niedziela, 13 lipca 2014

Holenderskie wiatraki


Przyszła niedziela i tym samym nasz ostatni dzień wyprawy (lecz jeszcze nie koniec atrakcji!). Mieliśmy przed sobą jeszcze ostatnią ważną misję - zobaczyć holenderskie wiatraki! Nad ranem opuściliśmy naszych drugich hostów z Couchsurfingu (od których dostaliśmy zresztą dokładną mapkę pełną wskazówek;)) i ruszyliśmy z plecakami w stronę wylotówki z Antwerpii. Po drodze, rzuciliśmy jeszcze ostatnie spojrzenie na drugi w Europie, największy port przeładunkowy, którego terytorium, rozciągało się aż po horyzont. Z racji tego, że wszystko inne było zamknięte, postanowiliśmy wzmocnić się śniadaniem i kawą w Mac'u. A potem, zaraz obok, zaczęliśmy łapać stopa z tabliczką: Breda/Rotterdam. Na początku zatrzymała się muzułmańska rodzinka, która przekrzykując się nawzajem przez kilka minut tłumaczyła Maćkowi, że mogą nas zabrać ale nie tam gdzie chcemy ;) No zdarza się, ale i tak miło z ich strony! Na szczęście, niedługo później miła pani (jadąca na zakupy do Holandii - tam jest, jak mówiła, wszystko 20% tańsze) zabrała nas wprost do Holandii, w okolice Bredy:)
Co mile nas zaskoczyło, powiedziała że była w Polsce w Puszczy Białowieskiej, nad jeziorem (gdzieś tam w okolicy) oraz w Malborku. Chcieli zobaczyć prawdziwy pierwotny las oraz pokazać synowi jeden z największych zamków krzyżackich :) Ależ nam się fajnie zrobiło!

 mapka Holandii
nasza trasa: Antwerpia (Belgia) - Kinderdijk (Holandia), 97km na stopa

Dzień V - (6.07) Holandia


 łapiemy stopa z tabliczką: Breda/Rotterdam
Już w Holandii! Misja: zobaczyć wiatraki!
W tym miejscu pani nas wysadziła, czas łapać dalej, kierunek Rotterdam i okolice!
Potem mieliśmy jeszcze 3 podwózki: jedno holenderskie małżeństwo, jednego młodego chłopaka i jedną starszą panią, która zawiozła nas już do samego celu!
Co jest piękne? Każdy mówi tam po angielsku!
Zbierało się na deszcz, ale to nie miało znaczenia.
Dotarliśmy, gdzie nam się marzyło! Zostawiliśmy bagaże na przechowanie w sklepiku, wypożyczyliśmy rowery a nasze szczęście mogło już spokojnie sięgać apogeum;)
Kolejna misja zakończona sukcesem!!! :)
Cudne, romantyczne, stare wiatraki w Kinderdijk - Elshout...
Śmigamy wśród wiatraków po polderze
(osuszonym terenie), położonym w depresji - jakieś 5m p.p.m. ;)
 przerwa na lunch - Maciek szykuje kanapki ;)
W takiej scenerii, chleb tostowy z serem topionym oraz parówki z puszki smakują lepiej, niż można by kiedykolwiek przypuszczać - i właśnie takie chwile potem się najlepiej zapamiętuje!
Wiatraków w tym miejscu jest w sumie 19
i stanowcza ich większość pochodzi z XIX wieku
To ponoć największe ich takie skupisko w całej Holandii. Zarówno wiatraki jak i wały, wybudowano w celu zapobiegania powodziom. Wiatraki przepompowywały wodę z kanałów do specjalnych zbiorników retencyjnych.
od 1997r cała grupa wiatraków widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO
Cudownie było tak wśród nich jeździć!
Później w sklepiku oglądaliśmy zdjęcia, z których wynika że zimą, kiedy woda w kanałach zamarza, ludzie przychodzą tu pojeździć na łyżwach :) a przynajmniej robili tak w przeszłości :) Zazdroszczę!
Wciąż mam ten widok przed oczami :)
Co ciekawe, niektóre z wiatraków są zamieszkałe
- wówczas znajdują się przy nich zadbane ogródki :)
Mieszkać w takim wiatraku, to by było coś! :)

Po cudnej przejażdżce w Kinderdijk, udaliśmy się jeszcze na całe popołudnie do Rotterdamu :)
 charakterystyczne, kubistyczne zabudowania w okolicy portu
 nabrzeże starego portu z bardzo drogimi knajpkami
 historyczne zdjęcie nabrzeża portowego Rotterdamu,
tuż sprzed bombardowań w maju 1940 roku
zachowana część starego portu - Oude Haven
 już trochę zmęczeni, ale bardzo zadowoleni!!! :)
Bardzo spodobał się nam Dworzec Kolejowy - wielki, przestronny, jasny o ciekawej architekturze.

To stąd udaliśmy się po zmierzchu już pociągiem do Eindhoven, gdzie z braku zajęć (była noc, wszystko z dworcem i portem lotniczym na czele zamknięte) i dla zabicia czasu (lot mieliśmy dopiero o 8 rano) przeszliśmy 10 km na piechotkę z centrum na lotnisko (przynajmniej było nam ciepło, zresztą taki nocny 3h spacer z ciężarami czasem dobrze człowiekowi robi;)). Mijający nas czasem rowerzyści (tak, Holendrzy nawet w nocy jeżdżą na rowerach, ale mają ścieżki, wiec jest bezpieczniej) dziwnie się nam przyglądali... Kiedy dotarliśmy, wciąż była jeszcze godzina do otwarcia, siedząc na ławce obserwowaliśmy króliki/zające (?), śmigające po lotniskowym parkingu;) Czy to był sen??? O 4:30 nareszcie otworzyli lotnisko... I w ten sposób dotarłam do końca relacji z naszej niesamowitej wyprawy do Europy Zachodniej... :) Dziękuję za uwagę!

4 komentarze:

  1. To chyba jedna z najciekawszych Waszych wypraw, bardzo mi się podoba zwiedzanie wiatraków na rowerach! Jak z bajki! :)
    Wajs

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Wajsiku, rzeczywiście było wspaniale, wszystko się udało a zobaczyliśmy nawet więcej, niż było w planach :) Koniecznie wybierz się kiedyś na rowery w tamto magiczne miejsce! :) Buziaki :*

      Usuń
  2. Ale piękne widoki, zazdroszczę! :)

    Zapraszam również do siebie: http://scritto-con-la-pasta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) na pewno zajrzę! :) Pozdrawiam miłośniczkę Włoch!

      Usuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz