poniedziałek, 26 stycznia 2015

Tradycyjnie w Corcoran's

Nie ma przesady w stwierdzeniu, iż  rozrywkowe życie Irlandczyków kręci się wokół pubów. Tak jak w Italii, Włochów ciągnie na aperitivo, tak Irlandczyków na wyspie - do miejscowych pubów. Czy to w weekend, czy też w dni robocze - jednego Guinnessa można się napić (a może i ze dwa) ;) A jak nie Guinnessa, do wyboru mamy jeszcze inne piwa: Beamish, Smithwick (Kilkenny) czy Murphy. (Jestem w trakcie próbowania wszystkich po kolei!). Warto dodać, iż Irlandia zajmuje czwarte miejsce w Europie, pod względem konsumpcji litrów piwa na jednego mieszkańca;)
Co więcej (i bardzo mi się to podoba), przynajmniej dwa razy w tygodniu, w niemal każdym pubie posłuchać można muzyki na żywo. I co najlepsze, w niektóre dni także tej tradycyjnej - irlandzkiej :)


krótki filmik - akurat pan śpiewał ;)

W ostatni czwartek wybraliśmy się do jednego z najstarszych pubów w okolicy (znajdującego się w Irishtown, w starej dzielnicy miasteczka New Ross). Corcoran's to pub z tradycjami, które sięgają dwóch stuleci wstecz! Prowadzony jest od pięciu generacji przez tę samą rodzinę. Tak się składa, że nawet marynistyczne akcenty wystroju mają tutaj wymiar historyczny. W związku z tym, iż dziadek obecnego właściciela był agentem okrętowym, niemal każdy obywatel z tutejszych stron, który zdecydował się w przeszłości na emigrację do Ameryki bądź Australii, w pierwszej kolejności lądował u Mike'a. Mik'a Corcoran'a. To on bowiem pomagał delikwentom w załatwianiu wiz i biletów. Dlatego dziś, na ścianach wisi wiele pamiątek związanych z morzem. 


Pub'owa atmosfera aż unosi się w powietrzu. Panuje przyjemna wrzawa. Nie za głośno, nie za cicho. Wnętrze obfituje w przytulne zakamarki. Kto ma ochotę, może nawet ogrzać się przy kominku. Jeszcze do niedawna stała przy oknie świąteczna choinka. W jednym z kątów ustawiono stary zabytkowy zegar stojący (boski, jestem w nim zakochana!). W czwartki odbywają się irlandzkie wieczorki - emeryci z New Ross spotykają się wówczas u Corcoran'sa, żeby pograć na instrumentach klimatyczne melodie z Zielonej Wyspy. Czasem kogoś natchnie i zaśpiewa z melancholią, czasem i nawet zaprzyjaźniona kobitka zagra na flecie. Czy ktoś wsłuchuje się uważnie, czy też gawędząc z przyjaciółmi słucha tylko jednym uchem, zawsze wszystkim się podoba. Na koniec salwa braw, panowie muzycy cieszą się tutaj uznaniem i szacunkiem.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Autostopem do Kilkenny


Po naszej ostatniej (w listopadzie) nieudanej próbie przedostania się autostopem z Genui do Mediolanu, zdecydowaliśmy się wreszcie na autostop w Irlandii, nasz pierwszy od tamtej pory. Wybraliśmy się do stolicy sąsiedniego hrabstwa - Kilkenny.

Nazywane niekiedy 'Miastem z marmuru' lub 'Małym Edynburgiem', jeszcze przed przybyciem Normanów, Kilkenny było stolicą Królestwa Ossary. Co więcej, w latach 1642-1648 było stolicą całej Irlandii! Do dziś zachowało się wiele ważnych budowli oraz kilka fragmentów murów miejskich, pamiętających czasy średniowiecza. Obecnie, miasteczko tętni życiem za sprawą wielu pubów, knajpek i kawiarenek. Ponadto, to właśnie z  Kilkenny wywodzi się najlepsza drużyna Hurlingu, narodowego sportu Irlandii (o tym jednak napiszę przy innej okazji, najpierw musimy wybrać się na jakiś mecz!).      

nasza trasa: New Ross - Kilkenny - Waterford - New Ross, ok 110 km na stopa (najpierw z 5 km szliśmy we "właściwe" miejsce do łapania ;))
 te żółte drzwi... :)
 Zamek Kilkenny z lotu ptaka - od strony ogrodu róż
fot. http://www.kilkennycastle.ie/
 ogród różany przy zamku w Kilkenny
 teraz, zimą, raczej senny i przytłumiony
 Zamek ten zbudowany został jeszcze w XII wieku za sprawą Richarda de Clare. Następnie, na rozkaz Wilhelma Marshala (który poślubił córkę Richarda) zamek został rozbudowany. Hrabia ten,  był jednym z najsłynniejszych angielskich rycerzy tamtych czasów.
Warto wspomnieć, że miasteczko Kilkenny przez około 500 lat kontrolowane było przez angielsko-normańską Rodzinę Butlerów, która zamieszkiwała zamek aż do XIX wieku. Dziś portrety jej członków, można podziwiać w zamkowej galerii. Co ciekawe, dawniej zamek posiadał cztery ściany (miał wówczas wewnętrzny dziedziniec). Tak się składa, że to oddziały Olivera Cromwell'a ( U źródeł ) zniszczyły czwartą ścianę, przez co  dziś, zamek ma kształt litery "U". Przy zamku znajduje się także duży park miejski.
 rzeka Nore - ta sama, która wpływa do "naszej" rzeki Barrow
jedna z zamkowych baszt
Dom rodziny Butlerów (obecnie luksusowy hotel) znajduje się tuż przy zamku. Rodzina rezydowała na przemian, raz zamku raz w willi (np. kiedy w zamku trwały przebudowy).
wyroby ceramiczne w miejscowym centrum sztuki i rękodzieła
Ulica św. Patryka biegnie od zamku do miasteczka
zamek znajduje się nad samą rzeką - widok z mostu
 rycina  z XIX wieku
źródło http://upload.wikimedia.org
wałęsając się uliczkami
sklep z pamiątkami i gadżetami, dotyczącymi hurlingu
niska zabudowa panuje w większości irlandzkich miast
chyba tylko w Dublinie natrafić można na wieżowce
ruiny średniowiecznego kościółka
tajemniczy ogród
knajpki w centrum Kilknny
wąskie uliczki
pub przy pubie - esencja żywej Irlandii ;)
Czarne Opactwo
spacerując tak, odkryliśmy - naszym zdaniem - perełkę całego Kilkenny
weszliśmy do środku jednego z najstarszych kościołów w kraju, datowanego na początek XIII wieku, a naszym oczom ukazały się ogromne, zachwycające wiraże...
Popołudniowe słońce, akurat doskonale je oświetliło. Muszę przyznać, iż to jedna z piękniejszych świątyń, jakie wiedziałam w życiu! (a widziałam ich już tyle, że niektóre zlewają mi się i mieszają z innymi - tej jednak nie zapomnę!)
  urokliwe zakątki
idąc w stronę katedry św. Kanizjusza
jedna z niewielu zachowanych - cała uliczka z kamienia
(tutaj człowiek przez chwilę naprawdę poczuł się jak w średniowieczu)
katedra w stylu angielskiego gotyku wraz z niewielkim cmentarzem i dziwną wieżą, przypominającą raczej fabryczny komin ;) niestety wstęp do katedry płatny... za jakie grzechy, pytam!?
w oddali zamek, który dominuje nad miasteczkiem
stary arkadowym most - bardzo mi się podobał
To tyle jeśli chodzi, o nasze pierwsze odwiedziny w tym średniowiecznym, urokliwym miasteczku. Zapewne  nie raz jeszcze tam wrócimy i jeszcze dokładniej zgłębimy jego zakątki oraz historię. Wypadałoby też napić się piwa, w jednym miejscowych pubów a nawet lepiej - zwiedzić miejscowy browar! Musieliśmy jednak zacząć wracać, by zdążyć do domu przed zachodem słońca. Z sycylijskich doświadczeń wiemy już, że stopa po ciemku lepiej nie łapać, bo idzie ciężko lub wcale...

Co do pierwszych autostopowych wrażeń z Irlandii, jesteśmy zadowoleni, bo ostatecznie wszystko się udało. Trasę tę krótką przejechaliśmy w pierwszą stronę na raz (z panią Marzeną;)), w powrotną zaś na dwa (zabrali nas młodzi Irlandczycy). Trzeba jednak przyznać, że na podwózkę czeka się tu znacznie dużej niż w innych krajach. Momentami traciliśmy już nadzieję. Albo po prostu tak nam się trafiło. Może musimy dopiero przyzwyczaić Irlandczyków, do takiego sposobu podróżowania? ;)

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nieodzowny Towarzysz Podróży

Lubię podróżować we dwoje, lubię też w większym gronie (z rodziną, przyjaciółmi). Zdecydowanie nie jestem typem samotnego podróżnika (chyba byłoby mi zbyt smutno). Przyznaję bez bicia, że nie czuję się wystarczająco odważna, by podjąć się takiej samotnej eskapady. Cieszę się, kiedy mogą dzielić przygody z bliskimi lub ukochanym. Wtedy nabierają one dla mnie większego znaczenia. Miło jest później wspólnie wspominać wyjazdy, szalone przygody, a nawet razem oglądać zdjęcia.
Ciężko powiedzieć, czy sama zdecydowałabym się na Erasmusa na Sycylii (choć z całego serca kocham podróże,wyjeżdżając na długo, cholernie tęsknię za domem - istnieje zresztą pewien cytat, który doskonale określa taką przypadłość: Dalekie trzeba podejmować podróże, kochając swoje domostwo). Nie wiem, czy bez mojego Guliwera dotarłabym do tych wszystkich miejsc, w których razem byliśmy. A jeśli nie, to z rodzinką, z przyjaciółmi, sama? Szczerze mówiąc, nie jestem pewna. Choć raczej ciężko byłoby mi usiedzieć w jednym miejscu. Na szczęście, nie muszę się nad tym zastanawiać! Trafił mi się doskonały kompan! Na życie i do podróży:)

Mój towarzysz podróży jest wytrwały i dociekliwy, nigdy nie marudzi, chętnie zgadza się na większość moich zwariowanych pomysłów, potrafi spacerować i zwiedzać całymi dniami, polubił autostop i Couchsurfing, z ochotą wybiera dłuższe, niż krótsze ścieżki, jest elastyczny - raz jedziemy gdzieś sami, kiedy indziej odkrywamy zakątki w większym gronie. Coraz częściej wdaje się w rozmowy z nieznajomymi tubylcami, lubi próbować nowych smaków, zdarza mu się zapragnąć odpoczynku na plaży/łące/miejskim skwerku. Bywa wybredny, ale ma to swoje plusy. Nie lubi robić zdjęć, nieustannie powtarza, że wystarczą mu wspomnienia. Szanuję to.
W tym związku to ja dbam o fotki do przyszłych albumów (kocham własnoręcznie je wyklejać, wypisywać wspomnienia, przyklejać bilety, pocztówki i inne papierowe pamiątki) oraz o zdjęcia na bloga - bardzo mi to pasuję:) Idealnie się dopasowaliśmy. Mam wrażenie, że z wyprawy na wyprawę mój kochany kompan coraz bardziej otwiera się na świat i ludzi. Przecież jeszcze ze dwa lata temu nie nazwałabym go obieżyświatem, wędrowcem, autostopowiczem... a jednak!

Podobno, nigdzie nie poznasz nikogo tak dobrze, jak w podróży. Czasami nawet tej najkrótszej. Chcąc nie chcąc, wówczas przebywacie ze sobą 24h na dobę. W różnych sytuacjach, różnie się ludzie zachowują, różnie reagują, mniej lub bardziej się irytują. Zdarzają się nieprzewidziane okoliczności, które jedni biorą na klatę, innym zaś puszczają emocje. Po takich zdarzeniach najczęściej wie się od razu, czy kiedykolwiek wyruszy się jeszcze z daną osobą w podróż. Na szczęście, w czasie studiów, wraz z Maćkiem zmontowaliśmy grono przyjaciół, z którymi wiemy, że wyjedziemy jeszcze nie raz (można na nich polegać, są elastyczni, uśmiechnięci, gotowi na wszystko!). Również w gronie rodzinnym mamy takie osoby. Poza tym, chętnie jeździmy sami. Wtedy jesteśmy niezależni i możemy polegać tylko na sobie. No właśnie, dobrze to czy źle?

Myślę, że podróże we dwoje dobrze służą związkowi. Są niczym naturalne lekarstwo, zawierające łyżeczkę adrenaliny, zastrzyk entuzjazmu i syropek romantyzmu. Znam osoby, które po kilku miesiącach/latach związku zaczynają się sobą nudzić. Kiedy pierwsze motyle opuszczają żołądek, a do relacji wdziera się monotonna rzeczywistość, niektórzy najzwyczajniej odpuszczają. Pojawiają się pierwsze kłótnie, kryzysy, nieporozumienia... Nie będę się o tym rozpisywać, to nie jest blog psychologiczny, nie jestem terapeutką i nie zamierzam się wymądrzać. Przedstawię Wam po prostu, swój punkt widzenia. Coś, co moim zdaniem świetnie działa. Nic poradzić nie można, jeśli dwie istoty dobrały się niewłaściwie, wtedy prędzej czy później upadek nastąpi. Jeśli jednak chodzi wyłącznie o nudę, może warto by coś z tym zrobić? Tak się składa, że mam sprawdzony sposób.

W podróży wszystko robi się oraz przeżywa we dwoje. Poczynając od planowania, organizacji i przygotowań do wyprawy. Następnie wspólne zakupy i pakowanie. To jedne z moich ulubionych momentów, wypełnionych przyjemnym, wspólnym oczekiwaniem.
Później, już w samej podróży, spędzając razem czas, rozmawia się niekiedy dniami i nocami (bo podróże do tych rozmów w sposób naturalny stymulują, dostarczają tematów). Każdy wyjazd to odkrywanie siebie nawzajem. Człowiek myśli, że już tak dobrze zna drugą osobę, a na wyjeździe zauważa coraz to nowsze detale. Gada się o życiu, przeszłości, teraźniejszości, przyszłości, planach, marzeniach, przygodach, smakach, zapachach, o tym co się akurat widzi czy czuje. Gada się też o wspólnych problemach, nagle znajduje się rozwiązania, które nie przyszły nam na myśl w miejscu zamieszkania. To wszystko dzięki dystansowi i świeżemu spojrzeniu. Na wyjeździe na wszystkie sprawy zaczyna się spoglądać z innej perspektywy. Czasem też podziwia się niemożliwie piękny widok i najzwyczajniej w świecie, milczy we dwoje.
Każda podróż to również kompromisy, umiejętność, której warto się nauczyć. Potem, już po powrocie do domu, dużo łatwiej prowadzi  się dyskusje (zamiast kłótni), a konflikty rozwiązuje się bardziej pokojowo - szybciej, skuteczniej, grzeczniej (człowiekowi odechciewa się fochów, w podróży nie ma na nie czasu). Każdy wyjazd daje kopa pozytywnej energii, rozluźnia i uspokaja (to ważne, w dzisiejszym, pełnym stresów życiu, które najczęściej bywają przyczynami kłótni), pozwala na chwile uniesienia, podrzuca całą serię romantycznych momentów oraz ciekawych pomysłów.

Co więcej, podczas wycieczek, wspólnie uczycie się rozmawiać o pieniądzach oraz zarządzać nimi (to też przydaje się w codziennym życiu). Gdy kasa nie stanowi tematu TABU, gdy poznajecie swój wzajemny stosunek do niej, gdy okazuje się że nie jest ona taka ważna (jak wspólne chwile), naprawdę łatwiej się potem dogadać, gdy przychodzi nagle do kupna telewizora czy nowej komody. W podróży nie jesteście już wyłącznie słodką parką gołąbeczków. Stajecie się przyjaciółmi, partnerami, którzy nie mają dużego wyboru - muszą sobie pomagać, muszę się wspierać (w trudnych, nieoczekiwanych sytuacjach), muszą sobie ufać. Wspólne wyjazdy poszerzają horyzonty, wzbogacają i wzmacniają związek. Przygody, wspólna zabawa, inspirujące inicjatywy, nowe przyjaźnie oraz cała gama rześkich tematów do przegadania. Po powrocie czekają na Was wspólne wspomnienia, opowieści ze zdjęciami, kolejne plany i szersze spojrzenie na rzeczywistość. Każdy wyjazd stymuluje następny. Zawsze chce się więcej. To takie zamknięte koło, ale jakże przyjemne, uzdrawiające, uszczęśliwiające. Pełne wzruszeń, uniesień, zbliżeń i uśmiechów.
Oczywiście pojmuję, że nie każdy człowiek ekscytuje się wyjazdami. Szanuję domatorów, gdyż jak już pisałam, sama częściowo nim jestem (kurde, czy to się aby nie wyklucza?!?!). To mój własny punkt widzenia, oparty na osobistych doświadczeniach, wnioskach. Po prostu, jeśli nie wiecie jeszcze na jakiej wspólnej pasji oprzeć swój związek, jeśli nie wiecie w jaki sposób można spędzać razem czas, rozważcie kupno biletów w atrakcyjne dla Was miejsce - lećcie w świat. Albo spakujcie plecaki i idźcie na całodniową wędrówkę. Zaskakujące przyjemności i mile spędzony czas - gwarantowane ;)

 Sycylia 2013/2014

wtorek, 6 stycznia 2015

Okolice New Ross


Po wczorajszych całodniowych deszczach, dzisiejsze promienie słońca zachęciły nas do wyściubienia nosów z domu. Zakupiliśmy prowiant w markecie i ruszyliśmy przed siebie Szlakiem Kennedy'ego. Na początek na punkt widokowy (tzw. Góra Kennedy'ego), następnie do starego zamku z XIII wieku (Opactwo Dunbrody), na koniec zaś poniosło nas nad samo morze do miejscowości: Arthurstown i Ballyhack :) No w końcu, co jak co, ale morzem to jesteśmy otoczeni z wszystkich stron ;)

 Widok z Góry Kennedy'ego
 Panorama
Poniżej widać błękitną wstęgę Rzeki Barrow ,
wijącą się wśród zielonych pól
 Czułam się tam trochę jak w naszych Bieszczadach:) i ten bezkres...
 Opactwo Dunbrody (Dunbrody Abbey)
Zamek został zbudowany na planie krzyża. Wieżę dobudowano w XV w, obsiadły ją czarne kruki
to było niesamowite, co najmniej jak w jakimś filmie;)
 Nowoczesna fabryka obserwowana z okna starego zamku, liczącego jakieś 800 lat, to było w pewnym sensie mistyczne ;)
dobrze zachowane biforium
Opactwo zostało ostatecznie rozwiązane przez Henryka VIII
pomarańczowo-fioletowo zachód słońca nad ruinami opactwa
na koniec dotarliśmy nad morze, do mieściny Arthurstown:)
łodzie w porciku Ballyhack