niedziela, 6 października 2013

Początki w Mesynie

Burza. Idealny moment, by skupić myśli i napisać nowego posta :) Teraz tyle się działo, że nawet nie miałam kiedy o tym wszystkim opowiedzieć! No ale tak to już jest na Erasmusie:)

Zacznę od mieszkania. Trochę na nie czekaliśmy ale było warto!!! Od 3 dni mamy urocze mieszkanko - tylko dla nas samych, na poddaszu, z widokiem na miasto oraz Kalabrię, która majaczy wśród chmur na horyzoncie :) Wszystko dzięki pewnemu S., który pomógł nam je znaleźć! Dziękujemy! Grazie! :) Oczywiście początki, jak to początki łatwe nie były. Najpierw, przez prawie pięć dni nie byliśmy tak naprawdę pewni, czy z własnym mieszkaniem to w ogóle wypali. Na szczęście cierpliwość, jak to mówią, popłaca;) Kiedy już przybyliśmy do nowego miejsca, nie wiedzieliśmy w co ręce włożyć, taki panował tam syf! Ten, kto żył tam przed nami, nie pojmuje słowa czystość lub bardzo delikatnie rzecz ujmując - ignoruje je. Swoją drogą właścicielka nie przypilnowała, by osoby opuszczające jej terytorium, zostawiły za sobą choćby skromny, malusieńki porządeczek. Ja rozumiem, że jesteśmy na Sycylii, że tu panuje luźna atmosfera i nikt się niczym nie przejmuje, ale na poważnie, oczy moje jeszcze takiego - powiem wprost - burdelu nie widziały! Czekały nas zatem chwalebne trzy dni sprzątania - szorowania, mycia, dezynfekowania i dekorowania...To również się opłaciło, gdyż rezultaty są godne pochwały i podziwu ;) Teraz mieszkamy sobie na uroczym poddaszu, niezależni od nikogo, ledwie 10 minut od centrum. Możemy zapraszać kogo chcemy, swobodnie wyprawiać kameralne przyjęcia (zresztą jedno takowe już się odbyło!) i wieść radosny sycylijski żywot ;) Po tych kilku dniach niepewności oraz po dniach szalonego sprzątania, uważam stanowczo, że nam się należy!:) A w każdym razie bardzo się cieszymy, że tak się wszystko potoczyło! (Aha, muszę dodać jeszcze , że w naszym ogrodzie mieszka Pan Jeż ;))
widok z naszego tarasu
W międzyczasie oczywiście toczyło się bujne erasmusowe życie, czyli póki co, (głównie) dni integracyjne. Musieliśmy pozałatwiać też pewne papierkowe sprawy, otrzymaliśmy karty na bezpłatną komunikację po całej Mesynie:) Pierwszego dnia odbyła się powitalna konferencja w języku włoskim dla wszystkich studentów z zagranicy. Szkoda, że chyba nikt jej nie zrozumiał ;) ale widać włoskim profesorom nie robiło to żadnej różnicy albo głęboko wierzyli, że jednak coś tam przyswajamy...Następnie udaliśmy się na lunch do uniwersyteckiej kantyny, potem zaś oprowadzano nowo przybyłych po mieście. Wieczorem zorganizowano dla wszystkich tzw. foccaciatę, czyli huczną i grupową celebrację jedzenia na świeżym powietrzu:) A mianowicie smakowaliśmy lokalną odmianę pieczywa z rozmaitymi dodatkami (wyglądało to podobnie, jak gdyby zamówili 20 różnych rodzajów pizzy), a wszystko to na skwerku w mieście, pod gwiazdami w towarzystwie wina;) Bardzo smacznie, bardzo pomysłowe i bardzo wesołe doświadczenie! Staliśmy sobie z sympatycznymi ludźmi z różnych zakątków świata, wcinaliśmy smakowite focaccie, gadaliśmy w różnych językach z naciskiem na angielski, popijaliśmy winkiem i dyskutowaliśmy o świecie - rewelacja ;) Poznaliśmy naprawdę wiele miłych, ciekawych i otwartych osób m.in. z Węgier, Francji, Egiptu, Włoch, Hiszpanii, Niemiec czy Słowacji. Najwięcej jest tu zdecydowanie Hiszpanów, ale poważnie zastanawiam się, czy nie opisać tego w osobnym poście, gdyż z nimi wiąże się długa historia;)

Następnego dnia zorganizowano dla nas wycieczkę po mesyńskim porcie i portowym muzeum. Niby nic specjalnego, ale jak się okazuje, nie każdy może sobie tam tak po prostu wejść. Jest to bowiem strefa militarna, w związku z czym musieli mieć nas wszystkich na oku. Pan marynarz, który został naszym przewodnikiem, zaangażował się niezwykle w całą sprawę, opowiadał z detalami historię miasta i jego portu, oprowadzał nas w sumie z dwie godziny po najważniejszych miejscach, po czym z radością nas pożegnał - a wszystko to w melodyjnie brzmiącym języku włoskim - bez zbędnych tłumaczeń ;) Dobrze, że jest wśród nas kilka osób mówiących w tym języku, dzięki czemu wiedzieliśmy chociaż kiedy bić brawa :) Mimo wszystko, fajnie, że nas tam zabrali! Choćby dla samych widoków!
Tablica upamiętniająca straszne trzęsienie ziemi oraz wywołane przez nie tsunami, które miało miejsce w Mesynie w 1908r. Zginęło wówczas 80 tysięcy osób. Miasto zostało niemal całkowicie zniszczone. Na tablicy tej znajdują się również podziękowania dla państw, które udzieliły pierwszej pomocy. Więcej o tym zdarzeniu napiszę wkrótce...

Wieczorem odbyło się miłe przyjęcie u nas na poddaszu, potem ruszyliśmy na pierwszą dyskotekę;) Następnego dnia, czyli w sobotę, doszczętnie popsuła się pogoda, z racji czego kolejne (planowane dla nas) dni integracyjne przełożono na następny weekend. I wydaje mi się, że jest to dobry moment, by na razie zakończyć tego posta :) Muszę dozować informacje, żeby nie zanudzać Was drodzy Czytelnicy ;) Pozdrawiam Wszystkich bardzo serdecznie! :)

5 komentarzy:

  1. Balkon już posprzątany;p

    OdpowiedzUsuń
  2. Balkon rokuje..a pogoda się zmieni,jak to pogoda..Pozdrawiamy-weselnicy

    OdpowiedzUsuń
  3. podoba mi się fakt, że mieszkacie na poddaszu - bardzo romantycznie :) A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest romantycznie! A na balkonie można się wygrzewać lub wieczorem leżeć pod gwiazdami ^^ :*

      Usuń
  4. Pogoda zmienna jak kobieta, ale wciąż mamy tu minimum 20 st. dziennie! :) Balkon oczyszczony, prezentuje się już lepiej, dlatego pozwoliłam sobie zamienić jego zdjęcie na lepsze ;) Zresztą pod balkonem rosną nam niebiesko-fioletowe kwiatki i pomału dojrzewają pomarańcze! W grudniu na święta będą jak znalazł! ;)

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz