVII wieku, jeden z adiutantów armii bezwzględnego Olivera Cromwella stwierdził "Dzika to ziemia. Ani tu wystarczająco wody, by utopić człowieka, ani tu drzewa aby go powiesić, ani nawet gleby, żeby go pochować".
W tak dziwnym parku narodowym nigdy wcześniej nie byliśmy. O istnieniu płaskowyżu dowiedzieliśmy się z programu przyrodniczo-edukacyjnego BBC. Przy okazji wizyty w Galway, nadarzyła się okazja, by nareszcie zobaczyć go na własne oczy!
Księżycowy krajobraz, usiany skałami i szczelinami. Łyse wzgórza, w kształcie, przypominające kopułki lub kopce. Obfite w dziurki i zagłębienia, wapienne połacie. Ślady prehistorycznego osadnictwa w postaci dolmenów (grobowce megalityczne przypominające kamienne stoły, zbudowane z głazów). Choć na pierwszy rzut, kraina wydaje się sroga i nieprzyjazna, warto dać jej szansę! Można spotkać tam aż 1400 gatunków roślin - zarówno tych ciepło jak i zimnolubnych. Szczerze mówiąc, ciężko sobie to miejsce wyobrazić (próbowałam lecz i tak okazało się zupełnie odmienne!). Najlepiej się tam wybrać! My zdecydowaliśmy się na trekking, by lepiej poznać tę "skalistą ziemię".

 Początek 7-kilometrowego trekkingu w Parku Narodowym Burren
 zbliżamy się do pierwszych wapiennych wzgórz
 chłopaki sprawdzają jak biegnie nasz szlak;) wybraliśmy zaawansowaną (łatwa była!) trasę niebieską, który biegnie wokół wzgórza Mullaghmore (tego za chłopakami)
 Pomiędzy głazami oraz w wyżłobionych przez wodę, szczelinach skalnych rosły rozmaite roślinki i kwiatuszki. Żebym tylko znała te wszystkie nazwy. Niestety, botanik ze mnie marny!
 Wędrujemy po księżycu:) W parku spotkaliśmy ledwie kilka osób. Nie jest to zbyt popularne miejsce, turyści wybierają raczej Park Narodowy Connemara. Dzięki temu, otaczała nas odprężająca cisza. Po pracowitym tygodniu, przyjemnie maszerowało się na łonie natury:)
 Coraz wyżej. Zaczyna się wspinaczka. Na szczęście, przed nami tylko 180 metrów podejścia!
 takie cudeńka napotykaliśmy na każdym kroku
to niesamowite skalne podłoże towarzyszyło nam przez cały trekking
 Dlatego właśnie, wybierając się do Burren warto założyć wygodne obuwie trekingowe, czyli NIE takie jak moje! Niestety, jak już pisałam w poście o klifach, moje "super niezawodne buty" przemokły do cna i schły jeszcze cały następny dzień. Nie miałam wyjścia...
 Widok na okolice:) cały płaskowyż obejmuje około 160km2
 To jeszcze nie koniec wspinaczki! Dopiero pierwsza "warstwa tej tortowej" góry za nami.
W pewnym momencie zaczęło przedzierać się słoneczko!:)
 Zdaję sobie sprawę, że niektórym krajobraz ten może wydawać się strasznie monotonny, jednak zanim ocenicie, najpierw się wybierzcie - to miejsce inne niż wszystkie!
 sielskie klimaty:)
Chłopaki stoją już na ostatniej "warstwie" wzgórza!
Widoki przypominające naszą Jurę Krakowsko-Częstochowską;) Tyle że bez Orlich Gniazd. Podobno, za całkowity brak drzew, odpowiedzialni są ludzie pierwotni, którzy przybyli tu jeszcze 6 tysięcy lat temu i niemal wszystkie wycięli...
 Zdobywcy wzgórza Mullaghmore - tylko polskiej flagi brakuje!;)
 Zasłużony odpoczynek!
 Filmowa sceneria, od której ciężko oderwać wzrok!
 Moim zdaniem, księżycowy Płaskowyż Burren to obszar niepowtarzalny i intrygujący! Jeśli jest to unikat w skali europejskiej, tym bardziej cieszę się, że udało się nam tam dotrzeć! Mam wielką nadzieję, że jeszcze tam wrócimy wdrapać się na inne "tortowe" wzniesienia oraz odwiedzić pobliską jaskinię krasową Doolin Cave.
Choć w ciepłym świetle słońca płaskowyż wydawał się bardziej malowniczy, podobała mi się nasza zmienna, raczej szara pogoda, która podkreślała tylko nastrój tej skalnej krainy... Polecam wszystkim, którzy znajdą się w okolicy - Moherowe klify robią oczywiście wrażenie ale nie zapominajcie, że stanowią nieodłączną część księżycowej krainy Burren. Płaskowyż zwieńczony jest klifami od zachodu, ucięty, jakby na tym odcinku kończył się świat.  Miejsce jedyne w swoim rodzaju!

niedziela, 16 sierpnia 2015

Galway. Stolica Buskersów


Ludzie, ludzie, wszędzie ludzie! To pierwsze, co rzuciło się nam w oczy, gdy po pierwszej nocce w Galway (spaliśmy u Bartka, kolegi z czasów Erasmusa - jeszcze raz dziękujemy!:)) wyszliśmy na miasto. Tym razem ludzie - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. I nie, że tylko turyści (choć fakt, wielu ich tam). Ludzie młodzi. Ludzie z różnych stron świata (wielu studentów). Ludzie uzdolnieni. Ludzie śpiewający, grający i rzeźbiący! Ludzie kreatywni. Ludzie o duszach artystów:)
Towarzyszyli nam na każdym kroku. W czasie naszych spacerów, wielokrotnie przystawaliśmy, obserwowaliśmy, zasłuchiwaliśmy się... Przy pewnej grupce buskersów (grajków ulicznych) niemal mowę nam odjęło. Nie chciało się nam stamtąd odchodzić! Grali tak pięknie, że ich melodie do dziś przelatują mi przez głowę (dobrze, że mamy płytki - z muzyką tradycyjną i filmową). Już chyba zawsze będą mi się kojarzyły z tamtymi stronami...
Swoją drogą uwielbiam przypisywać muzykę/piosenki/melodie do wyjazdów, destynacji i okresów wakacyjnych. Później, kiedy grają w radiu jakiś znany mi dobrze kawałek, myślę... Jak pięknie było wtedy w Grecji.. Albo: Ach! Jeździliśmy akurat autostopem po Sycylii Zachodniej... Czy Wy też tak macie?!;) Chyba każdy wyjazd z jakimś utworem mi się przyjemnie kojarzy. Tymczasem, zapraszam na nasz urozmaicony pokazami, spacer po Galway:)

 lokalizacja na mapie
 Pyszna, poranna kawka w Jungle Cafe, która postawiła nas na nogi:)
 Mirek na wczasach;)
 Ktoś miał świetny pomysł z tą tropikalną knajpeczką!
 pełen życia i ludzi skwer Eyre w centrum Galway:)
Choć jest to trzecie, co do wielkości miasto Irlandii, trzeba przyznać, że posiada "duszę miasteczka" i wydaje się niezwykle kameralne! Uwielbiam miejscowości, które uderzają swym temperamentem!:)
W pobliżu kościoła św. Mikołaja, przypadkowo natknęliśmy się na weekendowy bazar. Mówi się, że w świątyni tej modlił się Krzysztof Kolumb, zanim wyruszył przez Atlantyk "do Indii".
 Warto zwrócić uwagę, że kolegiata św. Mikołaja jest największym zachowanym kościołem w Irlandii z okresu średniowiecza.
Maszerujemy, a z wszystkich stron dobiegają nas dźwięki muzyki!
Ze względu na liczne pokazy, pomyślałam sobie, że Galway to takie centrum kultury na wyspie. Centrum, które aż wibruje od wydarzeń, które mają tu  miejsce w ciągu roku. Liczne koncerty,  intrygujące festiwale o różnej tematyce (sztuki/ostryg/filmów/teatrów ulicznych/literatury), słynne wyścigi konne, występy grup folkowych...
Murale na jednym z budynków w centrum - barwne kolory kamieniczek i sklepowych witryn dodatkowo potęgują artystycznego ducha miasta. Tak, jakby Galway każdego dnia świętowało;)
Galway to miasto uniwersyteckie - na ulicach widać głównie młodzież:) Studenci to jedna czwarta populacji miasta!
starówka w irlandzkim wydaniu:)
spacerujemy po dzielnicy łacińskiej - najstarszej części miasta
Hiszpański Łuk - fragmentu starych murów miejskich z XVI w. To tutaj rozładowywano towary m.in. beczki wina oraz rumu.
wędrując wzdłuż rzeki Corrib
zbliżamy się do katedry
marmurowe wnętrza z błękitną kopułą
rockowy street art
A ten artysta, przez jakieś 3 godziny rzeźbił z piasku świnię z prosiętami;) Zdziwilibyście się, ile przez ten krótki czas zarobił. Sami byliśmy w szoku, ludzie wrzucali mu mnóstwo kasy! 
My jednak natknęliśmy się na swych faworytów nieopodal. Ujrzeliśmy nagle dziewczynę z harfą. Tego instrumentu nie widuje się zbyt często. Artystka akurat zrobiła sobie przerwę. Postanowiliśmy zaczekać. Ta harfa nas zaciekawiła. Kiedy zaczęła grać melodię z filmu "Amelia" (towarzyszyli jej chłopaki z akordeonem oraz cajonem (z hiszp.) oraz kontrabasista), myślałam że padnę. Nazywają się "Harfa, akordeon i brzydal";) Czasem grają we dwoje, czasem nawet w szóstkę. Niesamowity klimat. Staliśmy tam a oni zagrali kilka świetnych kawałków z muzyki filmowej! Teraz słuchamy ich w samochodzie;)
Szczerze polecam posłuchać:)

To kim tak w zasadzie są ci buskerzy? To zwykle ludzie młodzi - artyści uliczni, którzy żyją "z dnia na dzień". To ich sposób na życie. Lubią to co robią, dlatego grają nie tylko dla zarobku (zresztą z zarobkami tymi różnie bywa - trzeba być naprawdę dobrym muzykiem, by mieć stałe dochody) ale także po to, by uszczęśliwiać ludzie. To ich pasja, praca, styl życia. To co zarabiają z występów, wydają na przeżycie a także alkohol, używki czy imprezy. Kochają wolność. Można by porównać ich do hippisów. Kiedy znudzi im się w jednym miejscu, jadą dalej. Kolega nam opowiadał, że latem w Galway buskerzy często śpią na plaży (a jak nie to gdzie się da). W teorii buskerzy wspierają się nawzajem, można by rzec, iż żyją w pewnego rodzaju wspólnocie. W praktyce bywa różnie, jak to w życiu. Ale słyszeliśmy, że buskerzy z Galway raczej trzymają się (imprezują;)) razem.

Bez wahania stwierdzam - dla mnie Galway to najciekawsze, najbardziej ekscytujące oraz najbardziej przyciągające, wśród miast, które do tej pory w Irlandii odwiedziliśmy. Mam duży niedosyt. Ledwie liznęliśmy tamtejszych klimatów. Co najlepsze - z jednej strony nieustannie coś się tam dzieje, z drugiej zaś, ani wielkość miasta ani liczba mieszkańców nie przytłaczają. To stolica młodych dusz. Dusz artystycznych i inspirujących! Teraz już wiem, gdzie w Irlandii chciałabym pobyć dłużej, wczuć się w atmosferę, a wręcz pomieszkać:) 

sobota, 15 sierpnia 2015

Mokre Mgliste Moherowe


Od dawna chcieliśmy zobaczyć miasto Galway! Odkryć zachód wyspy, udać się w tamte strony... Kiedy podjęliśmy decyzję, że w weekend za dwa tygodnie jedziemy, nie mogłam się doczekać! Zaczęłam opracowywać trasę a kolega Bartek, którego poznaliśmy jeszcze na Sycylii, zaprosił nas do siebie i obiecał przenocować (dziękujemy Bartek!). Już raz pogoda pokrzyżowała nam plany (jakie to typowe). Tym razem nic by nas nie powstrzymało, ani wiatr, ani deszcz, ani huragan;)
Ze wschodu na zachód wyspy trochę się jedzie, średnio 3-4 godziny! Wynagradzają jednak widoki. Po drodze podziwiać można cały asortyment krajobrazów w irlandzkim wydaniu. Miasteczka z kolorowymi witrynami, pola, łąki, doliny, rzeczki oraz stare zamki i wieże obronne. Czym bardziej zbliżaliśmy się do Atlantyku, tym bardziej psuła się pogoda (nawet bardzo typowe). Pierwszy punkt naszej wyprawy spowity był grubą warstwą chmur. Kiedy zajechaliśmy na Klify Moher, lunął deszcz. Cóż, byliśmy przygotowani na najgorsze;) Z reguły, czym mniej człowiek oczekuje, tym lepiej!

zaplanowana przeze mnie trasa
 nasza przeprawa ze wschodu na zachód
No i są! Nareszcie! Co prawda w deszczu i mgle, ale i tak pięknie się prezentowały! (Osoby bez samochodu, mają wstęp na klify praktycznie za darmo. My byliśmy autem i niestety musieliśmy gdzieś je zaparkować. Parking i visitor centre 6euro za osobę. Jeśli jesteście całą rodziną lepiej żeby parkował sam kierowca, reszta może opuścić samochód przed wjazdem na parking i zaczekać. Może gdyby tak nie padało, zatrzymalibyśmy się w większej odległości od cudu natury, zrobilibyśmy spacer i uniknęlibyśmy opłat. Mądry Polak po szkodzie...;) Następnym razem wybierzemy się w pogodę;))
Ta mgiełka nadawała im magicznej aury. Trzeba było jednak bardzo uważać! Klify te, nawet w dobrej pogodzie nie są bezpiecznym miejscem do wędrówek. Potęga oceanu działa. Silna abrazja powoduje podmywanie i niszczenie dosyć sypkich, łatwo ulegających erozji, wapienno-piaskowcowych skał. Kamienne półki kruszą się i zawalają. Nieraz ginęli tam ludzie. Jakiś miesiąc temu z klifów spadł 14-latek. Inna sprawa, że na urwiska przybywa wielu samobójców... Organizatorzy turystyki na klifach są bezradni, choć starają się ostrzegać i upominać, nie są w stanie przypilnować wszystkich. A że wielu ludzi nie myśli i ryzykuje... Cóż mogą począć.
W związku z tym, że Mirek na Moherowych już kiedyś był, najpierw ruszyliśmy w lewo (większość turystów najpierw kieruje się na prawo). Ku naszej radości, dzięki mniejszej popularności lewej ścieżki a także za sprawą deszczu, chwilami mieliśmy klify niemal na wyłączność!
Po jakimś czasie, chyba specjalnie dla nas;), na jakieś 20 minut przestało padać (aparat i tak zdążył mi trochę zaparować). Co prawda mokrzy byliśmy do suchej nitki, z obłoconymi spodniami oraz wodą chlupiącą w butach (moje nieprzemakalne buty ZNOWU przemokły;)), byliśmy szczęśliwi. Pod wielkim wrażeniem majestatycznych Moherów! Szum oceanu, skrzek mew, zapach soli, pieniące się grzywy fal - z hukiem rozbijające się o falezę... Niezapomniane wrażenia!
Wprawdzie podziwiałam już kiedyś Atlantyk, z Przylądka Roca w Portugalii ale wówczas zapadał zmierzch, widoczność spadła prawie do zera. Raczej słuchałyśmy oceanu niż podziwiałyśmy go. Z pewnością Klify Moherowe zapamiętam lepiej! Jeszcze tam wrócimy:)
księżycowy krajobraz
malutcy i bezbronni w konfrontacji z dwustumetrowymi klifami
wędrujemy - przy dobrej widoczności, z klifów obserwować można Wyspy Aran oraz szczyty wzgórz Connemara
Klify Moher ciągną się na 8km wzdłuż lądu. Stanowią zachodnią część niesamowitego Płaskowyżu Burren (na który udaliśmy się następnego dnia). Wspólnie z płaskowyżem, tworzą Geopark pod banderą UNESCO (nie oznacza to jednak, że są na liście!).
Co ciekawe, wnętrze visitor centre zostało wydrążone w zniesieniu. Dzięki czemu, że znajduje się w jaskini, nie zakłóca  naturalnego krajobrazu klifów. Plus dla architekta!
komercyjna restauracja z ciekawym oknem, w której oczywiście nie zjedliśmy- udaliśmy się do pubu:)
Po spacerze na klifach grzejemy się w pubie! Przy herbacie i piwku;) Podekscytowani Irlandczycy, jak zwykle oglądali rugby w telewizji i nic innego (poza piwem) ich nie interesowało;)
Chłopaki zamówili mięso (w karcie napisali że to boczek!?) z kapustą w jasnym, kremowym sosie, jak spróbowałam to tradycyjnie, zaczęłam zazdrościć im wyboru;) Zawsze chce się to, czego się nie ma;)
 Ja z kolei skusiłam się na rozgrzewający Irish Stew. Narzekać nie mogłam, był pyszny, ciepły i co najważniejsze, było go dużo!
następny odcinek naszej trasy
 Zdecydowaliśmy się na krótki przystanek w miasteczku Kinvara
Moim głównym celem w Kinvara, było odnalezienie ciekawie pomalowanego sklepiku, który niegdyś namalowała moja Mama (zdjęcie wzięła z albumu o Irlandii). Niestety nie podołaliśmy. Jedna pani powiedziała, że ten sklepik już chyba nie istnieje... Przemalowali go czy coś...szkoda!
 Mimo to, miasteczko było naprawdę urocze i pełne barw:)
Kolorowe puby przyciągały uwagę i wołały - "chodź na piwko na przeciwko, tam jest mały bar, wypijemy tam, piwko sam na sam";)
Postanowiliśmy jednak, że na zasłużone piwko udamy się już w Galway. Pomału zapadał zmierzch a przed nami wciąż było trochę kilometrów. Ruszyliśmy na północ!
Pierwszy wieczór w Galway (Pub Tig Coili) i już napotkaliśmy towarzystwo:) Irlandczyka, który niebawem przeprowadza się do Stanów (namawiał nas na to samo;)) oraz Węgierkę, która wkrótce przeprowadza się do Chin, uczyć dzieciaki angielskiego:) Sympatycznie się z nimi gadało!
W Pubie The Crane słuchaliśmy natomiast tradycyjnej muzyki irlandzkiej:) Bardzo udany wieczór! Od razu rzuciło się nam w oczy jak ciekawie i bujnie toczy się życie w Galway. Z pewnością jeszcze tam wrócimy, a kto wie, możliwe, że nie tylko na kilka dni;) W przygotowaniu kolejne posty - spacer po mieście Galway oraz trekking w jednym z najdziwniejszych parków narodowych, w jakim kiedykolwiek byliśmy!:)