środa, 22 stycznia 2014

Benvenuti al Sud, czyli gościnność po sycylijsku


Nadszedł styczeń, zdaliśmy dwa kolejne egzaminy i znów postanowiliśmy gdzieś się wybrać. Chcieliśmy trochę odpocząć, powałęsać się bez większego celu, a może i odkryć jakieś nowe miejsca... A że światem rządzi przypadek;) Natknęłam się w Internecie na zdjęcie wioseczki Marzamemi, położonej w południowo-wschodniej Sycylii. Wydawała się urocza i zaciszna.. Po krótkiej dyskusji z Maćkiem, postanowiliśmy odwiedzić właśnie tę stronę wyspy:) Zaczęliśmy od Couchsurfingu i ku naszej radości, już po kilku godzinach otrzymaliśmy pierwsze potwierdzenie! Nocleg w Pachino (i kolejny niedługo potem w Ispice) mieliśmy załatwiony, pozostało spakować się i ruszyć w trasę na południe, na spotkanie nowym przygodom:)
Ustawiliśmy się w naszym ulubionym miejscu (przy wjeździe na autostradę, tuż przed znakiem "No autostop" - za znakiem można zarobić mandat!) i po niedługim czasie złapaliśmy pierwszego stopa. Dwóch sympatycznych panów, którzy byli w bardzo pozytywnym szoku, że tak a nie inaczej podróżujemy, zaoferowało się, że zabiorą nas za Catanię :) Potem jeszcze z pięć podwózek (w tym na lawecie oraz z panem policjantem) i dotarliśmy do Rosolini :)

Nasza trasa: 530 km autostopem, w obie strony (w sumie 15 podwózek i 2 na miejscu:))
Piosenka w sycylijskich klimatach :)
Lunch gdzieś na stacji benzynowej (autostrada z Catanii do Syrakuz)
Rosolini - ryneczek z barokowym kościołem
To mała mieścinka, wszyscy bacznie nas obserwowali;)
 Jak pisałam wcześniej, w prowincji Syrakuzy mieszka wielu Polaków!:) Z Rosolini złapaliśmy podwózkę już do samego celu, idealnie w samą porę, gdyż zaczynało się ściemniać. Podrzucili nas dwaj młodzi chłopacy - dziwili się bardzo, że zawitaliśmy w te strony, ciągle powtarzali "Przecież tu nic nie ma!" Akurat! Dobrze, że byliśmy uparci, wiele bowiem byśmy przegapili!
 Widok z naszego balkoniku w Pachino

Dotarliśmy do Pachino i natychmiast zadzwoniliśmy do Giusi - naszej pierwszej Pani Gospodarz z Couchsurfingu. Przyszła odebrać nas z placu głównego i niemal od razu się zaprzyjaźniliśmy:) Na wstępie zaprosiła nas na herbatę do swego nietuzinkowo barwnego domu, gdzie mieszka wraz z mężem. Okazało się, że jest artystką i maluje obrazy! No proszę, jak moja Mama! Może podświadomie ciągnie mnie do artystycznych dusz?:) Co więcej, nowo-poznana Pani Gospodarz była tak miła, iż udostępniła nam osobny apartament, wyłącznie dla naszego użytku. Byliśmy w niezłym szoku! Że jak to? Tylko dla nas? Z kuchnią i łazienką? Widać sycylijska gościnność nie zna granic:) Tego wieczoru Giusi była zajęta, obiecała jednak zająć się nami następnego dnia, mieliśmy pozwiedzać południowe okolice. Nie przeszkadzało nam to wcale. Po całym dniu w podróży, pełnym  rozmów z napotkanymi Wyspiarzami, jedyne czego pragnęliśmy to spać, spać i jeszcze raz spać...

Następnego dnia Giusi zabrała nas na przejażdżkę po południowo-wschodnich zakątkach wyspy:)
Domki nad samym brzegiem morza...
Z Giusi - rodowitą Sycylijką, naszą Panią Gospodarz, przewodniczką i artystyczną duszą
W Marzamemi znajdowała się niegdyś "tuńczykarnia". Dziś można tu zakupić rybne przysmaki :)
Portopalo di Capo Passero
Pozostałości wioski. Tutaj też kiedyś poławiano i przerabiano tuńczyki. Teraz niestety wstęp wzbroniony. Giusi opowiadała, że będąc małą dziewczynką bawiła się tu z kolegami :)
Na kutrach rybackich w Portopalo, gdzie stykają się dwa morza - Jońskie i Śródziemne.
stare łodzie arabskie
Na kadłubach widać nawet arabskie napisy
 
Południowo-wschodnie wybrzeże Sycylii, jest zdecydowanie bardziej płaskie niż na północy
Jak się okazało, teren ten należy do Giusi. Zakupili go razem z mężem i tutaj pragną wybudować w przyszłości dom. Już jej zazdroszczę - z takim widokiem będzie popijała poranną kawę;)
Następnie udaliśmy się do przetwórni pomidorów. Pachino znane jest bowiem z odmiany malutkich pomidorków "a la cherry". Są bardzo słodkie i naprawdę pyszne! Od szefa fabryki dostaliśmy po trzy opakowania na głowę:) Tak o, w prezencie, na pamiątkę, na małego głoda, do sałatki ;)
Pyszne, posegregowane już pomidorki z Pachino
Profesjonalna wycieczka krajoznawczo-agroturystyczna, uwzględniająca wszelkie lokalne ciekawostki! Kolejny postój zrobiliśmy w szklarni, żeby zobaczyć jak te małe pomidorki rosną...
...i dojrzewają w cieple sycylijskiego słońca :) 
 Na koniec przyszedł czas na wiejskie klimaty :)
 Taką urzekającą willę Giusi posiada w okolicach Pachino:) Wraz z mężem pragną przerobić ją na gospodarstwo agroturystyczne. Znajduje się tam wielki stół biesiadny, basen i stary kamienny piec do wypiekania pizzy bądź chleba. Oby im się udało spełnić marzenie!

Ostatnim etapem wycieczki z Giuisi był sycylijski obiad u jej rodziców. Z dwóch dań, gdzie na pierwsze podano makaron (nie zupę!). Na drugie przepyszne mięsko w sosie! Naprawdę nie spodziewaliśmy się tak ciepłego przyjęcia z jej strony. Spędziliśmy bardzo miły dzień w towarzystwie Giusi oraz jej rodziny. Rozmawialiśmy po włosku, z ciekawością przysłuchując się również sycylijskiemu. Osoby młodsze z osobami starszymi rozmawiają na wyspie w dialekcie. Okazują im w ten sposób szacunek. Pod koniec biesiady, poczęstowani zostaliśmy także lokalnymi trunkami, odwdzięczając się przy tym polskimi kabanosami, które zabraliśmy ze sobą:) To była dopiero przygoda i niemal apogeum sycylijskiej gościnności! Dziękujemy Ci Giusi za ten czas!

Jeszcze tego samego wieczoru, postanowiliśmy ponownie wrócić do Marzamemi. Chcieliśmy zobaczyć zachód słońca. Czuliśmy lekki niedosyt tej klimatycznej wioseczki!
Kiedy odwiedziliśmy Marzamemi z rana, niebo pokryte było chmurami. Przed zmierzchem, chyba specjalnie dla nas, wreszcie wyszło słońce i oświetliło subtelnie małe rybackie domki.
Wałęsając się po Marzamemi...
Czerwone akcenty
Zaciszna kawiarenka - choć podobno latem grasują tu tłumy..
 Artystyczny sklepik
Atmosfera ciszy i rozluźnienia
Także i dla nas
Zachód słońca w Marzamemi

Późnym wieczorem, w nieodległej Ispice umówieni byliśmy z Bernardem. On także okazał się artystą - niemieckim rzeźbiarzem, projektantem scenografii w pobliskich teatrach (np. Modice) oraz dekoratorem wnętrz:) Jednak nie tylko to zadecydowało o naszym wyborze. Tym, co nas szczególnie zaciekawiło, był Bernarda dom, a mówiąc ściślej - jego JASKINIE. Nasz kolejny sycylijski Pan Gospodarz okazał się intrygującym Jaskiniowcem;) Zaaranżował kilka jaskiń w wąwozie Cava d'Ispica, zbudował solidne ogrodzenie, biologiczną toaletę, zainstalował prysznic i baterie słoneczne, doprowadził wodę a nawet prąd...
Niewiarygodne! Bernd żyje tam już od dawna, nie jest mu zimno, bo to przecież Sycylia. A nawet gdyby temperatura (co raczej się nie zdarza) spadła poniżej 10 stopni, zawsze pozostaje koza, w której można napalić. Nasz Gospodarz powiedział, że możemy zostać jak długo chcemy, aż do przyjazdu kolejnych gości, tak by mógł wcześniej przyszykować im pokoje. Bernd, który wygląda może na samotnika, ma mnóstwo gości z Couchsurfingu;) Nic dziwnego, każdy chyba pragnie zakosztować niezwykłego życia w jaskini! Po wypełnionym rozmowami wieczorze, otrzymaliśmy komplet kluczy do ogrodowej bramy i wykończeni przygodami ruszyliśmy do naszej - nagrzanej kozą - jaskiniowej komnaty sprzed 2-3 tysięcy lat ;)

Jaskiniowy pokoik :)
 Samochód Bernd'a w stylu vintage, którym pojechaliśmy na zakupy do Lidla ;)
Przyjemnie trzęsło i wszyscy się za nami oglądali!
Bernd nie był naszym jedynym gospodarzem w jaskini:) Żyje z pięcioma psiakami, które mają tam raj na Ziemi, ciągle w ogrodzie, na powietrzu i niemal zawsze ciepło :)
Podczas pobytu w jaskiniach u Bernd's, odwiedziliśmy autostopem Scicli
- kolejne z ośmiu Barokowych Miast Doliny Noto. Mieliśmy farta, znów wyszło dla nas słońce!
Scicli, podobnie jak Modica i Ragusa, położone jest w dolinie, wśród wzgórz:)
Pierwsze co, ruszyliśmy obejrzeć dachy z góry :)
Spacerując uliczkami
A gdzie podziała się rzeka?!
Widok na klasztor - obecnie zamknięty
Wałęsając się uliczkami, przez przypadek trafiliśmy do remontowanego kompleksu hotelowego. Nikogo nie było, postanowiliśmy pozwiedzać;) Z malowniczym miastem u stóp, usadowiliśmy się na leżakach nad basenem, czując się jak prawdziwi arystokraci ;)

Powrót do Mesyny nie przysporzył nam większych trudności, jechaliśmy około 5-6 godzin. Zabrały nas po kolei cztery osoby, w tym na początku jedna Rosjanka :) Nie dane nam było jednak odpocząć. Jeszcze tego wieczoru musieliśmy szybko przepakować tobołki, zrobić zakupy i przygotować się do nowego tripa, tym razem koleją do Rzymu - taki to hiperaktywny los podróżnika ;) Kocham ten stan!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz