czwartek, 27 października 2011

Całkiem inna FRANCJA

Lazurowe Wybrzeże-synonim błękitnej przejrzystej wody, upałów i nieskazitelnego nieba. Deszcz? Wiatr? Na Riwierze Francuskiej? Nie ma opcji! Przecież tu przez 320 dni w roku króluje słońce...Wichura? Jakim cudem!? To niemożliwe...prawda? A jednak...Już po kilku minutach od opuszczenia apartamentów byłyśmy z Malwiną absolutnie mokre. Do przystanku autobusowego miałyśmy tylko 5minut na piechotę ale to już było dużo. Nawet niebieski parasol, pożyczony od Ewy miał dosyć. Wiatr szarpał nim na lewo i prawo tak brutalnie, że było mi go najzwyczajniej żal. No ale miał ambitne zadanie-chronić nas przed deszczem. Nawet jeśli mu to nie wychodziło, bardzo się starał. Dzielny parasol. W końcu nadjechał nasz autobus i ruszyłyśmy w stronę Nicei. Ale plan był taki by wysiąść wcześniej i zobaczyć inne miejsce. Przyznaję szczerze, że wysiąść było ciężko. Autobus nas ogrzał, rozpieścił i rozleniwił. Jednak jak się powiedziało A, to trzeba było powiedzieć B. Nie mogłyśmy jeździć bez końca na trasie Cannes-Nicea-Cannes. Wygramoliłyśmy się na mokrą ulicę i zaczęłyśmy błądzić po miasteczku, szukając starówki i zamku Grimaldich. Po drodze pytałyśmy wprawdzie mieszkańców, jak dotrzeć do starej części Cagnes-sur-Mer, ale Francuzi różnie mówią po angielsku, a ci starsi niestety słabo lub wcale. Jeden pan bardzo chciał nam pomóc, to było widać, mówił po francusku, wplatając angielskie słowa, strasznie się męczył, wahał, zastanawiał. Ostatecznie nie zrozumiałyśmy go, bo po chwili już byłyśmy zgubione, no ale dla nas liczyło się, że bardzo mu zależało na udzieleniu wskazówek. To było po prostu miłe, że nas nie olał. Ku własnemu zdziwieniu, później miałyśmy jeszcze więcej szczęścia. Już szłyśmy zmarnowane i mokre, kierując się w stronę przystanku, kiedy napotkałyśmy pewną Francuzkę i postanowiłyśmy ją zgadać. Nie mówiła w ogóle po angielsku, więc pokazałyśmy jej w przewodniku francuską nazwę naszego wymarzonego celu. Byłyśmy w szoku kiedy kazała nam (językiem migowym) iść za sobą, po czym zaprosiła nas do własnego auta i najwyraźniej zamierzała osobiście zawieźć do starego Cagnes. W życiu się czegoś takiego nie spodziewałyśmy. Co ciekawsze, droga na starówkę nie była krótka i łatwa, szanowna obywatelka wiozła nas dobre 10minut i to wciąż pod górę. Miła Francuska ewidentnie nadwyrężyła drogi, uratowała nas wyłącznie jej dobra wola! Nie wiem czy same byśmy tam trafiły, może, idąc 2h..., ale wątpię, by w taką pogodę nam się chciało... Żeby nie było głuchej ciszy w aucie, postanowiłam wysilić trochę umysł i użyć podstaw mojego francuskiego, miałyśmy też ze sobą rozmówki (tak na wszelki wypadek. I całe szczęście). Madame cieszyła się, że mówię do niej i chyba rozumiała, bo co chwilę się śmiała. Na koniec chciałyśmy jej zapłacić, ale oczywiście nie wzięła żadnych pieniędzy, pożegnałyśmy się i odjechała, zostawiając nas...w francuskim raju... Nagle zimno przestało nam doskwierać, deszcz stał się niewidzialny...wiatr ustał...byłyśmy tak zachwycone uliczkami Cagnes-sur-Mer, że już nic nam nie przeszkadzało...pomimo pogody, czułyśmy, że to właśnie jest esencją Francji. Cisza, bajkowe małe domki obrośnięte winoroślami czy bluszczem, małe okienka i drzwiczki, kolorowe okiennice, samotny rower oparty gdzieś o ścianę, schodki, łuki i zamek, wszystko na wzgórzu z widokiem na morze i góry...Czas stanął w miejscu, znalazłyśmy się w jakiejś zaczarowanej krainie.Woda chlupotała nam w butach kiedy spacerowałyśmy, wzdychając z podziwu na każdym kroku. Ludzie wyglądali z okien dziwnie nam się przyglądając, jedna starsza pani śmiała się, że robimy w deszczu zdjęcia...Niektóre wyszły faktycznie jak z bajki. W pewnym momencie zaczęłyśmy się nawet cieszyć, że pada deszcz i towarzyszy nam lazurowy parasol Ewy :) Gdyby świeciło słońce, byłoby zwyczajnie, a tak... było niezwykle..inaczej...ciekawiej, obie to zgodnie stwierdziłyśmy, siedząc już po powrocie przy gorącej herbacie i susząc mokre włosy i ubrania:) Zostały wspomnienia i deszczowe fotografie z całkiem innej Francji:)
 
To chyba moja ulubiona francuska piosenka :)

9 komentarzy:

  1. nie mogłam się doczekać tych zdjęć, ale warto było^^ uwielbiam te wąskie śródziemnomorskie uliczki! i ten deszczyk...Francja romantyczna:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cagnes sur mer na zawsze w mojej pamięci!kocham!Piekno nie do opisania! ach ten deszcz..lazurowa parasolka:) wystarczy otworzyc przewodnik i heja!

    OdpowiedzUsuń
  3. Malwina jedziemy tam zimą kiedyś! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne zdjęcia, klimatyczne! 12, 14, 15 i 22 to moi faworyci :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ten Anonim to byłam ja, Agata :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak jedzmy tam zima kochana!To dopiero bedzie klimacik! Jak sobie pomysle o tych jakze slicznych knajpeczkach swiatelkach ach i sniezek do tego.. pokryte puchem uliczki....pojechalabym tam nawet teraz zaraz no ale czasu brak hihi:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Najs klimatycznie :) Rain all around :D Polecam wybrać się do Langwedocji w marcu.. tam jest wtedy wersja hard :)

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się ten post? Bardzo ucieszy mnie Twój komentarz :)

Daria Staśkiewicz