niedziela, 29 września 2013

Mesyna


Dzisiaj postanowiliśmy poznać lepiej nasze miasto:) Wybraliśmy się na długi spacer, by zrobić rozeznanie i trochę się z Mesyną zaprzyjaźnić ;) Trochę się pobłąkaliśmy, trochę pobadaliśmy i teraz śmiało mogę stwierdzić, że Mesyna jest spora, a precyzyjnie rzecz ujmując rozległa (Podobnie jak Szczecin i też jeżdżą tu tramwaje!). Niby niedaleko do centrum a daleko, niby jest w miarę blisko a idzie się i idzie..idzie, idzie, idzie... i dopiero się jest. Przynajmniej takie odległości są od miejsca, w którym obecnie pomieszkujemy, a są to raczej obrzeża Mesyny, lub jakaś tam oddalona, południowa jej część. Mamy nadzieję w najbliższej przyszłości zamieszkać nieco bliżej centrum, albo chociaż jednego z centrów, bo jak się okazało centra są dwa : stare i nowe.

sobota, 28 września 2013

Koleją z Palermo do Mesyny

Cóż to był za dzień! Wstaliśmy rano (jeszcze w Palermo), wypiliśmy kawę i opuściliśmy hostel, w którym prócz nas, wciąż nie było nikogo. W zasadzie, do określenia hostel, można by się tu nieco przyczepić. To tak, jakby ktoś postanowił, że przeznaczy swoje dwupokojowe mieszkanie na noclegi typu B&B. Nam to jednak w ogóle nie przeszkadzało, gdyż na całą noc owe mieszkanko mieliśmy wyłącznie dla siebie.

Tak więc zataszczyliśmy nasze bagaże na dworzec kolejowy w Palermo, mijając znane nam już z ubiegłej nocy szemrane zaułki. W ciemnościach wydawały się nieprzychylne lecz muszę przyznać, że za dnia wiele się  nie zmieniło. Wszędzie walały się śmieci, po uliczkach biegały brudne dzieci i psy, a odór jaki unosił się wszem i wobec, pozostawiał wiele do życzenia. Doszliśmy do wniosku, że raczej nie zapuszczają się tam turyści...

Na stacji kupiliśmy bilety, skasowaliśmy w kasownikach (tak, tutaj trzeba to zrobić jeszcze przed wejściem do pociągu), wtargaliśmy nasze klamoty do wagonu i spodziewając się po drodze wspaniałych widoków, zajęliśmy dogodne miejsca. I to rzeczywiście był dobry pomysł, gdyż trasa nasza wiodła wzdłuż północnego wybrzeża Sycylii, niemal nad samym brzegiem morza. Z drugiej zaś strony, od lądu, ciągnęły się góry. I tak przez 4 godziny jazdy :) Można się było napawać!

Z dworca odebrały nas autem (uff co za ulga!) dwie Sycylijki (wszystko dla Erasmusów organizuje lokalna organizacja ESN Messina), zabrały (wygłodniałych) na przepyszny makaron z bakłażanem (melanzane) do Il Padrino, a następnie do pewnego Sycylijczyka, który obecnie poszukuje dla nas mieszkania. Póki co, udostępnił nam jeden ze swoich pokoi i pozwolił, do czasu znalezienia jakiegoś miłego gniazdka, pomieszkać u siebie:) Jutro czeka nas zatem zwiedzanie tutejszych appartamenti, teraz jednak odpoczywamy w towarzystwie czerwonego wina Nero d'avola :) Pozdrawiamy!

 na dworcu w Palermo
koleją z widokiem na morze
Chwilami tory prowadziły nad samym brzegiem!:)
dzisiejsza trasa: Palermo-Mesyna

piątek, 27 września 2013

Buongiorno SICILIA!

Odkąd byłam mała, uwielbiałam aromat południowej Europy, którym karmił się zmysł węchu, zaraz po opuszczeniu samolotu. Pamiętam jak kilkanaście lat temu, po wylądowaniu w Grecji powiedziałam: Mamo, tutaj pachnie rosołem! Takie miałam wówczas odczucie. Oczywiście nie był to żaden rosół, tylko zapach jakiejś rośliny i kwiatów w bujnej mieszance z parnym powietrzem, który unosił się w koło ;) Tak też bywało i później - w Hiszpanii, Bułgarii, Turcji czy na Malcie. I tak też było dzisiaj - w Trapani. Po prawie 3-godzinnym locie przywitał nas znajomy aromat domniemanego rosołu (Maciek twierdzi, że to nie rosół ale ja tam swoje wiem;)), sycylijskie brzmienie głośnych powitań na lotnisku oraz ciepła - na krótki rękaw, ciemna noc. Tak jak się spodziewałam, zaczęło się od jedzenia. Padło na focaccię z szynką cotto, pomidorem i serkiem typu filadelfia. A potem następną z panchettą (coś a la nasz boczek) i  serem scamorza. Cała ta uczta w oczekiwaniu na busa. Niebo w gębie, jak pewnie wszystkie spotykane tu włosko-sycylijskie pyszności (o tutejszej kuchni będzie jednak później, w odrębnie smakowitym poście:)).
Z Trapani do stolicy jechaliśmy ponad 1,5 godziny. Tym, co najbardziej rzucało się w oczy (a że w nocy niewiele się rzuca) były wyłaniające się z ciemnej otchłani góry. I to nie jakieś tam pagórki, tylko prawdziwe, majestatyczne szczyty!
Tymczasem, włócząc się z bagażami po nieco szemranych zakątkach Palermo, z ulgą dotarliśmy do hostelu na nocleg. Jak nam powiedział sympatyczny pan recepcjonista, cały hostel mamy dla siebie bo jesteśmy całkiem sami - "tu macie kawę,  te ręczniki są dla was, tam jest prysznic," i poszedł w cholerę... Prawdopodobnie na sobotnią fiestę, gdyż takich jak on spotkaliśmy po drodze całe tłumy:) Za oknami miasto szaleje! I tutaj właśnie, w stolicy zabawimy do jutra. W pełni uradowani pozdrawiamy i ściskamy Wszystkich z Sycylii! Czas na zasłużony odpoczynek. Buona Notte!
 Lecimy lecimy!
Witaj Sycylio!
 Zachód słońca podziwiany znad chmur
 szemrany zakątek, w którym znajduje się nasz hostel;)
 na trasie Trapani - Palermo

czwartek, 12 września 2013

Przygotowania erasmusowe

Tyle trwała cała ta rekrutacja, ciągnęła się za nami od marca, w sumie - pełnych napięcia - parę miesięcy zanim wszystko oficjalnie załatwiliśmy i podpisaliśmy umowy stypendialne. Czas płynie tak szybko! Wyjazd już za 15 dni. Nie mogę uwierzyć! Oczywiście pomału się przygotowujemy :) Dużo jest jeszcze do zrobienia. Każdego dnia dopisuję coś nowego do listy rzeczy, które powinniśmy zabrać (pod warunkiem, że uda się je zmieścić). Inaczej na pewno byśmy tego nie spamiętali. Chodzę też po lekarzach (kontrolnie, tak żeby potem żadnych zmartwień nie było), szykuję dokumenty, załatwiłam już kartę EKUZ. Ponadto rozglądamy się za mieszkaniem, piszemy maile w tej sprawie itp. ;) Cała masa spraw i  w dodatku na bieżąco pojawiają się nowe. Jednak to wciąż nie wszystko! Dla mnie jednak, tak zwane wyjazdowe preparacje to nie tylko zapakowanie ciuchów do walizki czy naładowanie baterii do aparatu. To także przyswojenie pewnej wiedzy o miejscu, do którego się wybieram (tym razem nie tyle na wycieczkę o ile w nim pomieszkać!) a nawet nauka języka. Tak więc przeglądam mapy i przewodnik, czytam książki z Sycylią w tle (Lektury przygotowawcze: Ojciec Chrzestny (klasyka), Tamtego lata na Sycylii (powieść), Słodki jak miód, kwaśny jak cytryny (kulinarnie), Dom na Sycylii (powieść), Sycylijczyk (klasyka)) oraz uczę się włoskich słówek ;) Całą sobą wczuwam się w klimat, starając się jednocześnie poznać wyspę, na której mamy spędzić kilka miesięcy. Będę informować na bieżąco o istotnych kwestiach - tymczasem, trzymajcie kciuki za nasze mieszkanko oraz niespakowane w dalszym ciągu bagaże :)
Czytam i zastanawiam się,
jaki będzie nasz "Dom na Sycylii" (powyżej okładka książki) ;)

poniedziałek, 9 września 2013

Emilia-Romagna po naszemu

Region Włoch Emilia-Romagna to na szczęście nie tylko głośne i pełne tłumów oraz leżaków wybrzeże (jak Rimini, Cattolica, Riccione). To także, nie tylko, ojczyzna sosu pomidorowego z mięsem al ragu ze stolicą w Bolonii. Wystarczy pojechać nieco w głąb lądu, by oderwać się od kurortu (plaż, hoteli, komercji, zawyżonych cen i  centrum rozrywek), który co roku przyciąga całe mnóstwo uczestników turystyki masowej. Szkoda, że zjawisko to dotyczy też innych miejsc na świecie. Niestety jest ich coraz więcej, zbyt wiele...
Jednak, wystarczy odrobinę oddalić się od tego nadmorskiego zgiełku i można ujrzeć Emilię-Romagnę w zupełnie w innym świetle. Niezmienionym na pokaz, nie pod turystów. Już w tamtym roku, kiedy pierwszy raz byłam w odwiedziny u M. (bo tam pracował), odpychało mnie wręcz od zapchanego, anty-atrakcyjnego wybrzeża. Jego na szczęście też. Woleliśmy spokojne, nieodkryte, górskie miasteczka, które jak się okazało, były na wyciągnięcie ręki. Często jechaliśmy przed siebie, bez planu. Zarówno w tamtym roku jak i w tym, wybieraliśmy jakieś wzgórze widniejące na horyzoncie i zmierzaliśmy w jego kierunku. W ten sposób odkrywaliśmy wschodnią część regionu: urokliwe Montefiore Conca - z zabytkowym zameczkiem, artystyczne Saludecio - z muralami na ścianach, spokojne Castel di Mezzo z wieżą widokową, malowniczą Fiorenzuola di focara - z klifami, zaskakujące Mondaino - otoczone murami oraz niewielkie Montegridolfo z  małymi wąskimi uliczkami na wzgórzu. Odwiedziliśmy też (teraz zresztą już drugi raz) nieco bardziej znaną, aczkolwiek wciąż czarującą Gradarę. Wracając z San Marino, zawitaliśmy do San Leo na kolację.

Każde nowe, ukryte gdzieś, nieznane miasteczko budziło w nas zachwyt. Spacerowaliśmy wieczorami po brukowanych alejkach lub podziwialiśmy widoki z naszych górek, siedząc na ławce. To całe odkrywanie bardzo nam się podobało. Nie zawsze mieliśmy przy sobie aparat, niektóre z tych miejsc pozostaną tylko w naszych wspomnieniach. I to też jest piękne:) Postanowiłam jednak choć odrobinę przybliżyć tę drugą, naszym zdaniem znacznie szlachetniejszą stronę regionu Emilia-Romagni. Zapraszam na włoską przejażdżkę:)

 uliczka w Montefiore Conca
 niewielka enoteca, gdzie można skosztować lokalnych win:)
 zamek w Montefiore Conca
 urokliwy zakątek
 Snujemy się po uliczkach - na horyzoncie Adriatyk i wybrzeże, od którego z przyjemnością uciekliśmy;)
 Kolejny dzień, kolejne miasteczko. Wspinamy się do Gradary
 widok z zamku na mury i gród:)
 małe restauracyjki
 A wieczorem do Saludecio - miasteczka artystów. Każdego roku, podczas festiwalu, na którejś ze ścian domalowywane są nowe murale:)
 Obrazki te przedstawiają różne scenki rodzajowe, przedmioty, pojazdy lub kadry z bajek:) Pomysł wydaje mi się genialny!
jeden z moich ulubionych-baletnice :)
  Odkrywanie co rusz to nowych dzieł było dla nas nie lada atrakcją :) 
 Od zeszłego roku zdążyły pojawić się już nowe wizerunki! :)
 San Leo
 Bolonia - widok na dachy miasta z Torre Asinelli
mapka regionu ze stolicą w Bolonii

piątek, 6 września 2013

Repubblica di San Marino

W San Marino byłam już drugi raz. W tamtym roku byliśmy z Maćkiem na 3-go września, czyli w święto niepodległości Republiki. Było nam wprawdzie dane popatrzeć na barwny pochód królewskiego orszaku -  średniowieczną maskaradę przez stolicę. To jednak na tyle, jeśli chodziło o nasze szczęście tamtego dnia. Nagle się rozpadało, ściemniło... Potem nadeszła burza, aż w końcu zapadł taki mrok, że widoczność spadła do zera. Wiało, grzmiało, lało. Miałam dodatkowo stan podgorączkowy, który wzmagał nieprzyjemne odczucia a pomimo bluzy z kapturem, trzęsłam się zimna. W sumie nie widziałam żadnych zamków i baszt.  Zostały one w spektakularny sposób zasłonięte przez ścianę z mgły. Dość pechowo. Dlatego właśnie, tym razem także postanowiliśmy wybrać się do Republiki, a głównym kryterium w doborze dnia stała się pogoda. Śledziłam ją codziennie, niemal po kilka razy, aż w końcu Maciek dostał wolne w pracy i mogliśmy jechać. Trafiliśmy idealnie! Ciepło, słonecznie - w sam raz :) A że wrzesień, to i mniej turystów, spokojniej, ciszej... I teraz śmiało mogę powiedzieć, że jestem tym malutkim uroczym krajem zachwycona (choć oczywiście wtedy ta cała magiczna aura też coś w sobie miała, głęboko wryła się w pamięć)! Po zachodzie słońca udaliśmy się dalej, do naszej kolejnej destynacji - włoskiego San Leo. Tam zostałam zaproszona na przepyszną kolację. Wyjazd, co prawda jednodniowy, udał się wspaniale:) Zapraszam na poniższą fotorelację, a kto nie był nigdy w San Marino - to naprawdę polecam!  
barwy narodowe malutkiej republiki,
w San Marino mieszka niecałe 32 tys. mieszkańców
 lokalizacja
Kolejka linowa na górę - rok temu też jakoś mnie ominęła ;)
Wjeżdżamy i podziwiamy dachy!
Panorama okolicy, na horyzoncie Adriatyk!
Czas zobaczyć Trzy wieże San Marino - ostatnim razem ukryte za mgłą...
  Znajdują się one na trzech szczytach góry Monte Titano
Ich wizerunek można odnaleźć na herbie miasta.
Wieża zamku La Rocca o Guaita.
Powstała w XI wieku. Służyła niegdyś jako więzienie.
Na wieżach twierdzy strasznie mi się podobało,
gdyż rozpościerały się stamtąd wspaniałe widoki!
Druga wieża - La Cesta o Fratta
(w tle widać też trzecią wieżę:))
 z moim kochanym Współpodróżnikiem :)
kranik dla spragnionych lub brudnawych ;)
Wzdłuż murów kierujemy się na kolejną wieżę
Wieża Cesta została zbudowana w XIII wieku
na najwyższym szczycie góry Monte Titano
A to chyba mój ulubiony pejzaż...
wewnątrz drugiej wieży znajduje się muzeum św. Maryna
W 2008 roku historyczne centrum San Marino zostało wraz z Monte Titano
wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
piękne mury miejskie pnące się po zboczu
Spacerujemy po stolicy, 
w której zamieszkuje tylko 4,5 tys. ludzi
tu też znajduje się cała masa wąskich uliczek i urokliwych zakątków
Widok z Piazza della Libertà
i zachód słońca, który był wisienką na torcie tego uroczego dnia :)
Ratusz Palazzo Pubblico, siedziba rządu republiki.
Został zbudowany w stylu gotyckim pod koniec XIV w. w miejscu wcześniejszego domu rajców.
Co ciekawe, na placu wolności trwały akurat przygotowania do wesela :)
Elegancko nakryte stoły, romantyczny zachód słońca no i samo miejsce...
para młoda musiała mieć piękną uroczystość :)
s
idziemy dalej :) pomału w stronę parkingu
To jest dopiero świetny pomysł! Restauracja - wejście z drugiej strony,
stoliczki zapewne wewnątrz też jakieś są, ale te cztery na balkonikach, każdy na swoim
to strzał w dziesiątkę! Intymność z widokiem!
Trzy wieże - herb San Marino
Przenosimy się do San Leo. 
Stara zabytkowa twierdza sprawuje pieczę nad małym włoskim miasteczkiem.
Byliśmy już mocno głodni - po wrażeniach z San Marino,
nadszedł czas utęsknionej kolacji ;)
A jak kolacja to i wino! Czerwone, wytrawne, domowe :)
Kocham!
A na przystawkę wyśmienite, twarde sery pecorino,
podawane z miodem i dżemem! Istna rewelacja!
Maciek zamówił makaron z sosem bolońskim,
chociaż we Włoszech nazywany jest on al ragu :)
Ja zamówiłam makaron z pomidorami, cukinią i salsicią :)
Mmmmm! :)
Twierdza w San Leo

Teraz, po stworzeniu posta, kiedy obejrzałam po raz kolejny te wszystkie zdjęcia, to jeszcze bardziej zatęskniłam za tymi miejscami!:) Wyprawa jak marzenie!