poniedziałek, 27 lipca 2015

Droga do szczęścia

Oglądałam ostatnio "Drogę do szczęścia" (tytuł oryginalny to Revolutionary Road, co można rozumieć jako drogę przewrotną, radykalną, przełomową) z Kate Winslet i Leonardo DiCaprio w rolach głównych. Akcja toczy się w latach 50' XX wieku. Film opowiada o młodym, amerykańskim małżeństwie, mieszkającym na przedmieściach Connecticut z dwójką dzieci. Choć z pozoru ich życie wydaje się idealne, czegoś ważnego ewidentnie w nim brakuje. Państwo W.  męczą się (ba, można nawet stwierdzić, że marnieją w oczach) w przyjętych przez siebie rolach - on, nie znosi firmy, w której pracuje; ona z kolei, z biegiem lat, przeistoczyła się w znudzoną kurę domową.

Czy takiej egzystencji niegdyś pragnęli?

Pewnego dnia, w 30-te urodziny Pana W., podejmują decyzję o przeprowadzce do Paryża, miasta, w którym "można wszystko". Od tego momentu ich nastawienie do życia zmienia się diametralnie. Budzą się niczym z zimowego letargu. Załatwiają dokumenty, wystawiają dom na sprzedaż. Na myśl o zmianach i wyjeździe, uśmiechy nie schodzą im z twarzy. Ich związek znów rozkwita. Powraca dawna namiętność. Ogarnia ich szczęście, kiedy zdają sobie sprawę, iż wkrótce uciekną od "beznadziejnej pustki dotychczasowego życia". Życia, jakie wiodą wszyscy ich znajomi.

Kiedy o swoim pomyśle opowiadają przyjaciołom, wszyscy pukają się w czoło. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby rzucić dobrze płatną pracę, a następnie opuścić atrakcyjny dom, na rzecz, jakże niepewnej, przyszłości za oceanem? Nikt nie pojmuje tej "niedojrzałej" dziecinady. Nikt, poza leczącym się psychicznie synem sąsiadki, który patrzy na nich z nieukrywanym podziwem. "Wielu ludzi dostrzega pustkę, ale trzeba mieć jaja, żeby ujrzeć beznadziejność" - mówi.

Sytuacja zmienia się w momencie, kiedy Panu W. proponują awans, zaś Pani W. zachodzi w ciążę. Podłechtany w pracy mąż, zaczyna pomału wycofywać się z chęci wyjazdu. Jednocześnie, cały świat jego żony rozsypuje się na kawałki. W jednej chwili wszystko traci dla niej sens. Pomimo kłótni, błagań, łez i rozsądnych argumentów, wracają do rzeczywistości z początku filmu. Później jest już tylko gorzej. Nie zdradzę zakończenia, obejrzyjcie sami.

 Państwo W. opowiadają dzieciom o swoim pomyśle
(źródło http://scotch-or-duct-tape.blogspot.ie/2012/10/movie-thursdays-revolutionary-road.html)

Choć może wydać się to śmieszne. Tak mocno, jak ekscytowałam się razem z Państwem W. ich pomysłem na zmiany i ucieczkę od nijakości, tak później, niemal na równi z Panią W., przeżywałam klęskę z powodu utraconego marzenia, zamiecionego pod kupkę banknotów z premii Pana W.

Film, (polecam bardzo) z pozoru banalną historią, wywołał we mnie wiele emocji (nie spodziewałam się nawet, że później tak często będę o nim myśleć!) Skłonił do refleksji i utwierdził w przekonaniu - jakiego życia pragnę, a jakiego za żadne skarby nie chcę wieść. Nie potrzebuję czterech kątów na kredyt, wypełnionych po brzegi gadżetami, czy też markowymi ubraniami. Odkąd na jednej walizce, przetrwałam pięć miesięcy na Sycylii, uświadomiłam sobie, jak łatwo bez tych wszystkich rzeczy się obejść. Nie tęskniłam za szafą zapchaną po brzegi (ba, po powrocie byłam w szoku, że można mieć tyle ciuchów). Nie tęskniłam za telewizorem (teraz też go nie mamy i nie zanosi się, by coś w tej kwestii się zmieniło). Nie tęsknię za milionem przedmiotów, jakie trzymałam u siebie w pokoju. Jedyne, czego naprawdę mi brakuje, to wszystkich książek i pamiątek z podróży (chociaż niektóre są tutaj z nami!). Zaczęłam uczyć się minimalizmu i doceniać go. Coraz częściej zastanawiam się w sklepie - czy na pewno tego potrzebują? Czy będę szczęśliwsza jak kupię ten przedmiot? Po czym, po chwili namysłu, odkładam go z powrotem na półkę (jednocześnie wyobrażając sobie dokąd pojadę za odłożone w ten sposób fundusze-wszystko idzie do wojażowej puszki;)).

Niestety, ludzie coraz częściej zapominają o swoich aspiracjach, celach, potrzebach  i pasjach. Sami stawiają sobie niezliczone ograniczenia. Sami blokują sobie drogę do spełniania marzeń. Sami mówią sobie NIE. A bo studia, a bo praca, a bo kariera, a bo uznanie szefa/koleżanki/sąsiada, a bo obowiązki, a bo kasa,  "a bo nie mogę", "a bo nie mam siły", a bo kredyt, a bo remont, a bo samochód, a bo czas. A życie ucieka i pewne rzeczy, których nie zrobimy teraz, nie zrobimy prawdopodobnie już nigdy. I nie chodzi tu tylko o wyjazdy. Ktoś może marzyć o skoku ze spadochronem, wspinaczce na Kilimandżaro, wolontariacie, nauce tańca brzucha, kursie chińskiego...

Kiedy zastanowię się nad tym głębiej, wprost przeraża mnie cały ten, wszechobecny wyścig szczurów, cały ten konsumpcjonizm, masówka i życie na pokaz. Najbardziej zaś zdziwienie w oczach, kiedy oświadczam w towarzystwie, że jesteśmy w Irlandii po to, by zarabiać na podróże. Nie na mieszkanie. Nie na super brykę. Nie na to, co będzie. Na to, co jest teraz. Bo teraz nie trwa i nie będzie trwało wiecznie...

Każdy sam toruje swoją własną drogę do szczęścia. Grunt, żeby w całej tej codzienności pamiętać jeszcze o swoich marzeniach, o samorealizacji i spełnianiu siebie. Zastanówcie się, czego pragniecie najbardziej i już dziś zacznijcie do tego dążyć. Bo potem może być za późno!

czwartek, 16 lipca 2015

Dublin nie rzeką, a piwem płynie...

Lubię nazywać Dublin kameralną stolicą. Choć miasta małym nazwać nie można, nie jest to zdecydowanie moloch (jak Londyn, Rzym czy Berlin). Nie znajdziecie tam milionów, a jedynie setki tysięcy mieszkańców. Liczbą tubylców, tylko trochę przerasta Szczecin, choć pod względem powierzchni jest od niego dwa razy mniejszy! Czasem mam wrażenie, że w Irlandii wszystko jest w wersji 'kieszonkowej'. W Dublinie brakuje wieżowców i drapaczy chmur; spotkać można za to liczne mosty.  Nie ukrywam, że brakuje mi często tej wielkomiejskości.

Wróćmy jednak do dawnej osady wikingów, położonej nad rzeką Liffey. Gdyby to zależało od Irlandczyków, a nie Matki Natury, z pewnością w jej korycie płynąłby ciemny, kremowy Guinness. Oni zaś, rozłożeni nad bulwarem, raz po raz, sięgaliby leniwą ręką po kolejną pintę tego, narodowego trunku. Dlaczego nie piliby przez długie, wygodniejsze w tym celu słomki? Otóż rzecz tkwi w pincie, a tu - na wsypie, z pintą się nie dyskutuje. Zamawiając w pubie pół pinty lub tzw. małe piwo, łatwo narazić się na pogardliwe spojrzenie barmana. (Jeśli nie chcesz, by później wytykano Cię palcami, zawsze zamawiaj po irlandzku - pintę!)


Wyczytałam ostatnio, że w Dublinie jest 666 licencjonowanych pubów. Innym razem słyszałam, iż gdzie nie pójdziesz, w stolicy Irlandii zawsze będziesz w odległości około 100 metrów od najdalszego pubu. Czy człowiek tego chce, czy nie, jakiś pub zawsze znajdzie się pod ręką. Spacerując po Dublinie, ma się wrażenie, że dominują w krajobrazie miasta. Te wszystkie kolorowe witryny z nazwiskami właścicieli i końcówką Inn (zajazd). Ciężko je ominąć! Tak, jak w Polsce nieustannie i z wszystkich stron osaczają nas banki i apteki, tak w Dublinie ciężko opędzić się od pubów. Wygląda na to, że Irlandczycy lepiej pojmują podstawowe ludzkie potrzeby.

A może to kwestia różnic kulturowych. Kiedy za oknem deszcz, a Polakowi siąpi w nosie, z krzywą miną maszeruje do bankomatu, by wybrać pieniądze na lekarstwa, które wyda w najbliższej aptece. Dobrze zatem, że ma ich pod dostatkiem. Kilka w promilu 100m. Kiedy zaś niemrawo czuje się Irlandczyk, zarzuca kurtkę z kapturem i radosnym krokiem zmierza do pubu. Czeka tam na niego grono znajomych oraz zbawienne lekarstwo w płynie, marki Guinness.  

W samym centrum, na prawym brzegu rzeki Liffey, znajduje się zabytkowa dzielnica Temple Bar, znana chyba na całym świecie. To miejsce, które żyje własnym życiem, i którego nie można ominąć podczas pobytu w Dublinie (przy ograniczonym czasie, lepiej już odpuścić sobie Katedrę św. Patryka, do której wstęp jest droższy niż pinta piwa w pubie). Pragniesz zobaczyć prawdziwą naturę Irlandczyków? W dzielnicy Temple Bar będziesz miał ku temu okazję;)

Jak widać, w rzece Liffey jednak płynie woda;)
w drodze do Browaru Guinnessa
Guinness Storehouse to świetnie zorganizowane muzeum. Można tam krok po kroku, piętro po piętrze, dowiedzieć się w jaki sposób powstaje słynne irlandzkie stout.
Cały budynek, który kształtem przypominać ma wielką pintę piwa, obejmuje w sumie siedem pięter, na górze zaś zwieńczony jest przezroczystym barem, skąd rozpościera się panorama Dublina:)
 tak wygląda to z oddali (fot. http://www.maldronhotelsmithfield.com/leisure-breaks-dublin-city.html)
W obecnym muzeum dawniej mieścił się zakład fermentacji, gdzie drożdże dodaje się do wywaru.
archiwalne zdjęcia, browar Arthura Guinnessa powstał jeszcze w 1759r
Kopia licencji, podpisana przez Arthura Guinnessa na 9 tysięcy lat;) Jeszcze trochę mu zostało!
Całe muzeum to wręcz kopalnia ciekawostek z pierwszej ręki.
Poznajemy główne składniki Guinnessa: Jęczmień, chmiel, drożdże oraz wodę z Gór Wicklow
Jakby nie patrzeć, to świetny przykład turystyki industrialnej:)
widok z muzeum na sąsiadujący Browar Guinnessa
Podobało mi się, że obiekt poznaje się niemal wszystkimi zmysłami: jest pomieszczenie do wąchania, jest do smakowania, dotykania, słuchania, jest i do patrzenia:)
Można tu w przyjemny sposób odświeżyć sobie wiedzę z historii np. o początkach rewolucji przemysłowej i transportu a także dowiedzieć się co nieco o produkcji beczek czy marketingu;)
Jedno z pięter poświęcone było marketingowi i popularnym reklamom Guinnessa:) W Irlandii spotyka się je na każdym kroku: tego typu bilboardy wiszą w pubach oraz na ulicach.
Widok na Dublin z ostatniego piętra - przeszklonego baru:) W cenie biletu każdy dorosły otrzymuje jedną darmową pintę. Oczywiście koszta biletu są proporcjonalnie wysokie dla tej przyjemności, ok 18euro. By zaoszczędzić po 2 euro na głowę, warto wcześniej zamówić przez Internet.
pamiątkowe zdjęcie musi być:)
Irlandczycy, okupujący puby. "Devote to beer" - poświęć się piwu, jak głosi nazwa baru;)
Kiedy już zostaniesz przeszkolony z historii i składu Guinnessa a także nauczony podstaw jego degustacji, wybierz się koniecznie na ćwiczenia praktyczne w terenie - najlepiej do samego serca Dublina - świątyni pubów Temple Bar. Daj się ponieść;) Tak i my uczyniliśmy odwiedzając 3 puby jednego wieczoru! Jeśli chcesz dobrze poznać naród Zielonej Wyspy, oto właśnie jego kwintesencja!
Dzielnica Pubów Temple Bar - mapka orientacyjna
wiecznie zatłoczone, wnętrze słynnego Tempe Bar
W uliczkach setki młodych, roześmianych ludzi, niekiedy tańczących, innym razem śpiewających;) W powietrzu charakterystyczny zapaszek zielonej Maryśki;) Iście podniosła atmosfera! Czyży jakieś święto, festiwal, obchody? Niekoniecznie. W Dublinie tak już po prostu jest na co dzień:) Jeśli chcecie zobaczyć, jak nastrój ten kumuluje się 17 marca, zajrzyjcie tutaj Dzień Św. Patryka
Niemal na każdym rogu jakiś street performance. Nie ma się co dziwić. Tak właśnie zaczynali muzycy z The Cranberries, U2 oraz wielu innych;)
jest i wąska, klimatyczna uliczka:)
wtapiamy się w irlandzki tłum i znikamy gdzieś w pubie ;)
Dzień następny. Przechadzamy się z Mamą po Grafton Street
to słynny pasaż handlowy usiany butikami
Podobnie jak w Toruniu na rynku, mnóstwo tu sklepików i kwiaciarek.
 Widok na Grafton Street od strony jednego z dublińskich parków. W roku 2008 ulica ta znalazła się w pierwszej piątce, najdroższych pod względem wysokości płaconego czynszu, ulic świata;)
 Park St. Stephen's Green
Pod teatrem Gaiety - chętnie wybrałabym się tam na jakąś ciekawą sztukę!
  Niestety, teatr do samego zwiedzania dostępny nie jest - szkoda, gdyż uwielbiam takie miejsca!
Oto wnętrze, może kiedyś uda mi się zobaczyć je na żywo (fot. http://atalirlanda.blogspot.ie/2013/09/riverdance-2013.html)
  zastanawiałyśmy się z Mamą, cóż kryje ten biały budynek o niesamowitej architekturze...
okazało się, że to centrum handlowe, bardzo oryginalne także i wewnątrz, warto choć zajrzeć! 
  Generalnie kocham odwiedzać zamki, jednak ten dubliński jakoś mnie nie przekonuje. Jest dziwaczny. Ni to kamienny, ni to kolorowy, ni stary ni nowy. Z jakimś takim nijakim dziedzińcem. Nie przypadł mi do gustu już za pierwszym razem i osobiście nie polecam. Czytałam gdzieś, że nawet Dublińczycy go nie lubią. Przez wiele lat w zamku urzędowali Anglicy, zapewne dlatego;)
początki zamku, wcześniej warowni, datowane są na XIII w
 nawet w tak wąskim przesmyku można natrafić na pub;)
 I znów docieramy nad Rzekę Liffey - podobno to główne źródło wody pitnej w stolicy! Gdyby to rzeczywiście był Guinness, to jeszcze bym zrozumiała, ale ta brudna woda! Nie do wiary!
po drugiej stronie rzeki (północna część Dublina)
Charakterystyczny, żelazny, biały mostek Ha'peeny, pochodzi jeszcze z 1816r. Niegdyś, za jego przekroczenie  należało uiścić opłatę - pół pensa. Stąd i nazwa:)
Most O'Connella - swoją drogą, w pobliżu znajduje się się świetny pub o tym samym nazwisku;)

Myślę, że jeszcze nie raz zajrzymy do Dublina, a wówczas wpis ten będę uzupełniać o nowe zdjęcia i ciekawostki. Wciąż wiele w stolicy pozostało nam do odwiedzenia! Marzy mi się biblioteka w Trinity College, stare miejskie więzienie oraz destylarnia Whisky Jameson:) Wszystko przed nami! 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Cytat na lipiec

"Posiadaj tylko to, co zawsze możesz ze sobą zabrać: poznawaj języki, poznawaj kraje, poznawaj ludzi. Pozwól swej pamięci być Twym jedynym bagażem w podróży"
Aleksander Solzhe

Góry Blackstairs, Irlandia