poniedziałek, 26 maja 2014

A może Greifswald?


Kocham spontaniczne pomysły, szczególnie, jeśli dotyczą wyjazdów! ;) Dlatego, kiedy nasza kumpela z roku zadzwoniła z propozycją wyprawy do Niemiec, nie zastanawialiśmy się długo;) Czemu by nie pojechać gdzieś, gdzie jeszcze nas nie było?! Nazajutrz, siedzieliśmy już wszyscy w aucie, w wesołych nastrojach, podążając Europejskim Szlakiem Gotyku Ceglanego i kierując się na Greifswald - nasz pierwszy hanzeatycki przystanek. Niedzielne słoneczko pozytywnie przygrzewało, mieliśmy mnóstwo czasu, nigdzie nie musieliśmy się spieszyć, dzień zapowiadał się wybornie... ;) 

trasa Szczecin-Greifswald, około 127 km
Jak na niedzielne przedpołudnie, w katedrze św. Mikołaja świeciło pustkami. Zamiast potencjalnej mszy, czekał na nas "suto" zastawiony stół, do wyboru: z kawą, herbatą, sokami... Ponadto, pierwszy raz miałam do czynienia z toaletą w obiekcie sakralnym;)
Wewnątrz rzeźbiony aniołek i jak przypuszczam, słynne muszle św. Jakuba - po prawej.
Kafejka na trawniku pod samą katedrą. Czemu by nie!? U nas pewnie by to nie przeszło.
Pruskie mury, małe tęczowe domki obrośnięte bluszczem, spokojne uliczki. Takie troszkę Cittaslow, czyli to, co wydaje mi się esencją podróżowania:)
Kampus Uniwersytetu w Greifswaldzie. Swojego czasu miał kontrakt z naszym Uniwerkiem Szczecińskim, odbywały się tu wymiany studenckie. Trochę jednak za spokojna ta mieścina, jak na warunki Erasmusowe, stwierdziliśmy;)
To podobno drugi najstarszy uniwersytet w regionie basenu Morza Bałtyckiego, jak doczytaliśmy, pochodzi jeszcze z 1456r !
spacerując po kampusie
Nie myliłam się chyba, co do tamtych rzeźbionych muszli w pierwszym kościele - byliśmy na Szlaku św. Jakuba. Zdjęcie to zrobiłam pod kościołem, poświęconym temu właśnie apostołowi i jednocześnie patronowi wszystkich pielgrzymów - w tym nas! :)
Kawiarnia Paryska - bajkowa fasada w romby!
Całą ekipą - z Bartkiem, Werą i moim Guliwerem ;)
"Mój świat jest kreatywny" - pomysłowo!
na deptaku
kamieniczka z gryfami
nazwa Greifswald oznacza mniej więcej Gryf z lasów :)
Ratusz miejski, pierwotnie gotycki, później barokowy. Przede wszystkim w ładnym kolorze :) Zauważyłam, że Niemcy nie mają nic przeciwko ostrzejszym barwom. I super, przynajmniej ich miastom nie brakuje charakterku :)
zbliżamy się do rynku...
I nagle wyjaśniło się, dlaczego na ulicach takie pustki. Na rynku trwał akurat jarmark z artykułami ogrodniczymi, jakiś mały zespół grał muzyczkę country, dzieci wygłupiały się na placu, ludzie siedzieli w kawiarniach i zajadali lody. Takie niedziele lubię!:)
średniowieczna kamieniczka
przystań
chwila zadumy na moście
Miejscowy żaglowiec
z widokiem na marinę :)
 a dla ciekawskich mapka Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego
(fot. z Internetu)

Tego dnia, po spacerze w Greifswaldzie, udaliśmy się jeszcze dalej, na północny-zachód. Chciałyśmy z Werą, żeby chłopaki zobaczyli także inną nadbałtycką perełkę, (którą my odwiedziłyśmy już dwa lata temu, podczas studenckich ćw. terenowych) jaką jest Stralsund (wpisany zresztą na Listę UNESCO). Trzeba przyznać, byli zachwyceni :) Spędziliśmy tam ładnych kilka godzin, szwendając się po jego średniowiecznych uliczkach. Wspięliśmy się także na wieżę Kościoła Mariackiego, by zobaczyć panoramę Stralsundu i wyspy Rugii. Postanowiłam jednak, że nie będę dublować zdjęć z wcześniejszej relacji. Jeśli ktoś jest zainteresowany postem o Stralsundzie i Rugii,
zapraszam tutaj: Stralsund i Rugia 2012 :)
W powrotnej drodze zajechaliśmy natomiast do Anklam. Miejscowość ta, wywołała w nas dziwne, bardzo niepokojące wrażenie. Mieliśmy odczucie, jakby mieszkańcy wynieśli się po jakiejś strasznej zagładzie. Miasto wyludnione. Wszystko zamknięte, w oknach nie paliły się światła, zaparkowanych samochodów niewiele, niemal nikogo nie spotkaliśmy na ulicach... W naszych głowach rodziły się scenariusze jak z horroru tego, co mogło zdarzyć się w tym miejscu... A potem przyszła burza.

sobota, 24 maja 2014

Mała Wenecja Szczecina

Pomimo deszczu, dzisiejsza kajakowa wycieczka po Odrze się odbyła... Byliśmy mokrzy w pełnym tego słowa znaczeniu, ale cóż zrobić. Pogoda nie odpuściła, słońce (akurat dziś!) pokryło się gęstą warstwą chmur. Dobrze, że chociaż wysoka temperatura się utrzymała. Nie bacząc na te "małe" przeciwności losu, humorki dopisywały - grunt to wesołe towarzystwo i pozytywne myślenie!;)

Szczecińska Wenecja. Miejsce klimatyczne, nieco mroczne, choć wciągające. Wprawiające w zadumę, przenoszące na kilka chwil w przeszłość, do Szczecina z XIX wieku... Sama dowiedziałam się o nim zaledwie kilka lat temu. Ceglane poprzemysłowe gmachy położone tuż nad rzeką, będące niegdyś fabryką, dziś wywołują melancholię i ciekawość. Ma się ochotę zajrzeć do środka, przejść po ich wnętrzach. Ma się ochotę, by było ich nieco więcej... To wprawdzie tylko namiastka, nieporównywalna w zasadzie do tych znanych miejscowości jak Amsterdam czy Brugia. Ale za to nasza;) Miejmy nadzieję, że władze zainwestują w rewitalizację tego zakątka i jakoś niebanalnie go zagospodarują. Szczerze trzymam za to kciuki! Warto zabłądzić w te rejony, polecam każdemu! Sama muszę tam wrócić, tym razem słonecznego dnia, a no i wszystkich mych "gości z daleka" od teraz będą przyprowadzać, by ujrzeli ten nietuzinkowy zakamarek Szczecina;)

Kto ma ochotę trochę doczytać, polecam linka

środa, 14 maja 2014

Artykuł "San Marino. Baśniowa kraina"

Nadszedł maj, a wraz z nim mój kolejny artykuł w "Gazzetta Italia" :) Zachęcam do kupowania. Magazyn znaleźć można w salonach Empik, ale własną publikację udostępniam także i tutaj!:)

 wersja polska
 wersja włoska
 Wersja do czytania:


SAN MARINO. BAŚNIOWA KRAINA
Ta niewielka kraina położona na wzgórzu widocznym z autostrady, przecinającej region Emilia-Romagna, uważana jest za najstarszą republikę na świecie. Powstała już w 301r n.e. W tej malusieńkiej enklawie, usytuowanej na terenie Włoch, praktycznie całe życie skupia się na wzgórzu Monte Titano w stolicy San Marino.
Nie ważne, czy wjeżdżamy na górę kolejką linową, czy też jedziemy drogą i docieramy do miasta od strony parkingu. Przekraczając starą kamienną bramę miejską, niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przenosimy się do baśniowej krainy. Spacerując brukowanymi uliczkami wśród zamkowych baszt, średniowiecznych obwarowań, malowniczych kamieniczek, placyków usianych drogimi butikami i kawiarenkami „z widokiem”, spodziewamy się napotkać na swej drodze orszak królewski.
I nie jest to wcale niemożliwe! Wystarczy, że odwiedzimy San Marino 3 września, kiedy to, jak co roku, republika świętuje uzyskanie niepodległości od Cesarstwa Rzymskiego. Wtedy rzeczywiście w stolicy dzieją się cuda! Po udekorowanym biało-niebieskimi flagami mieście, przechadzają się wówczas uroczyście ubrani książęta i księżniczki wraz ze swymi świtami. Orkiestra przygrywa im do taktu, błazny zabawiają uradowanych turystów, strażnicy niosą sztandary rodowe swych panów a wojsko pilnuje porządku. Przy dobrej pogodzie świąteczny festyn trwa cały dzień, a mieszkańców San Marino rozpoznać można po nieukrywanej dumie i uśmiechach na twarzach.
Kiedy pierwszy raz udaliśmy się z Maćkiem do San Marino, nie mieliśmy zbyt wiele szczęścia. Pogoda zawiodła, a mnie już od 2 dni brało na grypę. Jedyną atrakcją i pociechą tej wyprawy, okazał się właśnie przemarsz średniowiecznej maskarady. Później było już tylko gorzej. Lało, wiało a trzy słynne wieże zamku, które chcieliśmy tamtego dnia odwiedzić, jak na złość, schowały się za gęstą mgłą. Na początku snuliśmy się po mieście pod wielkim parasolem, starając się robić dobre miny do złej gry. Degustowaliśmy też miejscowe likiery w jednym ze sklepików, które przynajmniej rozgrzewały i poprawiały humory. Kiedy jednak brukowane uliczki zamieniły się w potoki, usiedliśmy zziębnięci w jednej z knajpek, śmiejąc się z własnego pecha. Burza z piorunami szalała nad Monte Titano. Na wysokości niemal 760m n.p.m. sprawiała wrażenie surrealistycznej, wręcz filmowej. W takiej upiornej scenerii brakowało już jedynie czarnych charakterów. „Nie martw się” - powiedział Maciek – „Wrócimy tu za rok, w bardziej przyjaznych warunkach”. A że zwykle staramy się realizować nasze plany…
Rok później dokładnie sprawdziliśmy prognozę pogody przed wyprawą. Zapowiadali słońce i tylko to się dla nas liczyło. Znad włoskiego Adriatyku, gdzie Maciek pracuje w sezonie, do Republiki San Marino dotarliśmy w niecałą godzinę. Wznosząc się kolejką linową Funivia nad domami miasteczka Borgo Maggiore, wiedziałam już, że tym razem będzie zupełnie inaczej.
By nie tracić czasu, od razu udaliśmy się na pierwszy ze szczytów Monte Titano do zamkowej wieży La Rocca o Guaita. Powstała ona jeszcze w XI wieku i niegdyś pełniła funkcję więzienia. Widoki, które rozpościerały się z twierdzy, wynagradzały wszystko, co przytrafiło się nam ledwie rok wcześniej. Zatrzymując się na kolejnych balkonikach i schodkach, cieszyliśmy oczy krajobrazami.
Wędrując dalej, wzdłuż obwarowań i śródziemnomorskiej roślinności, dotarliśmy do kolejnej z trzech wież - La Cesta o Fratta. Stąd rozpościerała się panorama na pozostałe baszty oraz dachy całego grodu. Staliśmy na najwyższym z wierzchołków Monte Titano. Z wszystkich stron otulały nas wzgórza, na horyzoncie zaś mienił się Adriatyk.
Przyszedł czas by zawrócić i udać się niżej do miasteczka, którego całą starówkę wpisano w 2008r na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W odkrywaniu zakątków stolicy San Marino nie przeszkadzają samochody, cała strefa wolna jest od ruchu pojazdów. To także zaleta tej destynacji, szczególnie gdy ktoś pragnie uciec od codziennego zgiełku.  Szwendając się uliczkami, zaglądaliśmy w oryginalne witryny sklepików wielobranżowych.
Naszą uwagę przykuł bożonarodzeniowy wystrój jednej z wystaw, która zdecydowanie wyróżniała się w tak wakacyjnej atmosferze. Weszliśmy do środka i znów się przenieśliśmy, tym razem do Laponii, ojczyzny Świętego Mikołaja. Było tam chyba wszystko, o czym marzą dzieci: tęczowe lizaki, szklane kule ze śniegiem, fantazyjne pozytywki, dziadki do łupania orzechów, bombki i najwymyślniejsze ozdoby na choinkę. Sympatyczny pan, właściciel butiku oprowadził nas po swym lokalu i opowiedział historię jego początków. To właśnie lubię na południu! Nie ważne, czy napotka się Włocha czy mieszkańca San Marino, ludzie są tu uśmiechnięci, życzliwi i rozgadani. Zakupiliśmy oryginalną bombkę i ruszyliśmy w stronę ratusza, by obejrzeć zachód słońca z tarasu widokowego.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, całe Piazza Della Liberta (Wolność to w zasadzie dewiza tego malutkiego narodu!) skąpane było w jaskrawo pomarańczowym świetle.  Coś jednak zmieniło się na placu. Wszędzie stały elegancko zastawione stoły. Kelnerzy uwijali się jak w ulu, wokół zaś niecierpliwili się już dostojnie wystrojeni goście. Turyści z zadatkami na paparazzich, niczym detektywi, przyglądali się wszystkiemu niedyskretnie. W powietrzu dało się wyczuć aurę napięcia i ekscytacji. Wszyscy czekali na parę młodą. My nie mieliśmy jednak na to czasu. Kiedy słońce schowało się za wierzchołami gór, ruszyliśmy do samochodu.
Tego wieczoru mieliśmy jeszcze jeden, ostatni plan – kolację we włoskim miasteczku San Leo. Później, siedząc już przy lampce czerwonego winka, makaronach i twardych serach pecorino w klimatycznej knajpce Il Bettolino, wspominaliśmy z uśmiechem nasz – wreszcie udany - wypad do San Marino.

sobota, 10 maja 2014

Spotkanie z WC

Zawsze chciałam spotkać Pana Wojciecha Cejrowskiego na żywo, no i dzisiaj, w czasie trwania imprezy "Piknik nad Odrą" się udało :) Zamieniliśmy parę zdań i przyznam, z podekscytowania głos mi drżał... ;) Charakterystyczne żarty i komentarze - cały Pan WC ;)
 Z podróżnikiem WC
Autograf na pamiątkę musi być!

Jedno jest pewne  - warto spełniać marzenia!!! A że akurat czytam kolejną jego książkę, jak znalazł! Szkoda, że taka kolejka była za mną ustawiona, chętnie bym sobie z Panem Wojtkiem pogawędziła o podróżach...wiadomo jednak, że niejeden by tak chciał ;)

niedziela, 4 maja 2014

Warto odsapnąć nad Wartą

Już przez chwilę bałam się, że nici z naszej majówkowej wycieczki. Pierwsze dwa dni długiego weekendu, okazały się chłodne i nieprzyjemne. Piątkowa pogoda szczególnie nie napawała optymizmem - lało i wiało... Człowiekowi nie chciało się spojrzeć za okno, a co dopiero wychodzić z domu! Na szczęście, w sobotę fronty pozmieniały się na naszą korzyść i ruszyliśmy w plener!


Tym razem postanowiliśmy odwiedzić, usytuowany nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego, Park Narodowy Ujście Warty, najmłodszy wśród 23 parków naszego kraju. Niby zawsze było nam blisko, ale jakoś nigdy nie po drodze. Teraz jednak się udało i muszę przyznać, byliśmy bardzo zadowoleni z tej kilkugodzinnej wyprawy! Słońce, śpiew ptaków, rechot żab, wszechobecne ślady zwierząt, olbrzymie przestrzenie, zieleń i spokój. I te wszystkie okoliczności przyrody niemal na wyłączność dla nas, spotkaliśmy bowiem tylko garstkę innych wędrowców. Zrobiliśmy świetny spacer (wcale nie taki krótki, przeszliśmy ponad 8km). Urządziliśmy mały piknik nad Wartą, obserwowaliśmy ptaki i wylegiwaliśmy się na trawie ;) Wyprawę do parku polecam wszystkim ornitologom, miłośnikom przyrody oraz zestresowanym pracusiom! ;)


mapka orientacyjna
Wysiadamy w Kamieniu Małym i ruszamy przed siebie!
Dotarłszy do wrót parku...
Wszędzie zieleń! Właśnie tego nam było trzeba!
 Z początku szliśmy odcinkiem ścieżki przyrodniczej "Olszynki", później jednak obraliśmy kurs na Wartę i wkroczyliśmy na ścieżkę dla rowerzystów „Na dwóch kółkach przez Polder Północny”. Po drodze widzieliśmy ślady dzików i bobrów, przez lornetkę zaś, udało się Maćkowi wypatrzeć sarnę.
 robota bobrów :)
przekraczamy Starą Wartę, która stanowi jeden z dopływów głównej rzeki
Już dawno temu utworzono na tych terenach cały system kanałów melioracyjnych. Sama Warta umocniona jest potężnym wałem. Zabiegi te chronią przed powodziami.
 łabędzie zaloty;)
W parku tym ponad 250 gatunków ptaków ma swoje siedliska, żyją tu m.in. gęsi, żurawie, czaple, wodniczki, derkacze, jaskółki, kaczki, czy rybitwy.
 sielankowe krajobrazy
I jest! Nasz cel, czyli: działająca kojąco-uspokajająco, szeroka Warta :) Co ciekawe, niegdyś pływały tu parostatki a na brzegach rzeki istniały liczne gościńce dla podróżujących!
 I w tym beztroskim otoczeniu przyszło nam urządzić piknik :)
 Usiedliśmy na wale i kontemplowaliśmy widoki,
niczego więcej do szczęścia nam nie brakowało;)
Pan ornitolog!
 I pani obserwator ;)
porosty w moim ulubionym kolorze
 w drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze na "Olszynki"
Dżungla po polsku ;)