środa, 26 lutego 2014

Sycylijczycy

Głośni, krzykliwi, ekspresyjni, czy wyluzowani i flegmatyczni? Tak naprawdę to mają w sobie wszystkiego po trochu! Po pięciu miesiącach życia wśród tego sympatycznego narodu, postanowiłam wreszcie napisać o nim coś więcej. Muszę przyznać, że przeraża mnie odrobinę powrót do kraju, gdzie ludzie zbyt często bywają skwaśniali, marudni, zamknięci w sobie czy negatywnie nastawieni do życia. Chwilami mam wrażenie, że Sycylijczycy są zupełnie innymi istotami... Może to uzdrawiający wpływ słońca? Nie zdziwiłabym się wcale. W końcu słońce wpływa na nasz nastrój, daje kopa energii do działania, sprawia, że chce się żyć i dzielić tym życiem z innymi! A jeśli to nie pomaga, zawsze pozostaje kuchnia, która w życiu mieszkańców wyspy odgrywa ogromną rolę, jest "historią na talerzu". Masz gorszy humor? Zjedz coś dobrego, to Ci przejdzie. Albo napij się kawy! ;)

przygotowania do połowu ryb
sycylijskie dźwięki - polecam :)

SYCYLIJCZYCY, no jacy ONI są?!

1. Dumni. Uwielbiają, kiedy chwali się ich ukochaną wyspę - ich ląd, ich dom, ich ojczyznę. Niemal mruczą z zadowolenia, kiedy słyszą, ile miejsc na Sycylii odwiedziliśmy i jak nam się podobały ;) Są świadomi swojej kultury i historii, darzą szacunkiem i kochają wszystko co sycylijskie.

szyld w Marzamemi

2.  Lokalni patrioci. Spytaj Mesyńczyka, jakie miasto najpiękniejsze jest na wyspie, ogromne szanse, iż odpowie Mesyna. Zapytaj Katańczyka, a dowiesz się, że Katania. Pewna pani, u której nocowaliśmy na Couchsurfingu, niemal nigdy nie opuściła swojego miasta i okolic, "jakoś tak brakowało okazji". Za to z wielką radością obwiozła nas samochodem i poopowiadała o terenach, które zna i kocha. Gdzie spędziła dzieciństwo, a teraz mieszka z mężem.

sprzedawca ryb

Podstawowa zasada: Sycylijczycy nie są Włochami!!! Denerwują się, gdy ktoś ich tak nazywa. Mają swój odrębny język, swoją historię, swoją kuchnię, swoje zwyczaje. Sycylia to ich tożsamość.

3. Lubią dobrze zjeść i potrafią gotować! Pora PRANZO (obiadu) którego czas zaczyna się około 13:00 i daje początek sjeście, trwającej aż do około 17:00 jest niemal świętością. Bywa doskonałym motywem dla przesunięcia w czasie egzaminu, no przecież "profesor musi najpierw coś zjeść, wróćcie za 2 godziny" (zdarzyło się tak naszym znajomym). Z kolei, na nasz ostatni egzamin czekaliśmy od rana aż 4 godziny. Przepytywanie studentów wlokło się niemiłosiernie. Kiedy jednak zaczęła zbliżać się godzina 13:00, profesor, zmotywowany wizją niedalekiego posiłku, wystartował jak z torpedy i przepytał wszystkich w formie "super przyspieszonej" tak, by wyrobić się do obiadu ;)

na targu w Katanii

 4. Ciekawscy. Myślę zresztą, iż był to jeden z głównych powodów, dla których tak chętnie zabierali nas autostopem. Sycylijczycy są żądni wiedzy, a my byliśmy niekiedy ich łącznikiem ze światem, informacją z pierwszej ręki. Chcieli wiedzieć wszystko: Z jakich powodów tu jesteśmy? Czy Sycylia nam się podoba (patrz pkt. 1)? Gdzie podoba się nam najbardziej (patrz pkt. 2)? Czy smakuje nam tutejsza kuchnia (patrz pkt. 3)? Dlaczego podróżujemy tak, a nie inaczej? Czy byliśmy na Etnie? Jak wygląda sytuacja ekonomiczna w Polsce? Czy łatwo dostać pracę? Co chcemy robić po studiach? 

na targu rybnym w Trapani

 5. Towarzyskie Gaduły (z czym zresztą wiąże się pkt. 4). Ta cecha szczególnie nam odpowiadała, gdyż i my lubiliśmy sobie z nimi pogadać :) Dzięki naszym wyprawom, poznaliśmy przemiłych, otwartych i pomocnych ludzi. Dowiedzieliśmy się całej masy ciekawostek na temat Sycylii, życia mieszkańców, kapryśnej Etny, mafii i innych spraw. Też zatem mieliśmy zawsze informacje z pierwszej ręki. Nieraz nadkładano dla nas drogi, byle tylko móc dłużej sobie pogadać :) Ostatnio pewien sympatyczny pan przewiózł nas dodatkowe 100 km, gdyż chciał sobie spędzić z nami więcej czasu, a jeszcze po drodze zabrał nas wszystkich na kawę :) W trakcie wyprawy na zachód, jechaliśmy z pewnym śpiewakiem, który przewiózł nas dodatkowe 20 km, gdyż chciał strasznie dla nas pośpiewać. Nieraz rozdawano nam swoje numery telefonów i proszono, by zadzwonić, gdy "będziemy czegoś potrzebowali". Nieraz zabierano nas do samochodu, w którym teoretycznie brakowało już miejsc. W praktyce słyszeliśmy jedynie "To Sycylia, można można" ;) Czasem  miałam wrażenie, że wszyscy chcą się nami zaopiekować, pomóc choćby odrobinę...

z kierowcą Mario

6. Bez Espresso i fajek ani rusz! Te dwie rzeczy wydają się niezbędne w życiu Sycylijczyków! Włochów zresztą też. Nad ranem (a w weekendy całe przedpołudnia), w porze COLAZIONE (śniadania) bary i kawiarnie przepełnione są ludźmi. Mało kto jada coś w domu, a już nikt nie praktykuje "słonych" śniadań. Do kawy oczywiście ploteczki w dobrym towarzystwie (na to zawsze jest czas!), cornetto (słodki rogalik z nadzieniem) i papierosy. Ale nie tylko kawa na śniadanie! Większość ludzi pije tu po kilka espresso dziennie. Palą papierosy w zasadzie wszyscy. Nie wiem, ile pieniędzy oni na to przeznaczają miesięcznie, ale trzeba przyznać, że kawa w barze jest tania, w porównaniu z Polską. Istnieje nawet niepisane prawo, które mówi, jakiej kwoty nie powinna przekraczać np. espresso do 1 euro, cappuccino do 1,5 euro. Jak ja będę za tym tęsknić!

w barze w Trapani
kawa

7. Licencja na Temperament. Wrodzona namiętność, szczere okazywanie uczuć, gestykulacja. Okazują je wszędzie! Szczególnie jednak na ulicy, podczas jazdy samochodem. Klaksonów używają regularnie. By podkreślić swoją obecność, by kogoś opierniczyć, by kogoś pozdrowić ;) Są niecierpliwi, stojąc w korkach wyzywają się i krzyczą :) Parkują tragicznie, byle gdzie - ciężko tu spacerować, zastawionymi do bólu chodnikami. Większość aut w mieście jest poobijana, porysowana, z wygiętymi lusterkami czy zderzakami...Co mi się jednak podoba, mało komu to przeszkadza. Nikt nie płacze tu nad rysą na samochodzie, jakby nie było lepszych powodów do zmartwień. Kiedyś, jadąc autostopem, byliśmy świadkami dwóch bezpośrednich "otarć". Nasz kierowca dwa razy w ciągu pięciu minut zahaczył lusterkiem o zaparkowane samochody i nawet się nie zatrzymał. To normalne. Piesi z kolei bez stresu przechodzą na czerwonym, oczywiście na własną odpowiedzialność. Policja nie wlepia za to mandatów, musiałaby bowiem obdarować nimi wszystkich, a na to nikt przecież nie ma czasu!

Ta noc jest jeszcze nasza!
Kłódka zakochanych w Taorminie

8. Gościnność w każdym calu. Okazywali ją nam na wiele różnych sposobów. Od życzliwości i hojności w czasie pobytów na Couchsurfingu, poprzez wszystkie (a było ich mnóstwo!!!) podwózki autostopem, aż do zwykłych uprzejmości na ulicy, w sklepie, na uniwersytecie, czy też ze strony wszystkich osób z mesyńskiego ESN'u (Erasmus Student Network). Od początku do końca czuliśmy, że ktoś się o nas troszczy! :)

z naszym sycylijskim Gospodarzem Fabio

9. Rodzinni. Rodzina to świętość! Spotkania familijne, wspólne posiłki, wyjścia do restauracji całą gromadą, pogaduchy czy kłótnie. To kolejny filar życia tych Wyspiarzy! Z rodziną spotyka się tu nie tylko od święta, z rodziną spożywa się niedzielne obiady (w niedziele na ulicach jest spokojnie i cicho;)), o rodzinie opowiada się innym, rodziną, a zwłaszcza studiującymi w Mediolanie dziećmi czy wnukami można się pochwalić autostopowiczom z zagranicy ;) Sycylijczycy, nawet w Sylwestra najpierw jedzą posiłek z rodziną, a dopiero potem ruszają balować z przyjaciółmi ;)

kadr z filmu "Ojciec Chrzestny", fot. z Internetu

10. Tradycjonaliści. Wszystkie święta, obrzędy i tradycje są tu szanowane i pielęgnowane. Widać to na każdym kroku. Chyba każde miasteczko ma jakąś lokalną festę, ukoronowaną barwnymi pochodami, strojami, czy śpiewami. Już samo przywiązanie Sycylijczyków do organizowania np. żywych szopek (Presepe Vivente), pokazuje na ile wysiłku i zaangażowania stać mieszkańców jednej górskiej wioseczki, by wspólnie stworzyć coś magicznego. By tylko móc podtrzymać ceremoniały i zwyczaje, związane ze świąteczną atmosferą. A co najlepsze, nie jest to wszystko w żaden sposób wymuszone. Oni się przy tym świetnie bawią i lubią być podziwiani! A żywa szopka to tylko jeden z wielu przykładów. Od dłuższego czasu trwają huczne przygotowania do karnawału w Acireale...


lokalne produkty
muzykant z Marsali

"My, Sycylijczycy, przywykliśmy od dawien dawna do hegemonii władców, którzy byli innego niż my wyznania, nie rozumieli naszego języka; przywykliśmy dzielić włos na cztery części. Gdybyśmy przyjęli inną postawę, nie byłoby dla nas ratunku wobec bizantyjskich poborców, berberyjskich emirów, wicekrólów hiszpańskich. To musiało wyryć swoje piętno i tacy już jesteśmy. (...) Chcę powiedzieć panu w tej chwili coś, co zrozumie pan dopiero po rocznym pobycie wśród nas. Na Sycylii nie ma znaczenia, czy robi się źle, czy dobrze: grzech, którego my, Sycylijczycy, nie wybaczamy nigdy, to po prostu to, że się w ogóle coś robi. Jesteśmy starzy, panie Chevalley, bardzo starzy. Co najmniej od dwudziestu pięciu wieków nosimy na barkach ciężar obcych nam cywilizacji. Wszystkie one pochodziły z zewnątrz, żadna nie była przez nas poczęta, żadnej nie daliśmy własnej nazwy; jesteśmy biali jak pan, jak królowa angielska, a jednak od dwóch tysięcy pięciuset lat jesteśmy kolonią. Nie mówię tego po to, żeby się skarżyć, to nasza wina."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa

Jak każdy naród, Sycylijczycy mają też swoje wady jak np. bywają bierni, ignoranccy, aroganccy czy zachłanni. Niekiedy zachowują się bardzo na pokaz. Nie będę się jednak zbytnio o tym rozpisywać. Czytałam w Internecie bardzo dużo negatywnych opinii o Sycylijczykach. Nie mogę się jednak osobiście z nimi zgodzić. Na co dzień nie spotykały nas z ich strony żadne przykrości, gburowatość czy agresja. Jasne, czasem pojawił się ktoś niemiły, ale skoro żadne konkretne przykłady, nie przychodzą mi do głowy, musiało być takich sytuacji niewiele. Mieszkańców wyspy wspominać będziemy ciepło, z nutką refleksji  i z uśmiechem na ustach :) Z tęsknotą pewnie również...

niedziela, 23 lutego 2014

W Erice czas płynie inaczej

W poniedziałek udaliśmy się do Erice - małego średniowiecznego miasteczka, położonego na Górze św. Juliana skąd rozpościera się panorama na  całą Sycylię Zachodnią. Trzeba przyznać, że znów mieliśmy sporo szczęścia z autostopem:) Po kilku minutach czekania, zatrzymał się sympatyczny pan, który zgodził się przewieźć nas 10 km. Do Erice mieliśmy około 40-tu, ale oczywiście zgodziliśmy się - dobre i tyle! Przynajmniej nie staliśmy w miejscu. Na Sycylii jednak ludzie bywają nieprzewidywalni. W trakcie tej krótkiej podróży, okazało się, że nasz kierowca jest lokalnym śpiewakiem i nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, uraczył nas prywatnym koncertem, pełnym romantycznych, sycylijskich ballad...:) Widząc, jaką sprawił nam frajdę pierwszą piosenką, podśpiewywał i nucił dalej, aż z 10 km, które miał nas podrzucić, zrobiło się 30. Nasz pieśniarz tak się cieszył, że może sobie pośpiewać i z nami pogawędzić, że najzwyczajniej w świecie postanowił spędzić z nami trochę więcej czasu! Wysadził nas w Trapani, u stóp Wzgórza Św. Juliana, Na koniec dał nam swój numer telefonu i przepraszając, że nie może spędzić z nami całego dnia, zaprosił nas do siebie: "Kiedy tylko będziecie w Marsali, dzwońcie spędzimy trochę czasu razem, pokażę Wam ciekawe miejsca". Sycylijczycy! Tacy właśnie są:) A nie żadna mafia i gangsterzy! (tzn. mafia oczywiście też istnieje, ale nie tyka się turystów, którzy stanowią źródło dochodu). Ale o mieszkańcach tej cudownej wyspy napiszę trochę więcej w osobnym poście, już niedługo:) 

Po dość późnym śniadaniu w Cafe Rossa i małych zakupach w supermarkecie, ruszyliśmy pod górę, mając nadzieję, że po drodze znów ktoś nas zgarnie. Kolejka linowa Funivia i tak była tego dnia nieczynna. Widoki, jakie towarzyszyły nam podczas marszu pod górę, wynagradzały zmęczenie:) Tylko ruch na drodze wydawał się znikomy. Przez pomyłkę wybraliśmy mniej uczęszczaną trasę. Jednak nie ma co narzekać. Wszędzie pachniało śródziemnomorską roślinnością, co mi i Annie bardzo przypominało pobyty w Grecji . Ostatecznie, trzy samochody podrzuciły nas (po kawałku) na szczyt, aż do samej bramy głównej. Kiedy tylko ją przekroczyliśmy, natychmiast przenieśliśmy się w czasie ;)

"Nigdzie może na Sycylii nie panuje tak głęboka cisza. Ludzie, nawet gdy wychodzą z domów, poruszają się jakby na palcach, ocierają się o mury i szybko znikają". 
Gustaw Herling Grudziński

Nasza trasa: Marsala - Erice (ok 40 km)
 Autostop w sielankowej scenerii:)
 Za nami Trapani oraz Wyspy Egadzkie
 Brama miejska z XII wieku

,,Erice, góra Pana zaprasza Cię do fascynującej podróży przez wieki sztuki i historii zamkniętej w wyjątkowym muzeum - kościołach Erice"

Okolica inna niż na wschodzie Sycylii: płasko, zielono, do tego winnice i saliny :)
 Lokalny, świeży ser pecorino (najlepszy jaki jadłam w życiu, do dziś wspominam!),
salami Milano, oliwki i białe winko (musujące) frizzante. Same pyszności!
Piknik w średniowiecznym miasteczku, z koszami na śmieci w tle;)
W starożytności, na miejscu obecnej zabudowy, znajdowało się sanktuarium, które z początku poświęcone było fenickiej bogini płodności Astarte, następnie greckiej - Afrodycie i w końcu rzymskiej Wenerze. W XII wieku rozpoczęła się dominacja normańska.
 Całe Erice ma taką biało-szaro-kamienną tonację
 Zamek Wenery z balkonem widokowym - jak dla mnie najpiękniejszy zakątek miasteczka!
 z ukochanym mym :)
  Erice to nie tylko cicha oaza z urokliwą zabudową. Erice to także krajobrazy!
 widok na przylądek San Vito lo Capo
panorama (fot. Maciej)
 Kontemplujemy, podjadamy i relaksujemy się:)
 Balkon księżniczki - ten zakątek przypominał mi trochę San Marino
 Brukowana uliczka
 Warto dodać, iż całe Erice objęte zostało specjalnym programem MEMS. Jego ideą jest tzw. muzeum otwarte - coś jakby skansen, które charakteryzuje się tym, iż dzieła sztuki znajdują się swoim w naturalnym środowisku. Piękna idea! Tylko w sklepikach dosyć drogo.
 Kameralna Katedra Królewska z XIV wieku z dzwonnicą u boku. Niestety, podobnie jak inne kościółki była akurat zamknięta... Wielka szkoda.
 W samym Erice nie mieszka wielu ludzi. Turystów spotkaliśmy ledwie kilku. Zauważyliśmy, że wiele budynków zostało wystawionych na sprzedaż. W miasteczku trwały również intensywne prace restauracyjne i pielęgnacyjne, związane z przygotowaniami do następnego sezonu.
Swojskie podwórko :)
Posklejane kamieniczki
Pogoda  dopisała! Słońce grzało i piekło nas, w już i tak opalone policzki ;) W związku z tym Maciek postawił się odprężyć...Czemu nie?
 Prawdopodobnie poszedł za przykładem tutejszych mieszkańców;)
 dzika dróżka pamiętająca czasy Normanów
 Cały ten bruk, kamienne uliczki i szarawa kolorystyka nadawały miasteczku wyjątkowego klimatu. Podobno bardzo często Erice chowa się w chmurach... Nie było nam dane tego zobaczyć;)
 Ogrody Giardino del Balio
 Wieże Zamku Wenery i Zamku Popoli
panorama (fot. Maciej)
Spojrzenie na miasteczko z ogrodów miejskich
 Warto dodać, że w Erice znajduje się także centrum kultury Ettore Majorana, które gości często międzynarodowe seminaria (m.in. fizyki atomowej), a także przedstawicieli wielu uczelni.
 Egady - wspaniałe! 
Kolejny cudny zachód słońca się zbliża!:)
 Zamek Wenery w pomarańczowym, niczym sycylijskie pomarańcze, świetle :)
 Doczekaliśmy się
 Zaraz się schowa! A w dole półwysep Trapani i Trzy Siostry Egady :)
I koniec tego przecudnego dnia i pomału naszej wyprawy.
 Nazajutrz powrót do Mesyny... Szybko minęło!

Zostając w Erice do zachodu słońca podjęliśmy pewne ryzyko. Autobusów brak, kolejka linowa nieczynna. Łapać stopa po ciemku jest strasznie ciężko, trzeba mieć farta. Naszej trójce chyba jednak go nie brakowało. Mówią, że grunt to pozytywne nastawienie;) Szliśmy spokojnie serpentyną w dół ...pod gwiazdami.... Drogę rozjaśniały nam światła Trapani, położonego niemal u naszych stóp. GPS w telefonie wyliczył, że maszerować będziemy około godzinę. No dobra, nie jesteśmy przecież mięczakami! Nie liczyliśmy na nic. Nagle jednak, zatrzymał się samochód. Młody chłopak stwierdził, że chętnie nas podrzuci. Co więcej, okazało się, że jest policjantem i jedzie w tym samym kierunku co my, do Marsali! Za pół godziny machaliśmy mu na pożegnanie pod domem naszego Gospodarza Remo ;) Jak widać, szczęścia naprawdę chodzą parami!
 Wybrzeże Sycylii zachodniej o zmroku

Tak przy okazji, wspominałam już, że trzy noce w Marsali spędziliśmy na Couchsurfingu, nie pisałam jednak zbyt wiele o Remo. Głównie dlatego, że prawie się nie widywaliśmy;) Remo przez cały nasz pobyt był strasznie zalatany (pracuje jako kucharz w 3 knajpach, a jeszcze dodatkowo nadzoruje remont domu, który dał nam na ten okres do własnej dyspozycji. Panowała tylko jedna zasada: "Nie dotykać ścian!" Bo mokre;)). Nie przeszkadzało nam to specjalnie, byliśmy przynajmniej niezależni. Bądź co bądź, Remo uratował nas w ciężkiej chwili i okazał nam wiele sycylijskiej życzliwości. O pieniądzach, które zaoszczędziliśmy na spaniu, chyba wspominać nie muszę!?

Co do powrotu do Mesyny, który niestety (nie chciało nam się wracać z tego raju) w końcu musiał nastąpić, w miarę daliśmy radę. Złapaliśmy cztery podwózki, dzięki którym dostaliśmy się aż do Cefalu. To w sumie połowa drogi, około 170 km. Z Marsali do Trapani podjechaliśmy z dwoma mięśniakami z Rumunii, którzy puszczali MUZĘ na cały regulator... Umca Umca... Następnie do Alcamo zabrali nas businessmani - ojciec z synem. Potem sympatyczna pielęgniarka aż do Palermo, na koniec śpiewak (znowu śpiewak!) operowy Mario, aż do Cefalu:) Miał nas przewieźć kawałeczek, na wylotówkę z Palermo, ale tak mu się dobrze z nami gadało, że nadłożył specjalnie dla nas ze 100km:) Co tam! I jeszcze na kawę nas zabrał! Kocham Sycylijczyków! No i na tym, szczęście nasze tego dnia się zakończyło. Kolejne dwie godziny łapania w Cefalu, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Złapaliśmy stopa do centrum i ruszyliśmy z winem na plażę. Tak też zaczekaliśmy na pociąg. Do Mesyny dotarliśmy po 22.

 z naszym kierowcą Mario

Cała wycieczka była wspaniała! A Sycylia Zachodnia? Nie mam już naprawdę słów! Wszystko nam dopisało, widzieliśmy to, co zaplanowaliśmy:) Zaoszczędziliśmy kupę pieniędzy a przygody mnożyły się na zawołanie!:) To był dopiero podróżniczy deser na końcówkę Erasmusa!;)